Kończy rozmowę i wykłada produkty na taśmę. Płaci kartą. W kiosku kupuje paczkę vogue'ow, to chyba te, dawno nie kupowała papierosów. Jeszcze „Przekrój". Nie, nie ma drobnych.
Zatrzymuje się przed wieżowcem Małgosi. Widzi ją wychodzącą z klatki schodowej. Idzie jakoś bokiem, pewnie przez tę ogromną czarną torbę zwisającą jej do kolan. Zmarniała. Twarz ma ściągniętą, włosy spięte w kucyk. Ale dobrze jej w dżinsach. A biała bluzka to w każdych okolicznościach najlepszy przyjaciel kobiety.
Małgosia otwiera drzwiczki samochodu.
– Przepraszam cię za te papierosy, ale nie mam grosza. Artur wyjechał i zostawił mnie z trzema złotymi w portfelu. Nie chciałam podbierać Mai. Podobno większość rodziców pożycza od dzieci po komunii… – wyrzuca z siebie.
– Nie tłumacz się! – przerywa jej Alicja. – Nie chciałam ci kupować papierosów, bo to trucizna! Ale nie jestem aż tak nieużyta, chcesz, to masz. – Już widzi, że Małgorzata jest w nastroju „minus dziesięć w Rio". – Zaraz zjemy śniadanko, wypijemy dobrą kawkę, ja się przebiorę, na Grenadierów mamy być w południe. Wszystko pod kontrolą.
Alicja rusza i już czuje, że niesie ją znajoma euforia. Jak zawsze po ciężkim dołku.
– Jesteś świetnym kierowcą! – z podziwem zauważa Małgosia. – Ja rzadko prowadzę. Z jakichś powodów to zawsze Artur bardziej potrzebuje samochodu. Chociaż na studiach wygrałam nawet rajd małych fiatów. – Wspomnienie wariackiego studenckiego rajdu rozjaśnia nieco jej chmurną minę.
– Małgosiu, z czym ci się kojarzy mały fiat? – pyta znacząco Alicja.
– Alicjo! Ty świntuszysz?
– Czasem trzeba trochę pogrzeszyć, przynajmniej w mowie – ripostuje Alicja. – Wiesz, że po tym, jak facet prowadzi samochód, można się zorientować, jaki jest w łóżku? – rzuca z kamienną twarzą, nie odwracając wzroku od drogi.
– Nie rozumiem – bąka Małgorzata, ale za chwilę i ona uśmiecha się kpiąco. – A co zrobić z facetami, którzy nie mają samochodu i nie umieją prowadzić? – pyta filozoficznie.
– Cancel! – oświadcza Alicja gangsterskim basem i gładko przekracza setkę na środkowym pasie mostu Siekierkowskiego.
Wymija jadącego obok mercedesa. Uśmiecha się słodko do mijanego kierowcy. Przez okno już prawie pokazuje mu palec w jednoznacznym geście, ale Małgorzata, śmiejąc się, łapie ją za rękę.
– Uspokój się, bo to nas skasują.
Podjeżdżają pod dom, Alicja wprowadza samochód do garażu. Małgorzata niemal od progu idzie na taras i zapala pierwszego tego dnia papierosa.
– Nie jest ci tam zimno? – woła Alicja z kuchni. – Nie musisz palić na dworze, jeszcze tak do końca mi nie odbiło, chociaż kto wie… przy tej wiosennej melancholii.
– To coś nowego?
Małgosia wchodzi do domu. Nigdy nie była za dobra w odczytywaniu cudzych nastrojów, no i znają się z Alicją zaledwie miesiąc, ale nie myliła się.Ta sztuczna wesołość… coś się dzieje, ale co?
– Może potem ci opowiem, na razie włączyłam ekspres, posiedź tu, zapal w spokoju, ja zaraz wrócę, muszę się opłukać -rzuca Alicja.
Małgosia podchodzi do lustra i poprawia fryzurę, bierze ze stolika obok szminkę Alicji i maluje usta. Ładny kolor, ciemna wiśnia. Dior. No jasne, przecież nie bazar „Na dołku" i nie ruska kosmetyka. Jest i nowy „Przekrój", dawno nie miała w ręku. Od paru tygodni czytała tylko „Pasmo" i „Passę", a właściwie przewlekłą dyskusję o kolejnych pomysłach na utrudnienie życia dzielnicowym domom kultury. Reszta prasy od miesiąca zalega kąty, służąc jej co najwyżej jako skuteczny parawan podczas sporadycznych wspólnych posiłków.
Małgosia zatapia się w lekturze. Nie zauważa, że minęło dobre dziesięć minut, a nad nią stoi Alicja jak nowa, wystrzałowo ubrana, bez śladów porannego zmęczenia, całkowicie odmieniona. I ten zapach…
Alicja uśmiecha się samymi kącikami ust i podaje do stołu, już znowu sprawna i wyluzowana. Znów celebruje swoje eleganckie wdowieństwo. Zadziwiająca metamorfoza. Małgorzata przygląda jej się w milczeniu, przed chwilą euforyczna kumpelka, a tu, dzień dobry pani, zdystansowana znajoma i mentorka. Tak jakby kształt obcasów wpychał ją w coraz to inne role. W których butach jest jej najwygodniej?
– Zapraszam do stołu, kawa stygnie. Hola, hola, a czy tobie w ogóle wolno pić kawę z tym twoim sercem? – pyta Alicja tonem starszej koleżanki.
– Jeszcze nikt mi nie zabronił – Małgosia posłusznie odstawia uniesioną filiżankę.
– No tak, ciśnienie masz w normie, może to ja też przesadzam.
– Alu, jestem tak skołowana i przybita sprawami w domu, że naprawdę… Jesteś chyba jedyną osobą na świecie, którą obchodzę. Mąż – wiadomo. Do ojca mogłabym przyjechać z nożem w plecach, a on i tak rozprawiałby o tym, co właśnie obejrzał w dzienniku – cichym, trochę nieswoim głosem odpowiada Małgosia.
– Cóż, rodziców się nie wybiera, a męża można zmienić -mówi Alicja zdawkowo. – Słońce wyszło chyba już na dobre, chodź na taras.
Alicja wstaje od stołu i przegania komary z zasłony. Dzisiaj nie chce znowu dyskutować problemów Małgośki. Siada w rattanowym fotelu, kopnięciem zrzuca modne dżinsowe klapki i jednym ruchem rozburzą nienaganną fryzurę. Niesamowite, bosa Alicja staje się niemal natychmiast bliską Alicją.
Małgorzata wyciąga się na długiej ogrodowej ławie. Patrzy wyczekująco, bo już wie, że tym razem to ona będzie słuchać, ponieważ ta bliska Alicja chce jej coś powiedzieć.
– Skoro już mowa o skołowaniu…
Alicja opowiada zdarzenia poprzedniej czerwcowej nocy. Małgorzata, nieco zdumiona tą niespodziewaną wylewnością, nie do końca wszystko rozumie, trochę gubi się w drobiazgowych opisach i miażdżących autokomentarzach. Jedno jest pewne: przedziwne, pokręcone, ambiwalentne reakcje Alicji nawet dla niej są zupełnie niezrozumiałe. Nic dziwnego, że facet zgłupiał. Każdy by zgłupiał.
– A ten cały Paweł to ci się po ludzku podoba? – pyta wprost, czując, że długie wynurzenia dobiegają końca.
– Co to znaczy po ludzku? – Alicja marszczy śmiesznie czoło.
– Czy podoba ci się jako facet, czy… no nie wiem, czy czujesz przy nim jakiś dreszcz?
– Dużo gorzej! – odpowiada Alicja niemal odruchowo i spłoszona zrywa się z rattanowego fotela, by znowu bez sensu przeganiać komary.
Małgorzata przygląda jej się z uśmiechem.
– Lekarzu, lecz się sam – mówi dobitnie. – Przecież sama nie tak dawno mi radziłaś. – Alicja kręci głową, nie pamięta. – No to cię zacytuję: radzę zająć się swoim sercem!
Telefon dzwoni kilkakrotnie. Początkowo żadna z pań nie chce odebrać. W końcu matka Oli wstaje z kanapy, kładzie kryminał na ławie, przechodzi do przedpokoju i podnosi słuchawkę. Staromodny aparat ma pewnie ze trzydzieści lat, nie można za dużo się nagadać, bo trzeba stać przy lustrze. Zero komfortu, no i zero intymności. Szczególnie że drzwi od pokoju matki zawsze są otwarte.
– Tak, słucham? – rzuca słabym głosem.
– O, dzień dobry, kłania się Marcin, czy pani mnie jeszcze pamięta? – pyta zaczepnie były kandydat na zięcia.
– Och, jak miło pana słyszeć, kiedy pan nas znowu odwiedzi? – Słaby głos przechodzi w szczebiot.
– Jak tylko zdrowie mi pozwoli – odpowiada enigmatycznie Marcin.
– Czekam, czekam, panie Marcinie. Przecież zawsze jestem w domu.
Matka zaprasza Marcina zupełnie tak, jakby wcześniej to do niej przychodził, a nie do córki.
– Świetnie, czuję się więc zaproszony… A czy może zastałem Olę?
Ola wychyla się tymczasem ze swojego pokoju i daje matce gwałtowne znaki, że nie chce podejść do telefonu, ale matka, jak zwykle, wie lepiej i przekazuje Oli triumfująco słuchawkę. A może tak się tylko Oli zdaje, bo przecież jest wściekła i nie wybaczyła jeszcze matce tego spaceru i tych Eskimosów. Przeprosiły się, ale nie do końca. Mają teraz półciche dni.
Читать дальше