– Jedziemy na pogotowie – komenderuje Alicja.
– Jedziemy do domu – równie spokojnie odpowiada lekarz.
– W takim razie na policję.
– Przecież nie zgłoszę na policji zaginięcia psa.
Alicja zawraca bez słowa. Nie ma zwyczaju dyskutować w takich sytuacjach. Pokiereszowany czy nie, jest dorosły.
– Masz w domu jakąś apteczkę? – pyta tylko. Paweł ponuro kręci głową.
Wjeżdżają do garażu. Bez słowa wchodzą na górę. Paweł grzecznie daje się doprowadzić do łazienki.
– Powiesz mi, co się stało? Paweł wzrusza ramionami.
Alicja delikatnie opatruje twarz. Wygląda to na…
– Ktoś cię pobił?
– Auu – syczy Paweł. – Gorzej. To znaczy głupiej. Biegałem tam jak kot z pęcherzem, nie zauważyłem ściętego pnia i zmierzyłem gębą jakiś pieprzony betonowy słupek. Od góry do dołu.
– Hm – Alicja stara się z całych sił stłumić chichot.
– Wiem, wiem – mówi Paweł – do rana wymyślę jakąś bardziej bohaterską wersję.
– Na razie wyglądasz na ofiarę przemocy domowej.
Alicja nie wytrzymuje i zaczyna się śmiać. Po chwili Paweł wtóruje jej, posykując.
Opatrzona twarz wygląda nieźle.
– Może herbaty? – proponuje Alicja.
– Nie, nie, dziękuję. Już i tak nadużyłem dziś twojej cierpliwości – mówi Paweł i znów, jak przy pierwszej wizycie, wychodzi, nie pozwalając Alicji zaprotestować.
Stara bieda. Od zawsze źle znosi opiekuńcze gesty i herbata po opatrzeniu rany to już dla Pawła stanowczo za dużo. Pewnie dlatego ożenił się z Kingą, przy której miał całkowitą pewność, że herbatę wypije, o ile sam ją sobie zrobi, a wcześniej kupi. Tylko dlaczego się z nią rozwiódł? A tak, bo wolała jego kolegę, chirurga plastycznego. Jak widać, w niektórych sprawach umiała myśleć perspektywicznie.
Jedno przyrzekł sobie po rozwodzie: nigdy więcej ojcowania. Samo życie i siatki z zakupami już były.
Widocznie ten typ tak ma, myśli Alicja, wracając do łazienki. Jak ślimak, co na pierwsze zawołanie wyciąga główkę i natychmiast cofa ją pod pierwszym dotknięciem.
Dopiero teraz czuje, jak bardzo jest zmęczona. Rozbiera się. W dużym lustrze przygląda się sobie uważnie. Dawno nie widziała siebie nagiej. Przypomina sobie słowa zaprzyjaźnionego profesora, że człowiek powinien codziennie siebie oglądać.
Ogląda.
Gdzie jej systematyczne treningi? Od tamtej niedzieli, kiedy poznała Małgosię, nawet nie rozpakowała torby z rakietami. Co z dietą? Pozostała na papierze. Może chciała za dużo naraz.
Ostatni rok był bardzo ciężki. Z jednej strony dramatycznie pogarszający się stan Alka, z drugiej, ukrywanie prawdy o jego chorobie. W domu permanentny szpital i przepłakane noce, na zewnątrz elegancka maska i „rozważamy wyjazd na Majorkę". Nawet Wiktor nie wiedziałby o niczym, ale kiedyś nie wytrzymała napięcia i po prostu mu powiedziała. Dzięki temu miała wreszcie przed kim się wypłakać.
To wszystko nie mogło nie zostawić śladu. Stopy. Łydki. Sucha skóra pod kolanami. Uda zaczęły wiotczeć. Lekko wzdęte podbrzusze, nikomu niepotrzebna sfera cienia. Alicja dotyka swoich piersi i napuszcza wodę. Wykąpie się i pójdzie spać.
Co ją opętało z tym Pawłem? Nic o nim nie wie ponad to, co sam jej powiedział. Ale to chyba porządny chłopak. Chłopak… Poważny facet w średnim wieku. A jednak chłopak… To ten okropny wiek, kiedy wszystko się miesza, tylko emocje zostają te same.
Wtorek, 11 czerwca 200…
Paweł od rana rozkleja ogłoszenia o zaginięciu psa. Na szczęście ma wolne przedpołudnie. W swoim ulubionym rozciągniętym dresie, z kieszenią wypchaną ogłoszeniami i taśmą klejącą, wygląda tak, jak się czuje. Beznadziejnie. Od wczoraj bije się z myślami, czy zadzwonić do Marcina, czy jeszcze dać sobie szansę. Na Berezyńskiej też przyklei. A nuż ktoś zwróci uwagę.
– Cóż to? Wylali cię z pracy? – słyszy za sobą znajomy, nieco piskliwy sopran.
Przestraszony i zdziwiony Paweł odwraca się gwałtownie.
– Zawsze mnie lubiłaś miło zaskakiwać.
Widok byłej żony wyraźnie nie sprawił mu przyjemności, choć obiektywnie trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć. Efektowna, może za bardzo zrobiona trzydziestolatka przygląda mu się z kpiącym uśmiechem.
– Stęskniłam się za tobą – Kinga sili się na żart.
– Twoje rachunki zatęskniły za mną – nie przerywając zajęcia, kwaśno rzuca Paweł.
Przechodzi na drugą stronę ulicy. Kinga podąża za nim, rozglądając się po okolicy.
– Nie najgorzej. To ostatecznie dzielnica bogatych wdów. Jakby na potwierdzenie Alicja wychodzi z domu. Paweł nie widzi jej zajęty naklejaniem ostatniego ogłoszenia, za to Kinga przygląda się jej bacznie. Alicja zmierza w ich kierunku.
Paweł odwraca się niechętnie, by odpowiedzieć Kindze, i właściwie jedyne, o czym teraz marzy, to błyskawicznie zapaść się pod ziemię. No, może jeszcze o tym, żeby nagły szlag trafił jak zwykle bardzo z siebie zadowoloną byłą żonę. Ale Alicja już podchodzi. Pewnie chce zapytać o psa.
– Moja żona – ubiega ją tyleż szarmancko, co desperacko. Alicja sztywnieje. Nie podaje ręki przyglądającej jej się z zainteresowaniem Kindze. Nie patrzy też na Pawła.
– Była żona – prostuje Kinga.
Alicja kłania się obojgu bez słowa i odchodzi w stronę Francuskiej. No cóż, sąsiadki, nawet najmilsze, nie muszą chyba konwersować z byłymi żonami sąsiadów. A to nagłe gorąco to oczywiście czerwiec. Paweł rozpina dres.
– Możesz mi w końcu powiedzieć, o co ci chodzi? – pyta Paweł. – I skąd wiesz, gdzie mieszkam? Śledzisz mnie czy co?
– Wyluzuj – mówi Kinga.
Jak to możliwe, że to ja się z nią ożeniłem, a nie Marcin, myśli Paweł, przyglądając się Kindze szukającej czegoś w modnej, znowu modnej, hipisowskiej torebce z kolorowymi aplikacjami. Przecież podobno ciągnie swój do swego. Siedzieliby sobie w tej jego kawalerce i nawzajem się luzowali.
Kinga wyciąga w końcu z torebki plik korespondencji.
– Mama się zlitowała i podała mi adres.
Paweł chwyta ją za ramię. O wiele za mocno, o czym sam wie, ale nie może się pohamować.
– Nie mieszaj w to matki. O co ci chodzi?
– Ty jesteś naprawdę porąbany. – Kinga jest już zirytowana w równym stopniu. – Przyniosłam ci to, żeby jej nie fatygować. Co w tym złego, że chciałam zobaczyć, jak żyjesz.
Obraca się na pięcie i odchodzi, stukając wysokimi obcasami.
Faktycznie, co w tym złego, myśli Paweł, powoli przytomniejąc. Zachowuję się jak neurotyczny idiota. Ale na wspomnienie ściągniętej twarzy Alicji zalewa go nowa fala wściekłości.
W pokoju lekarskim jak w salonie kosmetycznym i fryzjerskim. Dużo śmiechu.
Pielęgniarki czeszą i malują Olę na wieczorną randkę. To już kolejna wersja makijażu, bo każda wydaje się Oli nazbyt wyzywająca. Jest w tym trochę racji. Jeśli zazwyczaj prezentuje styl „jaką mnie Panie Boże stworzyłeś…", to każde pociągnięcie kredką czy różem robi piorunujące wrażenie. Po trzeciej próbie dyrygująca akcją oddziałowa poddaje się i rezygnuje z cieni do powiek i konturówki. Podkład, pomadka, tusz i tak zrobią swoje.
Na biurku królują kwiaty od Kranacha, których Ola przezornie nie zabrała do domu, by uniknąć pytań matki. Zresztą storczyki, jak wiadomo, najlepiej prezentują się w słoiku po nutelli.
– Co tu się, u diabła, dzieje? – pyta, wchodząc, Paweł.
– Bo ja… – zaczyna Ola jak pochwycona z ręką w słoiku z nutellą.
– A co, nie może iść na randkę? – Teresa staje zaczepnie w obronie wcale nie atakowanej koleżanki. – Kolacja w La Bohemę nie trafia się co dzień.
Читать дальше