– Co tu się dzieje? – dopytuje się Paweł, na wszelki wypadek zazdrosny o Alicję.
– Nie wtrącaj się – Alicja wybiega za Arturem. – To są sprawy sercowe.
– Przecież jestem kardiologiem! – mruczy Paweł, podążając za nimi. – A co z Marcinem?
– Dzwoń do niego!
– Proszę! – woła Artur przez okno. – Ona od dziesięciu lat nie prowadziła samochodu!
W końcu samochód rusza. Paweł dzwoni do Marcina. Telefon jest zajęty.
– No dobrze – Paweł tymczasem rezygnuje. – Czy ktoś mi coś wreszcie wyjaśni?
– To może pan Rusznikowski – rzuca Alicja, nie odrywając wzroku od drogi.
Ale Artur nie daje się sprowokować. Nie wiadomo nawet, czy słyszy rozmowę na przednim siedzeniu. Siedzi zapatrzony we własne pięści, jakby trzymał kciuki lub szykował się do ciosu.
Park otaczający płoński szpital rozbrzmiewa czerwcowym szaleństwem ptaków. Wśród wysokich klonów tuż przy wyjściu uwijają się głównie wrony. Ślady na ławkach świadczą o tym, jaki los czeka tych, co się tu zasiedzą. Chorzy w szpitalnych piżamach wolą spacerować wokół budynku lub aleją dojazdową.
Marcin z nogą w gipsie i tobołami siedzi na murku przy drzwiach wyjściowych szpitalnego oddziału ratunkowego. Przez chwilę gra w space impact w swojej komórce, ale znudzony rezygnuje. Po raz kolejny dzwoni do Oli z pytaniem, czy Paweł już wyjechał.
– Wyjechał ponad godzinę temu – Ola stara się nie okazywać zniecierpliwienia ani tego, że kolejna rozmowa z byłym to dla niej wątpliwa przyjemność. – Nie rozumiem, dlaczego nie zadzwonisz do niego i nie zapytasz, co się stało.
– Też nie rozumiem – Marcin wzrusza ramionami. – Może dlatego, że wolę dzwonić do ciebie?
– Marcin, o co ci znowu chodzi?
– Sam chciałbym to wiedzieć.
– Słuchaj, nie mam czasu na te gadki, ja…
– Olu, nie wiem, może jeszcze jestem w szoku? Może jednak położę się na tę obserwację, ale u was – ględzi Marcin, lecz odpowiada mu już tylko cisza. Wygląda na to, że tym razem nie udało mu się obudzić w Oli instynktów opiekuńczych.
W końcu Marcin rozłącza się, ale tylko na chwilę. Tę chwilę zajmuje mu znalezienie w plecaku wizytówki kwiaciarni z numerem do Basi.
– Kwiaciarnia, słucham.
– To ja, Marcin – mówi Marcin grobowym głosem. – Dzwonię, bo raczej się nie zobaczymy.
– Czemu tak dziwnie mówisz? – pyta Basia zaniepokojona. -Zapalenie strun głosowych?
– Dużo gorzej…
– To znaczy?
– Był wypadek.
– Wypadek? O Boże, co ci się stało?
– No, jeszcze do końca nie wiadomo…
– Ale chodzisz? Ruszasz się? Mów! – W głosie Basi słychać już histerię i właściwie należałoby się zastanowić, dlaczego sprawia to taką przyjemność Marcinowi. Najgorzej, że on sam traci pewność, czy rzeczywiście sprawia mu to przyjemność, ale nie bardzo wie, jak miałby po takim początku przejść do normalnej rozmowy. Zresztą, kiedy ostatnio normalnie rozmawiał z kobietą?
– Nie martw się, Basiu, bywało gorzej. Muszę kończyć, jadę na salę operacyjną. Całuję.
– Ale Marcin…
– Zadzwonię, jak już obudzę się z narkozy. Jeśli się obudzę… Marcin przerywa połączenie i wyłącza komórkę. Patrzy na nią z wyrazem głębokiego niesmaku. Tak, chyba naprawdę tym razem jest zniesmaczony sam sobą.
Kuśtykając, przenosi się na ławkę razem z całym majdanem. Obrysowuje swój gips gołymi babami. Wyciąga aparat fotograficzny. Zaczyna fotografować gips, a potem samego siebie w pozach dekadencko-tragicznych. Wzbudza tym żywe zainteresowanie dziecka z sąsiedniej ławki, ale płoszy je, udając, że strzela z aparatu jak z karabinu maszynowego. Przestraszone dziecko przytula się do siedzącej obok matki, która odwraca się w stronę Marcina i znacząco puka w czoło.
Marcin wyciąga puszkę piwa. Otwiera. Pije. I staje się to, co stać się musiało przy takiej masie wron. Wściekły Marcin zrywa się z ławki. Próbuje zetrzeć plamę na przedramieniu bawełnianą koszulką wyszarpniętą z plecaka.
– Szefie – zaczepia pacjenta w piżamie. – Jaki macie tu numer radiotaxi?
– Numeru to nie znam – odpowiada tamten. – Ale jak pan potrzebujesz taksówki, to stoją o tam, za siatką.
Małgorzata miałaby pewnie sporo do powiedzenia, ale tymczasem woli skupić się na prowadzeniu. Nie, tak naprawdę, to nie ma nic do powiedzenia, a skupiać się nie bardzo jest na czym. Trasa gdańska jest prosta i gładka jak stół. Nawet tak okazjonalny kierowca może sobie dziś z łatwością tu poradzić. Jedzie prawie setką, ale i tak ją wyprzedzają. Elżbieta milczy, na przemian przerażona i wściekła.
– I po co ta brawurowa akcja? – pyta w końcu. – To śmieszne, pomyliły się pani konwencje.
– Bo ja jestem niekonwencjonalna – odpowiada Małgorzata. – Chciałam panią poznać, ostatecznie to ważne, w czyje ręce oddaje się własnego męża.
– To bez sensu, ile niby będziemy tak jechać? Małgorzata już zbiera się do ciętej repliki, ale w tej samej chwili cała energia uchodzi z niej jak z przekłutego balonu. Hamuje gwałtownie. Stają. Dzwoni telefon. Obie kobiety rzucają się do swoich torebek, ale to telefon Elżbiety. Małgorzata z niesmakiem stwierdza, że mają identyczny sygnał, znany motyw z filmu „Fortepian".
– Tak, kochanie, stało się coś? – kwili Elżbieta. – No, właściwie dopiero dojeżdżam… Dziwny głos? Wydaje ci się… Pewnie zniekształca…Tak, cały dzień. Nie, nie wiem, kiedy wrócę, pewnie późno… No, ja też, buziaczki.
Koniec połączenia.
– No tak – mówi Małgorzata, wpatrując się w szyld zajazdu po drugiej stronie szosy. Zajazd „Bizarro". Jakby i bez tego nie było wystarczająco dziwnie. – Jeden buziaczek dla męża, drugi też dla męża, tyle że cudzego.
Elżbieta milczy, z uwagą studiuje swoje paznokcie, ogląda się za siebie, zapewne w nadziei na rychłą odsiecz. Nagle Małgorzata wysiada. Opiera się ciężko o maskę, zapala papierosa, po czym, mrucząc coś pod nosem, rusza przed siebie.
Przez chwilę nic się nie dzieje, słychać tylko ptaki i stłumione dźwięki muzyki z restauracji w zajeździe.
Nadjeżdża Alicja. Artur wyskakuje z samochodu niemal w biegu.
– Gdzie Gośka, co jej zrobiłaś!? – krzyczy zupełnie bez sensu. Pewnie dlatego Elżbieta po prostu go ignoruje.
Alicja dostrzega Małgorzatę w oddali. Pokazuje ją Arturowi, który puszcza się biegiem za żoną.
– Gośka, stój! – woła.
Małgorzata odwraca się spokojnie i czekając na niego, dopala papierosa. Nie patrzy na biegnącego męża, machinalnie wierci dziurę w piasku końcem sportowego buta.
– Co ty wyrabiasz? – woła Artur.
Małgorzata odczekuje, aż mąż podejdzie zupełnie blisko.
– Zdaje się, że porwałam kobietę twego życia.
– Przecież to bez sensu!
– Tak, chyba masz rację. – Małgorzata pilnie przygląda się dziurze w piasku. – Mogę ci ją oddać.
– I niby co dalej? – Artur podnosi głos, przekonany, że panuje nad sytuacją.
– Prosiłeś mnie o pomoc parę dni temu – mówi Małgorzata cicho. – Pomogę ci. Odchodzę.
Wymija po raz kolejny tego dnia osłupiałego Artura i idzie z powrotem w kierunku samochodu. Artur rusza za nią.
– Tak po prostu? Odchodzisz! Małgorzata rzuca przez ramię:
– Nie pozostaje ci nic innego, jak zrealizować swoje marzenia.
– Piękny tekst! Jak z filmu. Niby jak ty to sobie wyobrażasz? Cięcie i następny plan, tak?
Artur drepczący za idącą w milczeniu Małgorzatą wygląda trochę groteskowo, ale jakoś nikomu nie jest do śmiechu. Paweł, któremu Alicja wreszcie mogła coś wyjaśnić, jest tak zmieszany sytuacją, że po prostu wrócił do samochodu i z uwagą studiuje mapę okolicy. Alicja przez chwilę zastanawia się, czy pozostawiona w samochodzie Elżbieta nie potrzebuje pomocy, ale słysząc, że ta po prostu zamawia taksówkę przez telefon, rezygnuje. Dołącza do Pawła, widząc, że Rusznikowscy – razem czy osobno – zmierzają jednak w stronę samochodów.
Читать дальше