Maja, zajęta wymianą uśmiechów z Wiktorem, nie zwróciła na szczęście uwagi na słowa babci.
– Pa, mamo – rzuca oniemiałej Małgorzacie i biegnie za oddalającą się babcią, szeleszcząc koronkami.
Małgorzata opada na fotel, czując, że cała krew odpłynęła jej z twarzy. I to znajome mrowienie w lewej ręce. Ze wszystkich sil stara się nie rozpłakać ze złości i upokorzenia.
– Poproszę panią o szklankę wody – zwraca się Wiktor do przechodzącej kelnerki. – Pani Małgorzato! – Małgorzata bezradnie potrząsa głową. Zasłania twarz, nie mogąc powstrzymać łez. -Pani Małgosiu, proszę to wypić. -Wiktor podaje jej szklankę niegazowanej wody. – Tylko powoli, małymi łykami.
Małgorzata grzecznie pije. Nie płacze, ale nadal nie ma siły się odezwać. Wiktor spokojnie dopija swoją kawę, nie próbując zagadywać milczenia. Po chwili odstawia filiżankę i pochyla się ku Małgorzacie.
– Lepiej?
– Tak, dziękuję. – Małgorzata zaczyna przeszukiwać torebkę w poszukiwaniu papierosów. Z ulgą zaciąga się dymem. – Przepraszam pana…
– Pani mnie przeprasza? Przecież to panią obrażono na moich oczach.
Małgorzata macha ręką.
– Nie ma o czym mówić, normalne. Ręce i nogi opadają.
– Ależ jest o czym mówić. Przy takiej postawie i przy takim układzie rodzinnym wyjdzie pani z rozwodu wprost do wariatkowa.
– W to akurat nie wątpię – wzrusza ramionami Małgorzata.
– Ale to nie są żarty, pani Małgosiu – obrusza się Wiktor. -Chyba nie chce pani stracić praw do dziecka.
– Słucham?
– A tak. Jeżeli będzie pani uciekać, zapadać się w siebie, nie reagować w takich sytuacjach jak ta przed chwilą, a gwarantuję pani, że to betka w porównaniu z tym, co widywałem w sądach, jakiś mój sprytny kolega może doprowadzić do ograniczenia pani praw.
– Nie przesadzajmy, nie jestem kryminalistką ani narkomanką!
– Zgoda. Nie przesadzajmy. Dlatego uważam, że ostatnie, czego pani teraz potrzebuje, to rozwodowe pranie brudów. Musi pani zadbać o siebie.
– Jakbym słyszała Alicję…
– O tak, Alicja z pewnością wie, co mówi.
– Więc co, psychoterapia?
– Indywidualna? Nie wiem, czy to najlepszy moment, żeby rozkładać się na kawałeczki i składać na nowo. Małżeńska? Być może, ale proszę pamiętać, że to wymaga dobrej woli obu stron. Mąż musiałby zgodzić się na to w dobrej wierze, inaczej tylko sobie zaszkodzicie.
– Jeszcze bardziej? To chyba niemożliwe.
– Zapewniam panią – uśmiecha się Wiktor. – W tej materii możliwości są nieograniczone.
Przez chwilę w milczeniu przypatrują się chłopakom szalejącym na deskorolkach.
– Przyznam, że osobiście preferuję tradycyjne metody rozładowywania stresów – podejmuje rozmowę Wiktor.
– Jakie?
– Gra pani w tenisa?
– Tak, ale…
– Wspaniale, zapraszam, godzina biegania po korcie i wszystko wraca na swoje miejsce, zapewniam.
– Nie byłabym taka pewna – śmieje się już rozluźniona Małgorzata. – Dziewięć lat temu na miesiąc przed ślubem zaprosiliśmy z przyszłym mężem naszych świadków na deblowy mecz na Stegnach. Uparłam się, żeby jeden gem zagrać przy siatce. Świadek wykonał mocny serw i rakieta wypadła mu z ręki.
– To się zdarza – wtrąca Wiktor – oczywiście, początkującym.
– Zdarza się. Tylko że rakieta przeleciała nad siatką i złamała mi lewą jedynkę. Górną!
– O Boże! -Wiktor krztusi się kawą ze śmiechu. -To straszne.
– Straszne to były następne dwa tygodnie przesiadywania u dentysty. No i modłów o to, by siniak na pół twarzy wchłonął się do ślubu.
– Rozumiem – śmieje się Wiktor i, poważniejąc, dodaje: -Mówiąc o dbaniu o siebie, miałem na myśli również to, by na przykład poskromić szanowną teściową.
– Ale jak – Małgorzata uśmiecha się gorzko. – Mam jej powiedzieć: „Zamknij się, stara wariatko"?
– Może wystarczy: „Bardzo proszę, żeby mama nie zwracała się do mnie takim tonem".
– Chybaby umarła na miejscu.
– Wygląda na całkiem odporną.
– Prawda – chichocze Małgorzata. – To raczej ja umarłabym na miejscu.
– Nie sądzę. Nie znam takiego przypadku – śmieje się Wiktor.
Oczywiście, przyjechała ponad pół godziny za wcześnie. Droga od autobusu zajęła jej tylko parę minut. Ola z niepokojem obrzuca spojrzeniem swoje odbicie w wielkiej witrynie pierwszej z długiego ciągu restauracji przy placu Teatralnym. Wszystko w porządku. Tylko spódnica z niebieską bluzką koszulową, które jeszcze godzinę temu wydawały się proste i eleganckie, teraz wyglądają jak zwykle – myszowato.
Ola spogląda nerwowo na zegarek. Jeszcze pół godziny. Nie będzie przecież wyczekiwać pod drzwiami Teatru Narodowego ani nie wejdzie do środka, bo… Bo nie wejdzie. Może przysiąść na chwilę w którymś z ogródków? Nie. Ola spogląda na drugą stronę ulicy, zdecydowanym krokiem przechodzi przez jezdnię i wchodzi do klimatyzowanego wnętrza sklepu. Miejski luz za duże, ale nie za strasznie duże pieniądze.
Wolnym krokiem przechodzi wzdłuż wieszaków i półek. Jasnoniebieskie, czerwone, białe, khaki, piaskowy beż, znowu czerwone… tak, to. Ciemnoczerwona sukienka do kostek z głębokimi rozcięciami po bokach. Przeceniona. Nie, to nie dla mnie. Dlaczego nie dla mnie? Bo czerwona? Wyzywająca, powiedziałaby mama, wielbicielka Oli w kostiumach i bluzkach zapiętych po grdykę. Właśnie, że dla mnie, trochę ożywi bladą cerę. Dzięki Bogu za zimowe wieczory spędzone z Marcinem na siłowni. Wydawało się, że to jeszcze jeden z jego kretyńskich pomysłów, a teraz okazuje się, że ładnie umięśnione ramiona do tej sukienki bez rękawów – jak znalazł. Tylko że wieczorem zmarznę, myśli Ola, z rezygnacją rozglądając się wzdłuż półek. A potem już nie myśli, tylko pewną ręką sięga po cienki czarny sweterek z rękawami trzy czwarte. Sprawdza rozmiar, wchodzi do przebieralni, nie patrząc w lustro, zdejmuje bluzkę i spódnicę, wkłada sukienkę i… Przygląda się sobie zadowolona. Jak ulał. Jeszcze tylko sweterek.
Ola wychodzi z przebieralni. Bluzka i spódnica złożone w ciasną kostkę nieco rozpychają czarną torebkę na ramieniu. Trudno. Dostrzega pytające spojrzenie ekspedientki.
– Chciałabym zapłacić za to, co mam na sobie.
– Bardzo proszę. Może obetniemy metki?
– Pewnie – płoszy się Ola, ale tylko na chwilę. Rzuca okiem na odbicie w bocznym lustrze i naprawdę podoba jej się to, co widzi.
Wychodzi pewnym krokiem i zbliżając się do La Bohemę, dostrzega Aleksandra siedzącego już w ogródku restauracji. Podchodzi do niego z uśmiechem. Aleksander na jej widok zrywa się z fotela.
– Witam panią, cieszę się, że się pani nie rozmyśliła. Zostaniemy tutaj czy woli pani wejść do środka?
Widząc rozgadane towarzystwo właśnie sadowiące się na zewnątrz, Ola rusza w stronę drzwi wejściowych. Z ciekawości zatrzymuje się przy wywieszonym menu.
– Serdecznie zapraszamy – odzywa się stojący obok maitre d'hotel w nieskazitelnym letnim garniturze. – Mamy wspaniałe, dziś sprowadzone mule.
– Och tak, chodźmy na mule. – Ola reaguje entuzjastycznie.
– Wypowiedział pan właściwe słowo – uśmiecha się Aleksander. – Poprosimy stolik dla dwóch osób.
Maitre d'hotel znika w głębi, po czym – nadal z profesjonalnym uśmiechem – prowadzi ich do stolika, odsuwa krzesło Oli.
– Przepraszam, czy mam przyjemność z panem Aleksandrem Kranachem? – odzywa się niespodziewanie mężczyzna, który wyszedł właśnie z sąsiedniej sali. – Andrzej Borucki, sąsiad z podwórka. Saska Kępa.
Читать дальше