Dzisiaj rodzice zostawili mnie z opiekunką, która wyszła właśnie na balkon na papierosa. Rozmawia tam przez telefon. Droga jest wolna. Kierunek: kuchnia. To cudowne miejsce, które od zawsze chciałem lepiej poznać. Jest tam mnóstwo migoczących światełek, białych, czerwonych, a nawet zielonych. Wdycham zapach ciepłego cukru, mleka, płynnej czekolady i słony dym. W ciągu ostatnich dni ciągle to robię. Poza tym stałem się ekspertem od wspinaczek. Ciekawe, co tam jest na górze?
Na szczęście koło kuchenki stoi krzesło. Jeśli wdrapię się na nie, może uda mi się do niej dosięgnąć.
Jacques poparzy się, jeśli ściągnie na siebie rondel z gotującą się wodą na makaron. Trzeba go ratować. Rozpatruję po kolei każdy ze środków działania, jakimi dysponuję.
Intuicja.
Próbuję przeniknąć umysł opiekunki. „Dziecko! Dziecko w niebezpieczeństwie. W kuchni!".
Niestety rozmowa z ukochanym pochłonęła ją całkowicie.
Staram się dotrzeć do umysłu małego Jacques'a, lecz jego czaszka jest niczym sejf, do którego w żaden sposób nie umiem się dostać.
Znaki.
Na parapecie okiennym siedzą wróbelki, ćwierkają głośno, chcąc odwrócić uwagę malca. Ten jednak, zafascynowany rondlem, nie widzi ich ani nie słyszy.
Medium. Nie znajduję żadnego w okolicy.
Co robić?
Nie dosięgam. Muszę stanąć jeszcze bliżej. Muszę złapać ten długi, wystający nade mną patyk i sprawdzić, dlaczego wydaje z siebie kłęby dymu i hałas.
Koty. Zostaje mi kot.
Na szczęście w domu jest kot! Podłączam się do jego umysłu. Przy okazji dowiaduję się wielu rzeczy na jego temat. Przede wszystkim to nie kot, tylko kotka i nazywa się Mona Lisa. Zadziwiające, że podczas gdy umysł człowieka jest dla mnie całkowicie niedostępny, umysł kota widzę jak na dłoni. „Trzeba ocalić tego małego chłopca!" – nadaję komunikat. Problem polega na tym, że Mona Lisa doskonale zrozumiała mój przekaz, lecz wcale nie ma ochoty zareagować. Kotka urodziła się w tym domu i nigdy z niego nie wychodziła. Całe dnie siedzi nieruchomo przed telewizorem, przez co stała się otyła. Wstaje tylko trzy razy dziennie, by pochłonąć miskę rozgotowanego makaronu i spreparowane krokiety, za którymi przepada.
Nigdy nie polowała, nigdy nie biła się z innymi kotami, nigdy też nie wyszła na spacer.
Całe życie siedziała tutaj, w ciepłym mieszkaniu, wpatrując się w telewizor. Mona Lisa ma swoje ulubione programy i wykazuje duże zainteresowanie grami polegającymi na zadawaniu kandydatom pytań w stylu: „Jak się nazywa stolica Republiki Wybrzeża Kości Słoniowej?".
Kotka uwielbia, gdy ludzie się mylą albo gdy wielka wygrana przechodzi im koło nosa. Ludzkie przygnębienie podnosi ją na duchu i utwierdza w przekonaniu, że o wiele lepiej jest być kotem.
Ma pełne zaufanie do swoich właścicieli. Nie, właściwie trzeba to nazwać inaczej: ona nie traktuje ich jak właścicieli, lecz jak… jako poddanych. Niesamowite. To zwierzę jest przekonane, że światem rządzą koty, że to one sterują tymi grubymi, dwunożnymi dostarczycielami zadowolenia.
Nadaję komunikat:
– Rusz się, uratuj małego człowieka.
Kotka ma to w głębokim poważaniu.
– Jestem zajęta – odpowiada bezczelnie zwierzę. – Nie widzisz, że oglądam telewizję?
Wnikam jeszcze głębiej do jej móżdżku.
– Jeśli teraz nie wstaniesz, dzieciak umrze.
Mona Lisa spokojnie czyści wąsy.
– Wszystko mi jedno. Zrobią sobie nowego. Zresztą za dużo dzieciaków w tym domu. Tyle hałasu, bieganiny. Poza tym ciągle ciągną mnie za wąsy. Nie lubię małych ludzi.
I jak tu przekonać kotkę do ocalenia dziecka?
– Słuchaj, kocie, jeśli natychmiast nie ruszysz się stąd i nie uratujesz Jacques'a, spowoduję zakłócenia nadajnika telewizyjnego.
Nie mam pojęcia, czy jest to w mojej mocy, najważniejsze jednak, że do kocicy przemówił ten argument. Najwyraźniej waha się. Czytam w jej umyśle wspomnienia zakłóconych przez burze programów, zaśnieżonego ekranu… Bywało nawet jeszcze gorzej: zepsuty odbiornik albo strajk. Te przerwy zawsze psuły jej humor.
– Dzień dobry, kotku. Chyba po raz pierwszy przychodzisz i ocierasz się o mnie. Jaki ty jesteś milutki, a twoje futerko jest takie mięciutkie! Wolę bawić się z tobą niż tym patykiem, tam w górze.
Wczoraj dłuższą chwilę stałam przed lustrem. Stroiłam różne miny, ale nawet z wykrzywioną twarzą podobam się sobie.
Rodzice włożyli mi różową pieluszkę. Mówią, żebym tam robiła „siusiu" i „kupkę". Nie wiem, o czym oni w ogóle mówią. Pytam: „co siusiu?", a mama mi pokazuje. Przyglądam się żółtemu płynowi. Wącham go. Obrzydliwe. W jaki sposób z tak ładnego ciała, jak moje, może wyciekać tak śmierdząca ciecz? Złoszczę się. To takie niesprawiedliwe. No i noszenie pieluch mnie upokarza!
Podobno wszyscy ludzie bez wyjątku robią „siusiu" i „kupkę". W każdym razie tak twierdzą mamusia i tatuś, ale ja im nie wierzę. Muszą przecież istnieć tacy, którzy uniknęli tego przekleństwa. Boli mnie główka. Często boli mnie główka.
Zdarzyło się coś bardzo ważnego, o czym zapomniałam. Dopóki sobie tego nie przypomnę, ciągle będzie mnie bolała.
Mama chce mnie zabić.
Wczoraj zamknęła mnie w pokoju z otwartym oknem. Wiał lodowaty wiatr, który przenikał mnie do szpiku kości, ale ja na szczęście uodporniłem się na zimno. Dałem radę. Zresztą nie miałem wyboru. Wiem, że jeśli się rozchoruję, ona nie będzie mnie leczyć.
– Zakpiłem sobie z ciebie, mamo. Ciągle żyję. I o ile nie zbierzesz się na odwagę, żeby mnie dźgnąć nożem w brzuch, będę żył, przykro mi.
I tak mnie nie słucha. Leży w łóżku ze swoją wódką.
Wraz z Raoulem szukam innego przejścia do krainy „siódemek". Lewitujemy, podążając na wschód, wznosimy się na sam szczyt jednej z gór i próbujemy przedostać się na zbocze położone po drugiej stronie – tam jednak zatrzymuje nas niewidzialna bariera.
– Mówiłem ci, kraina aniołów to zwykłe więzienie – mruknął posępnie Raoul.
Niby przypadkiem pojawia się przed nami Edmund Wells.
– Hola, hola, panowie! Co tu kombinujecie?
– Mamy dość tej roboty. Nasze zadanie jest niewykonalne – oznajmia prosto z mostu Raoul, przyjmując wyzywającą pozę, opierając ręce na biodrach.
Edmund Wells ma świadomość, że sprawa nie będzie łatwa.
– A ty co sądzisz na ten temat, Michaelu?
Raoul odpowiada za mnie.
– Ledwie pękły skorupki jajek, a już jest po ptakach. Przydzielili mu lękliwego i nieporadnego Jacques'a, narcystyczną i próżną Venus i Igora, którego matka chce wykończyć. Sama radość!
Edmund Wells nie zaszczycił mojego przyjaciela nawet jednym spojrzeniem.
– Zwracam się do Michaela. Co ty o tym sądzisz?
Nie wiem, co odpowiedzieć. Mój instruktor nalega:
– Chyba nie tęskno ci do życia, jakie wiodłeś jako śmiertelnik? Przypomnij sobie swoje ostatnie wcielenie.
Znalazłem się między młotem a kowadłem. Szerokim gestem Edmund Wells wskazuje na horyzont.
– Wiem, że cierpiałeś. Bałeś się. Chorowałeś. Teraz jesteś czystą jaźnią. Uwolnioną od ciała.
Mówiąc to, Edmund przenika przeze mnie.
Raoul wzrusza ramionami z wyrazem obrzydzenia na twarzy:
– Ale straciliśmy zmysł dotyku. Nie możemy nawet tak naprawdę usiąść.
Szkicuje w powietrzu kształt krzesła i siada na nim, przenikając je na wylot.
– Nie starzejemy się – wysuwa kolejny argument Edmund Wells.
Читать дальше