Wkłada do kieliszków po trzy truskawki posypane cukrem pudrem. Czeka, aż Paweł otworzy butelkę. Korek cicho strzela. Paweł zalewa owoce zimnym szampanem. Alicja podaje szpadki do owoców. Podnosi kieliszek w stronę Pawła, który również unosi swój kieliszek. Jest przeraźliwie sztucznie i nie wiadomo, co powiedzieć.
– Masz jakieś dzieci? – pyta w końcu Paweł, siadając z rezygnacją na kanapie.
– Tak, nie jakieś, ale dorosłą córkę – odpowiada Alicja w temperaturze schłodzonego szampana. Nadal obwarowana bufetem.
– Gdzie jest? – brnie Paweł.
– Nie martw się, nie zejdzie z góry, mieszka we Francji. Szanse na normalną rozmowę topnieją jak szron na butelce od szampana.
– Zimno mi – mówi Alicja, odstawiając kieliszek. – Niepotrzebnie napiłam się alkoholu…
Paweł nie korzysta z okazji, by znowu ją objąć.
Co się dzieje? Już co jak co, ale ta stara gra zawsze się sprawdzała, myśli Alicja, wściekła i na niego, i na siebie. Przyspawało ją chyba do tego bufetu! A jego do tej cholernej kanapy!
Żadne z nich nie rusza się jednak ze swego miejsca.
Powinien podejść i ją objąć, tak jak to zrobił przy wejściu. Teraz już może, bo ona o tym zdecydowała. Że też wcześniej nie przyszło jej do głowy, że ten miły mężczyzna lubi decydować co najmniej tak samo jak ona. No dobrze. Jak tak, wyjdzie zza bufetu i nastawi mu tę cholerną płytę, którą tu przyniósł na przeprosiny. Do dzisiaj leżała w tym miejscu, w którym ją położył kilka dni temu.
Paweł powoli sączy szampana. Przez następne pół godziny słuchają długiego konania damy kameliowej. W końcu Paweł spogląda na zegarek, podnosi się z kanapy, podchodzi do Alicji dogorywającej w fotelu i lekko całuje ją w policzek.
– Miłych snów – mówi po prostu, kłania się i wychodzi. Alicja przygląda się chwilę trzem nietkniętym truskawkom w jego kieliszku, po czym zrywa się, biegnie na górę do sypialni, zrzucając po drodze kretyńskie szpilki z nóg i te z włosów, jeszcze głupsze. Kładzie się w cekinowej sukience do łóżka, przykrywa po uszy i płacze. Świta już, kiedy z westchnieniem wstaje, rozpina resztki fryzury i przebiera się w piżamę.
Ta noc miała być inna niż wszystkie moje noce! No to była! – odpowiada Alicja sama sobie.
Czwartek, 13 czerwca 200…
Rano na cmentarzu panuje nieprzyjemny chłód, po wczorajszym deszczu zostały kałuże. Alicja zdążyła już przemoczyć adidasy w mokrej trawie. Jakoś nie widać tu czerwcowej bujności, raczej wydaje się, że to wczesna jesień. Może za dużo eleganckich marmurowych nagrobków, na których nikt nie zostawia kwiatów. A może to tylko wrażenie Alicji.
Przyjechała na cmentarz o siódmej rano. Nieprzespana noc wyprowadziła ją kompletnie z równowagi. Wzrusza ramionami. To śmieszne, gorącej wdówce nie udało się ekspresowe uwiedzenie i teraz szuka spokoju przy grobie męża. Chyba raczej leczy natychmiastowe wyrzuty sumienia.
Sprząta suche kwiaty. Zapala znicz.
– Proszę pani – podchodzi do niej baba cmentarna. – A tu na ten pani grób to ciągle teraz przychodzi jakiś pan. Kto to może być? Przedtem nie przychodził.
A więc Aleksander przychodzi tu. Chyba nawet częściej niż ona. Ta świeża róża to pewnie od niego.
Baba mruczy jeszcze coś pod nosem, na szczęście Alicja ma czarne okulary i sweter z kapturem. Teraz odwraca się, wsuwa kaptur na głowę jak szyszak husarski i czuje się co najmniej o połowę bezpieczniejsza niż z gołą głową.
Zamówiła grobowiec u kamieniarza spod Radomia, ale czy słusznie zrobiła, decydując sama, jak ma wyglądać pomnik? Bez konsultacji z synem?
Aleksander wyjechał z kraju natychmiast po tym, gdy poinformowała go o swojej decyzji poślubienia jego ojca. Utrzymywał z nim jednak kontakty telefoniczne, czasem przyjeżdżał na święta do matki. Wtedy spotykali się z ojcem w mieście. Chyba nigdy nie wybaczył ani jej, ani ojcu i nigdy nie przestąpił progu ich domu. Pewnie sama nieraz podgrzewała swoim zachowaniem temperaturę tego konfliktu, ale i młody Kranach nie pozostawał jej dłużny. Ośmieszał ją i wielokrotnie ranił, mając za sobą milczące przyzwolenie rodziny i większości starych znajomych ojca, którzy stanęli murem za pierwszą panią Kranach. Skrupulatnie też dbali o to, by dotarły do niej wszystkie jego kąśliwe uwagi i zwykłe pomówienia. Przecież nawet Wiktor przekonał się do niej dopiero po latach.
Czy dlatego nie próbowała zbyt intensywnie namawiać męża, by powiedział synowi o swojej śmiertelnej chorobie? Nie chciał, to prawda, ale przecież zwykle jej ulegał, jeżeli tylko bardzo jej na czymś zależało. Może nie miała racji. Może za bardzo przyzwyczaiła się myśleć o Aleksandrze jako o narwanym dwudziestoczterolatku, który świetnie radził sobie w nocnej Niby-landii jej samotnego łóżka, ale nie był zainteresowany żadnym z jej realnych problemów.
Gdy ojciec umierał, Aleksander siedział w którymś z krajów południowoamerykańskich. Telefonował często, ale negocjował duży kontrakt dla Francuzów. Potem prosił Alicję, żeby poczekała z pogrzebem dwa tygodnie. Nie zgodziła się, więcej nie zadzwonił.
Wszyscy namawiali ją na wybór tego cmentarza, tu obok kościoła św. Katarzyny. Robiła to bez przekonania, ale coś trzeba było wybrać. Załamała się dopiero po pogrzebie. Wcześniej przez prawie rok ciągnęła sama wszystkie sprawy firmy, ale zawsze w momencie wahania czy niejasności miała przy sobie męża. Był już tak słaby, że właściwie nie opuszczał łóżka, chyba tyl ko po to, by je zmienić na łóżko szpitalne w chwilach kryzysów, ale pozostawał w pełni sił umysłowych. Do końca. Po jego śmierci poczuła, że sytuacja ją przerasta. Gdyby nie pani Danusia… Sprawna i lojalna księgowa okazała się najlepszą inwestycją Aleksandra Kranacha seniora.
Teraz najważniejsze jest przeprowadzenie wszystkich procedur spadkowych. Ciągłe wizyty u księgowej, sama korespondencja, nawet to może człowieka przytłoczyć. Niby nie chodzi do pracy na ósmą, ale na nic nie ma czasu. Zaniedbała dom, zaniedbała siebie.
I te ostatnie przygody. Zupełnie jej odbiło. Hiperklimaks, jak powiedziałaby jej córka. A może wołanie pustej emocjonalnie pięćdziesięciolatki, wołanie o bliskość? A może… Czy nie mogła się po prostu zakochać?
Idiotka! Zaraz pojedzie na pocztę wysłać córce tę nieszczęsną sukienkę z cekinów. Gest rozpaczy, ale trochę też zazdrość, że córka może taką sukienkę nosić jeszcze długie lata.
Stara kretynka! Dobrze, że nikt do niej nie zadzwonił, jeszcze by komuś to wszystko powiedziała i skompromitowała się na długo. Nikt normalny nie dzwoni kwadrans po siódmej. Chyba. Bo właśnie dzwoni jej komórka w kieszeni. Kto to? Małgosia?
– Pewnie, że się umówię! Spadłaś mi z nieba! Już jadę, zapraszam cię na śniadanie.
Dochodzi ósma. Alicja jedzie Rosoła i skręca w Przy Bażantarni. Większość samochodów zmierza w przeciwną stronę. Mało kto rano kieruje się na Kabaty. Musi podjechać do apteki i kupić coś przeciwbólowego, tylko mocniejszego niż panadol, który ma w torebce, bo za chwilę głowa jej pęknie. Kiedyś, po nocach nieprzespanych z powodów odwrotnych niż dzisiejsze, mówiła, że czuje się jak z Picassa. To ten straszny stan, w którym każdą część ciała ma się oddzielnie.
Umówiła się z Małgosią za kwadrans dziewiąta. Może zdąży zrobić jeszcze zakupy? Pojechać do Geanta czy Tesco?Tak rzadko robi zakupy w supermarketach, że jeszcze ją to bawi. Wybiera Tesco.
Już z kolejki do kasy dzwoni do Małgosi.
– Małgosia? – upewnia się. – Nie, nie pod klatką. Utknęłam w sklepie… Spóźnię się z dziesięć minut. Mam ci kupić papierosy? – Alicja pyta, jakby nie rozumiała, o co chodzi. – Dobrze, dobrze, będę za piętnaście minut.
Читать дальше