Krzyczę na całe gardło: „Rose! Rose!", a jakiś staruszek zagryziony przez wygłodzone koty usłyszał moje wołanie i pokazuje mi, że Rose jest gdzieś z przodu. Pewnie przeszła przez punkt kontrolny i dotarła już do ważenia.
– Ano właśnie – telepatycznie mówi do mnie rozżalony staruszek. – Niektóre dusze czasami mają lepiej niż inne. Doganiają i wyprzedzają dusze, które już od wieków oczekują w zielonej krainie. Kto to wie, dlaczego tak się dzieje…
– Mówi pan, że ona jest przy ważeniu?
– No tak. Ważą teraz jej duszę. Sprawdzą, co zrobiła dobrego, a co złego za życia, zanim podejmą decyzję co do jej przyszłej reinkarnacji.
– A gdzie odbywa się to ważenie?
– Tam, na wprost. Nie można nie trafić. Wciąż prosto przed siebie.
202 – FILOZOFIA TAOISTYCZNA
„Mędrzec kocha to życie, dopóki ono trwa, i zapomina o nim, gdy rozpocznie się inne życie. Ten kto z duszą powszechną stanowi jedność, zachowa swoje Ja wszędzie, dokąd pójdzie.
Ogień jest dla wiązki chrustu tym, czym dusza jest dla ciała. Ogień przechodzi od jednej wiązki do drugiej, tak jak dusza przechodzi do nowego ciała. Ogień rozprzestrzenia się, nie gasząc życia. Życie zaś trwa bez końca".
Zhuangzi
Fragment rozprawy Śmierć, ta nieznajoma Francisa Razorbaka
203 – KARTOTEKA POLICYJNA
Informacja skierowana do właściwych służb
Nie zgodziliście się na interwencję, żeby ich powstrzymać. Teraz są tutaj, Miejmy nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Musicie sobie z tym poradzić.
Odpowiedź właściwych służb
Poradzimy sobie.
Razem z Freddym brodzimy w białej mgle wśród ludzkich i nie tylko ludzkich dusz. Kierujemy się w stronę doliny, w której łączą się cztery odnogi rzeki zmarłych. Zmarli podążają wciąż w stronę światła. Anioły otaczają ich, przysuwając się coraz bliżej.
Anioły są a priori ektoplazmami takimi jak my. Nie mają wprawdzie pępowin, ale są otulone w fosforyzującą aureolę i przebiegają przez nie wielobarwne refleksy. Przyglądają się nam, a ich aureole rozświetlają się fantastycznymi odcieniami, tak jakby potrafiły wyrażać myśli, zmieniając po prostu kolory.
Wirują z dołu do góry i od lewej do prawej strony, tak samo jak płód przemieszcza się w łonie matki, i pytają nas, co tu robimy, mając wciąż nietknięte pępowiny.
– Szukamy pewnej kobiety.
Jeden z aniołów oświadcza, że właśnie on pozwala odnaleźć to, co zostało zgubione.
Opisuję mu Rose. Potwierdza, że jest już niedaleko ważenia. Pokazuje mi w oddali, gdzieś ponad doliną, w której zlewają się cztery odnogi rzeki, świetlistą górę zanurzoną we mgle. To z jej szczytu wydobywa się światło, wskazujące nam drogę od chwili, gdy dotarliśmy do Raju.
Wraz z umarłymi podążamy ścieżką prowadzącą nas do światła.
Nad wierzchołkiem unoszą się trzy anioły, których aureole są jeszcze bardziej jaskrawe.
– To nie są anioły takie jak inne – szepce mi do ucha Freddy. – To archanioły.
Błyszczą mocnym światłem, a tłum zmarłych zbliża się do nich z trudem, posuwając się małymi kroczkami.
Rabin pokazuje mi Rose tuż nad nami, zanurzoną w górskim świetle i w mieniących się archaniołach. Tam, na tym nasypie, gromadzą się zmarli, którzy zaraz mają się stawić przed archaniołami.
– Następny – oznajmia jeden z archaniołów.
Następna jest właśnie Rose.
– No już, idź tam, przekonaj ich, żeby pozwolili jej odejść – ponagla mnie nasz rabin.
On nie może już dalej za mną iść. Trzyma moją pępowinę, która jest tak napięta, że wydaje się, iż za chwilę pęknie. W tym momencie naprawdę igramy ze śmiercią. Muszę podążać dalej sam, gdy on w tym czasie czuwać będzie nad naszymi pępowinami.
Lecę w stronę archaniołów, nieomal krzycząc:
– Zaczekajcie! Zanim osądzicie tę kobietę, muszę wam powiedzieć, że my, żywi, nie chcemy, żeby stanęła teraz przed wami.
Archanioł przygląda mi się bez cienia zdziwienia. Jego telepatyczny głos jest łagodny i uspokajający. Wydaje się otwarty na wszelkie argumenty. Ten pełnomocnik śmierci nie ma w sobie nic przerażającego. Stara się nawet uspokoić mnie, tak samo zresztą jak zgromadzonych wokoło umarłych.
– Proszę mi to wyjaśnić.
– Rose umarła, padając ofiarą bandy łobuzów, ale nie powinna była się tutaj znaleźć.
Dwa inne archanioły też są nad wyraz uprzejme. W otaczającej je łunie przypominają trochę te pozaziemskie istoty z filmu Stevena Spielberga „Bliskie spotkania trzeciego stopnia".
Pytają mnie, jakim prawem znalazłem się tutaj. Przyglądają się uważnie znajdującemu się za mną rabinowi i naszym nienaruszonym pępowinom.
– Chcecie ją sprowadzić na ziemię, o to chodzi?
– Tak. Czterdziestu żywych wspięło się tu do was, żeby ją uratować.
Trzy archanioły przysunęły się bliżej do siebie i prowadzą ożywioną dyskusję. Jeden z nich rozwija przezroczystą nitkę pełną supełków i wydaje się, że odczytuje z nich całą masę interesujących informacji.
Wpatruje się we mnie, potem w Rose, rozmawia przez chwilę z pozostałymi archaniołami, wreszcie zwraca się do mnie, mówiąc:
– Jeśli czterdzieści ludzkich istot podjęło tak wielkie ryzyko, to ta kobieta rzeczywiście musi być niezbędna na waszym padole. Pozwalamy wam zatem wrócić na ziemię, ale oddamy jej pępowinę pod warunkiem, że tego pragnie i sama o tym zdecyduje.
Rose waha się. Od tej chwili jej los spoczywa we własnych rękach. Widzę, że jej duch chętnie by już dał sobie spokój z grą, jaką jest życie. Tak jak i ja niewiele wcześniej, wyobraża sobie, że tutaj właśnie jest jej kraj, jej jedyna ojczyzna. Równocześnie coś, co jest w niej, być może miłość do mnie, walczy z tym odczuciem.
Wokół nas umarli i aniołowie wyczekują z zainteresowaniem, na którą stronę przechyli się szala.
– Jakież to szczęście być tak mocno kochanym przez śmiertelnika! – szepcze jakiś Japończyk, który popełnił harakiri.
Przytakuje mu zamęczone na śmierć dziecko.
Jeden z aniołów zauważa, że po raz pierwszy jest świadkiem takiego zawirowania.
Inny z kolei cieszy się, że pozwolono nam wspiąć się aż tak wysoko. Sytuacja staje się coraz bardziej interesująca.
Rose patrzy na archaniołów. Oni jednak nie chcą wpływać na jej decyzję. Jeśli tego pragnie, można zważyć jej duszę. Jeśli nie, może wrócić, grając dalej w serialu własnej egzystencji, z jej radościami i smutkami, z dobrymi i złymi uczynkami. Za swój los każdy odpowiada sam.
Freddy obserwuje nas z góry, trzymając się nieco z tyłu. Z oddali wygląda to jak ślub celebrowany w przepięknej białej katedrze. Para zwrócona do siebie twarzami, Rose i ja, za nami długa szara kolejka zaproszonych gości, przed nami zaś góra światła.
Rose robi najpierw krok w stronę archaniołów, potem drugi. Wstrzymuję oddech, a ona nagle odwraca się na pięcie i wpada w moje ramiona.
– Wybaczcie mi – mówi – ale mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia tam, w dole.
Zaskoczeni aniołowie zmieniają kolor. Scena, która do tej pory zanurzona była w jasnożółtej poświacie, teraz przechodzi w kolor niebieski. Archaniołowie uśmiechają się do nas z rozrzewnieniem. Malutkie jak ważki cherubinki krzątają się wokół nas. Pępowina, której końca nie widzę, wysuwa się z brzucha mojej żony, kierując się w stronę wlotu czarnej dziury. Rose jest znowu podłączona. Pępowina na powrót połączyła jej duszę z ciałem.
Читать дальше