Małgorzata siedzi w swoim gabinecie. Przed chwilą skończyła rozmawiać z instruktorami, którzy mają zorganizować festyn otwierający akcję wakacyjną. Wygląda na to, że tylko na tyle wystarczyło jej mobilizacji i siły. Bezmyślnie wpatruje się we własne notatki. Na szczęście, nowy sponsor festynu zapowiedział się dopiero na pierwszą.
Może do tej pory uda mi się chociaż trochę pozbierać, myśli, machinalnie sięgając po papierosa. Co się właściwie stało? Podjęłam decyzję. Rozstajemy się. Nie będzie z nami mieszkał. Co to zmieni w moim codziennym życiu? Przecież od tak dawna był w nim nieobecny. Tak się przyzwyczaiłam do tej małżeńskiej osobności, że chyba już nawet przestałam ją zauważać. Teraz osobność stanie się faktyczna. Co to zmienia?
Wszystko. Małgorzata zaciąga się papierosem, zaczyna szukać w torebce tabletek walerianowych. No tak, jeszcze ktoś puka do drzwi!
– Proszę! – Trudno to uznać za uprzejme zaproszenie, ale trudno. Gdzie te tabletki!
– Małgosiu? – Alicja wsuwa się niepewnie. – Przepraszam, nie wytrzymałam. Masz wyłączoną komórkę…
– Wejdź – mówi Małgorzata i wybucha płaczem. Trudno. A może na szczęście, bo niemal od razu czuje ulgę.
Alicja przytula ją krótko, po czym w spokoju siada na pierwszym z brzegu krześle. Milczy.
– Przepraszam – Małgorzata próbuje się opanować. – Nie mogę w domu, bo nie chcę mu dać satysfakcji, tu nie mogłam wcześniej, bo zebranie, to…
Zaczyna bezradnie poszukiwać w torebce chusteczek do nosa, których z całą pewnością tam nie wkładała. Pociąga nosem tak dramatycznie, że Alicja orientuje się w sytuacji i zaczyna równie gwałtownie przeszukiwać własną torebkę. Są! Podaje
Małgorzacie paczkę.
– Dzięki – Małgorzata wydmuchuje nos i chyba część napięcia, bo siada z westchnieniem, nieco uspokojona. – Naprawdę przyjechałaś tu specjalnie do mnie? – Alicja kiwa głową. – Jesteś kochana.
Małgorzata nie dodaje, że jej samej nigdy by to po prostu nie przyszło do głowy. Nie jest to specjalnie krzepiąca myśl, więc tymczasem odsuwa ją od siebie.
– Zazdroszczę ci, Ala.
– To ciekawe, a czego?
– Opanowania przede wszystkim. No i w ogóle, pieniędzy, luzu, świętego spokoju.
Alicja z westchnieniem opiera się łokciem o biurko Małgorzaty. Patrzy jej prosto w oczy z ironicznym nieco uśmiechem.
– Naprawdę uważasz, że ja nie mam żadnych problemów?
– Może i masz, ale jakoś sobie z nimi radzisz. Nie ryczysz po kątach, nie chodzisz zapuchnięta, nie…
– Pleciesz, Małgosiu.
– Masz rację. – Małgorzata z rezygnacją łyka w końcu dwie tabletki na uspokojenie. – Jestem załamana. Zrobiłam z siebie widowisko i nic nie zdziałałam.
– Zapytam jak Wiktor: a co chciałabyś osiągnąć?
– Sama nie wiem.
– To się zastanów.
Alicja wstaje i najspokojniej w świecie zaczyna szykować biurową herbatę w dwóch porcelitowych kubkach. Małgorzata milczy, wpatrzona ponuro we własny kalendarz.
– Chwilami chciałabym, żeby zniknął z mojego życia. Nie wiem, rozpłynął się…
– Obawiam się, że to niemożliwe. Poza nagłą i niespodziewaną śmiercią.
– Nie, coś ty! – wzdryga się Małgorzata. – Aż tak źle mu nie życzę. Chodzi mi o to… Po tym, co się stało, właściwie nic poza dzieckiem nas już nie łączy.
– To niemało – wtrąca Alicja półgłosem.
– Ale nie wystarczy, żeby ze sobą zostać. Głupi bydlak rozwalił wszystko!
Alicja upija łyk herbaty. Krzywi się i z rezygnacją sięga po cukier.
– Nie myślisz czasem, że w tych sprawach obie strony są jakoś winne?
– Czasami o tym nie myślę – wzrusza ramionami Małgorzata. – Nie wyobrażam sobie, jak by się to teraz miało skleić.
– Dlaczego nie? W końcu dotrze do niego, że dłużej tego nie pociągnie, że musi wybrać…
– Pewnie – przerywa jej oburzona Małgorzata. – Mam czekać w nadziei, że mnie łaskawie wybierze. A niech idzie w cholerę do tej szczebiotliwej idiotki!
– Może masz rację. To chyba różnica pokoleniowa – uśmiecha się smutno Alicja. – Nas uczono, żeby przeczekiwać, zaciskać zęby.
– Ta, dla dobra dziecka. – Małgorzata energicznie wydmuchuje nos. Chyba już po łzach. Na razie. – Coś o tym wiem. Moja matka umarła, żeby wpędzić ojca w dożywotnie poczucie winy. Co się śmiejesz, udało jej się.
– No, nie wiem – Alicja próbuje się nie śmiać.
– A ty, Ala? – pyta niespodziewanie Małgorzata.
– Co ja?
– Zagryzałaś zęby i przeczekiwałaś?
Alicja wpatruje się przez chwilę w swój kubek.
– Nie, od razu kazałam wybrać. -No i?
– Wybrał tamtą.
Małgorzata opada na fotel i przygląda się Alicji z niedowierzaniem. Alicja dopija herbatę.
Małgorzata wie doskonale, że ma trudny charakter. Jest impulsywna, popędliwa i wymagająca, choć niekonsekwentna, przynajmniej wobec siebie. Jej zdecydowanie i umiejętność szybkiego podejmowania jednoznacznych decyzji zawsze były nieocenioną zaletą w pracy zawodowej. Po raz pierwszy jednak znalazła się w sytuacji, w której szybka decyzja niekoniecznie oznacza słuszną decyzję. Powoli zaczyna do niej docierać, że kryzys małżeński to choroba przewlekła o niejasnym przebiegu, a nie atak, który leczy się szybką interwencją – ostre cięcie i po wszystkim.
– Pani Małgosiu, sponsor jest już w konferencyjnej – młoda instruktorka wpada do gabinetu bez pukania. – O, przepraszam najmocniej, nie wiedziałam.
– W porządku. – Małgorzata macha ręką. – Już idę. Przepraszam, Ala…
– Mam pomysł, Małgosiu – mówi Alicja, zbierając się do wyjścia. – Nie ma nic lepszego na zgryzoty jak miłe towarzyskie spotkanko.
– Chcesz powiedzieć: balanga?
– Hm, to może raczej za rok. Powiedzmy: wieczór przy grillu. Kiedy wraca Maja?
– W niedzielę wieczorem.
– No to w przyszłą sobotę.
– Dwudziestego pierwszego? – Małgorzata szybko zbiera papiery. – A to nie jest Alicji?
– Otóż to.
– Odprowadzę cię. I naprawdę – nieoczekiwanie dla samej siebie przytula się mocno do Alicji – cieszę się, że jesteś.
Zaplanowana na dwie godziny operacja trwa prawie cztery godziny. W końcu Ola opuszcza blok. Jest z siebie zadowolona. Pacjent z takim nadciśnieniem to wyzwanie przy każdej narkozie. Ledwie żywa dopada kanapy w pokoju lekarzy, by choć przez chwilę poleżeć z nogami do góry. Paweł, borykający się z dokumentacją, na widok koleżanki w milczeniu włącza czajnik i otwiera nowe opakowanie inki-junior.
– Cały dzień wydzwania do ciebie jakiś Kranach – mówi w końcu, podając jej parującą kawę w kubku o rozmiarach dziecinnego wiaderka. – Ostami raz dzwonił kilkanaście minut temu.
Ola uśmiecha się rozanielona. No tak, zapomniała odpowiedzieć na SMS-y.
– Coś przekazywał?
– Nie, nic – odpowiada Paweł.
Jest oczywiste, że chciałby jeszcze o coś zapytać, ale Ola jest zbyt zmęczona, by zwracać uwagę na pytania wiszące w powietrzu. Paweł milczy chwilę, po czym trochę zmieszany pyta:
– Olka, kto to jest Aleksander Kranach?
– Jeszcze nie wiem – odpowiada Ola. – A co, jesteś o mnie zazdrosny?
– Nie, tylko nie wiem, czy to nie jest ucieczka do przodu.
– To chyba lepsze niż dreptanie w miejscu, prawda?
– Nie wiem. – Paweł powraca do dokumentacji i po chwili rzuca znad papierów jak gdyby nigdy nic: – A on, ten Kranach, ma jakąś rodzinę?
– Matkę. Ojciec umarł…
– Nie, nie. Myślę o rodzeństwie albo żonie, byłej czy aktualnej.
Читать дальше