Alicja odbiera niemal od razu.
– Tak, słucham – mówi zaczepnie, domyślając się od razu, kto telefonuje.
– To tylko ja, sąsiad. Dzwonię zameldować, że odzyskałem zgubę. I podziękować – mówi sztucznie raźnym tonem, ale tak naprawdę jest zdenerwowany jak nastolatek.
– To może należy jakoś uczcić ten powrót marnotrawnego? Czy już za późno jak dla ciebie? – Trudno nie usłyszeć wyraźnej kpiny w głosie Alicji.
– Kiedy i gdzie? – pyta Paweł.
– Tu i teraz – odpowiada Alicja szybko. – Za pół godziny. Muszę się odświeżyć.
– Akurat wybije północ – patrzy na zegarek Paweł. – Obowiązują stroje wieczorowe?
Zgodziła się bez specjalnych ceregieli, więc wreszcie może odetchnąć i zażartować.
– Nie musisz przynosić mi kwiatów, to pewne. Ale muszka i włosy na żel są obowiązkowo kończy Alicja i odkłada słuchawkę.
Późny wieczór. Małgorzata w koszuli nocnej stoi przy oknie w sypialni i pali. Artur wychodzi z łazienki w piżamie, kładzie się do łóżka. Małgorzata bez słowa bierze swoją poduszkę, koc, książkę i wychodzi do salonu. Rozkłada kanapę, wyjmuje prześcieradło, rozściela resztę pościeli. Artur, również milcząc, idzie za nią, przenosząc swoją pościel do salonu. Małgorzata nie daje za wygraną, znowu zabiera pościel, Artur zagradza jej drogę.
– Przestań, to idiotyczne. – Głos Małgorzaty tylko z pozoru jest spokojny.
– No właśnie – ripostuje Artur. – Zachowujesz się dziecinnie.
– W przeciwieństwie do ciebie – Małgorzata podnosi głos. -Ty zachowujesz się bardzo dojrzale.
– Przynajmniej nie ciągam się po knajpach nie wiadomo z kim – oświadcza Artur z triumfem.
Trzeba przyznać, że wywiad działa bez zarzutu.
– Rozmawiałeś ze swoją matką – raczej stwierdza, niż pyta, Małgorzata.
– Przecież wiesz, że cię przyłapała.
– Przyłapała? Przede wszystkim zrobiła z siebie idiotkę.
– Nie wykręcaj kota ogonem. Widziała cię z tym wyliniałym lwem salonowym.
To byłoby nawet śmieszne słuchać tego, stojąc gdzieś z boku. Ale stać w progu i ciągnąć na poważnie to chyba lekka przesada.
– Nie wiem, czy Wiktor Zaręba jest lwem czy tygrysem. Z całą pewnością jest jednak doświadczonym adwokatem.
– Ostro grasz – Artur nie umie ukryć zaskoczenia.
– Ostro zagram, kiedy opowiem twojej matce, po co się z nim spotkałam.
– Rozumiem, że gówno cię obchodzi dobro rodziny. – Artur strzela fatalnego samobója i chyba orientuje się w tym błyskawicznie, bo mięśnie żuchwy zaczynają mu drgać ze zdenerwowania.
Ale Małgorzata nigdy nie odczuwała specjalnej satysfakcji z dobijania tych, którzy własnoręcznie rozłożyli się na łopatki. Dlatego wymija Artura, rozkłada swoją pościel w sypialni, po czym, zamykając drzwi, rzuca mu tylko:
– Dobro rodziny z całą pewnością nie wymaga, żebym leżała z tobą w jednym łóżku.
Gasi światło i długo płacze w poduszkę. Chyba raczej z napięcia niż z żalu. A może z tęsknoty za swoim wyobrażeniem udanego małżeństwa. Co z tego, że było tylko wyobrażeniem? Płacze nad latami straconymi na przymykanie oczu, łykanie złości, dostosowywanie się do cudzych wyobrażeń. Nad tym, że w oczach Artura z przerażeniem dostrzega dzisiaj odbicie kogoś, kim nie jest i nigdy nie była… Jego wyobrażenie. Przede wszystkim jednak płacze w niej odrzucona kobieta, która okazała się za mało atrakcyjna, by zatrzymać swego mężczyznę. Można długo karmić się złością i urażoną ambicją, można wmawiać sobie, że głupek nie docenił tego, co miał. Tylko że każde spojrzenie w lustro i w głąb siebie mówi jej: jesteś beznadziejna, jesteś tak beznadziejna, że wolał byle kogo niż ciebie. Bo nawet w chwilach największej słabości Małgorzata zdaje sobie sprawę z tego, że mityczna Elżbieta nie jest księżniczką z bajki. Przynajmniej nic jej nie wiadomo o tym, by ZUS rekrutował swoje kadry spośród księżniczek. Po prostu była pod ręką we właściwym czasie i miejscu.
Alicja przygląda się krytycznie swemu odbiciu w wielkim łazienkowym lustrze.
Po co nagadałaś mu tych bzdur o żelu i o wieczorowym stroju? Znów szybciej mówisz, niż myślisz. Zamiast milczeć i czekać na jego propozycję, sama przejmujesz inicjatywę. W ten sposób nigdy się nie dowiesz, o co mu chodzi. Czego on oczekuje po tym spotkaniu.
Dobra! Słowo się rzekło. Włoży tę sukienkę z cekinami. Jest czarno-pomarańczowa, amerykańska i świeci niemiłosiernie. Miała ją co prawda przy najbliższej okazji oddać córce, bo ten cekinowy blask z całą pewnością nie jest w jej stylu, ale co tam.
A jeśli on przyjdzie ubrany w podkoszulek? To powie, że właśnie wróciła z przyjęcia z ambasady. Niech sobie myśli, co chce. Włosy upnie w kok, dwie szpilki jak w japońskich fryzurach, ciemna wiśnia na usta. I owoce, dużo owoców. Co ci, kobieto, przyszło do głowy? Albo startujesz w zawodach kuchennych, albo w miłosnych. Wabić faceta pierogami z serem! A potem herbatą! Uciekł od tych afrodyzjaków!
Śmieje się do swojego odbicia w lustrze. No i dobrze. Samo życie już było. Teraz wreszcie trochę akcji. Ostatecznie jej znajomość z mężem zaczęła się od zupy grzybowej, którą oboje się zatruli. I co? Nigdy nie wiadomo, co może zadziałać jak napój miłosny. Ale ruskie pierogi to naprawdę przesada.
Paweł dzwoni do furtki. Włożył błękitną koszulę w drobne paseczki i granatowo-żółty fular. Do tego dżinsy i granatową marynarkę.
– Przepraszam, że tak z pustymi rękoma – woła już od progu. Wchodzi do holu, szukając wzrokiem Alicji, która otworzyła mu i natychmiast gdzieś się skryła. – Gdzie jesteś, Alicjo? – woła zaniepokojony.
Na schodach prowadzących do piwnicy i garażu zjawia się gospodyni w niebotycznych szpilkach i niesłychanej sukni. Niesie szampana i butelkę wody mineralnej.
– Wyglądasz genialnie! Przepraszam, że tak z pustymi rękoma – powtarza Paweł i podchodzi bliżej.
Alicja, zamiast przywitać się czule, wciska mu w rękę lodowatą butelkę szampana. Bardzo gorące powitanie! Kieruje się do salonu, Paweł drepcze tuż za nią. Głębokie rozcięcie z boku nie pozostawia wątpliwości co do rewelacyjnej długości jej nóg. Wchodząc do salonu, Paweł odstawia butelkę na komodę i jednym ruchem obejmuje Alicję, która nie odwraca się, tylko płynnie przesuwa się, tak jakby opadała na niego. Poruszają się tak przez chwilę jak w tańcu. Teraz wszystko zależy od Alicji. Ta jednak prostuje się, odwraca powoli i wyswobadza z objęć. Muska Pawła po policzku chłodną ręką.
– Cieszę się, że znalazłeś psa – szepcze niemal i szybko poprawia kok. Idealnie nietknięty. – Zapomniałam kieliszków – mówi już głośniej i wychodzi, nim Paweł zdąży cokolwiek zrobić.
Trochę wytrącony z konwencji nie robi nic. No prawie. Siada na kanapie, nie odrywając wzroku od Alicji krzątającej się nerwowo w kuchni.
– Dlaczego zwiałaś? – pyta.
– Ja zwiałam? – odpowiada pytaniem na pytanie Alicja. Oddzielona od niego kuchennym bufetem czuje się nieco pewniej. – Skądże. Musiałam pójść po kieliszki, chyba nie masz zwyczaju pić szampana prosto z butelki. W każdym razie ja nie, ostatni raz robiłam to pewnie w liceum, ale to było naprawdę bardzo dawno – wyrzuca z siebie nerwowo i zupełnie bez sensu.
– Alicjo – przerywa jej w końcu Paweł, podchodząc do bufetu. – Nie zmuszam i nie zmuszę cię do niczego, na co nie miałabyś ochoty. Nie musisz się tak denerwować, wypiję lub nie wypiję i pójdę sobie. Będę się trzymał bezpiecznej konwencji.
– Pozwól, że tym razem ja zadecyduję o wyborze konwencji – mówi Alicja cicho. – Napijmy się szampana za zdrowie cudownie odnalezionego psa.
Читать дальше