Przedstawiono mi starszego pana, ojca mamusi. Nazywają go „dziadziusiem", a dziadziuś zamęcza mnie swoimi mokrymi pocałunkami. Nienawidzę mokrych całusów. Chyba musi brakować mu bliskości innych ludzi, skoro pozwala sobie na takie ślinienie.
Wieczorem żądam, by zapalano mi małą lampkę koło łóżka, żeby uniknąć pogrążenia się w ciemnościach. W przeciwnym razie mam wrażenie, że jakiś złoczyńca kryje się pod moim materacem i chce złapać mnie za nogi.
Nie cierpię też, jak się mnie owija kołdrą. Zawsze muszę mieć wolne nogi. Bo inaczej to mnie denerwuje, oj, jak mnie to denerwuje! Poza tym jeśli spod łóżka nagle wyskoczy potwór, unieruchomiona nie będę mogła uciec.
Nie jem też wszystkiego. Biorę do ust tylko to, co delikatne i słodkie. Lubię rzeczy piękne, miłe i słodkie.
Muszę przeżyć.
Uciekam z wanny, gdy mama próbuje mnie utopić. Uciekam jej z łóżka, gdy stara się mnie udusić poduszką. Umiem się wyślizgiwać. Umiem uprzedzać zagrożenia.
Umiem obudzić się w środku nocy, gdy tylko gdzieś w pobliżu zapali się światło.
Umiem, dzięki doskonałemu słuchowi, odgadnąć, że ona czai się za mną.
Umiem być zwinny i szybki. Szybko uczę się chodzić. Żeby lepiej uciekać.
INSTYNKT MACIERZYŃSKI: Wielu z nas wyobraża sobie, że miłość matki to naturalne i automatyczne ludzkie uczucie. Nic bardziej mylnego. Aż do końca dziewiętnastego wieku większość kobiet należących do burżuazji w krajach zachodnich powierzała swoje dzieci mamce i więcej już się nimi nie zajmowała. Chłopki zresztą nie różniły się od nich tak bardzo. Omotywały dzieci ciasno obszernymi chustami, po czym wieszały na ścianie w pobliżu pieca, żeby nie marzły.
Umieralność niemowląt była bardzo wysoka, a rodzice nie wiązali z nimi wielkich nadziei, wiedzieli bowiem, że istnieje tylko pięćdziesiąt procent szans na to, że ich dzieci przeżyją wiek młodzieńczy.
Dopiero na początku dwudziestego wieku władze państwowe pojęły znaczenie ekonomiczne, społeczne i militarne owego słynnego „instynktu macierzyńskiego".
Powoli powstał całkiem nowy rynek: pieluszki, butelki, sztuczne mleko, nocniki i zabawki. Mit Świętego Mikołaja rozprzestrzenił się po świecie.
Producenci artykułów dla dzieci, za pośrednictwem przeróżnych reklam, stworzyli obraz odpowiedzialnej matki, a szczęśliwe dzieciństwo stało się niejako nowoczesnym ideałem.
Paradoksalnie to właśnie dzisiaj, gdy miłość rodzicielska afiszowana jest niemal na każdym kroku, będąc jedynym niekontestowanym uczuciem cechującym społeczeństwo, podrastające dzieci wyrzucają swoim matkom, że te niedostatecznie się o nie troszczyły. Później wylewają swoje żale i urazę do rodzicielki, leżąc na kozetce u psychiatry.
Edmund Wells,
Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej , tom IV
Dzięki moim kontrolnym kulom obserwuję przydzielonych mi klientów pod każdym kątem, tak jakbym miał do dyspozycji dwadzieścia kamer. Jedna myśl i otrzymuję plan panoramiczny, widok ogólny, zbliżenie. Moje kamery obracają się w dowolnych kierunkach, krążą wokół klientów, filmują postacie drugoplanowe, statystów i całe otoczenie. Panuję nie tylko nad kątem ujęć, lecz także nad oświetleniem. Widzę moich bohaterów nawet wtedy, gdy pogrążeni są w ciemnościach. Dostrzegam każdy ich szczegół poprzez strugi padającego deszczu. Mogę przeniknąć w głąb ich ciała, zobaczyć bijące serce i procesy trawienne w żołądku. Ukryte przede mną są jedynie ich myśli.
Raoul nie podziela mojego entuzjazmu.
– Kiedyś też mnie to cieszyło. W końcu jednak zdałem sobie sprawę ze swojej bezsilności.
Przygląda się kuli Igora.
– Hm… nie najlepiej to wszystko wygląda.
Wzdycham.
– Martwię się o Igora. Ta jego matka w końcu go zabije.
– Dziecko znienawidzone przez matkę… – rozważa na głos Raoul. – Niczego ci to nie przypomina?
Zastanawiam się przez chwilę, lecz nie znajduję odpowiedzi.
– Felix – szepcze Raoul.
Drgnąłem. Felix Kerboz, nasz pierwszy tanatonauta! Jego także nienawidziła własna matka. Podekscytowany przyglądam się uważniej karmie Igora i stwierdzam, że istotnie, mój Rosjanin to reinkarnacja naszego byłego towarzysza, pioniera tanatonautyki.
– Jak to możliwe?
Raoul Razorbak wzrusza ramionami.
– W chwili gdy Felix stawał przed anielskim sądem, pojęcie „tanatonauta" nie weszło jeszcze do słownika, został więc zaklasyfikowany jako „astronauta".
Przywołuję na myśl wspomnienie tego dość prostego chłopca, który chcąc szybciej wydostać się z więzienia, w zamian za amnestię testował niebezpieczne lekarstwa, a wreszcie zgłosił się jako ochotnik do pierwszego lotu tanatonautycznego. Był więc pierwszą osobą, która udała się na kontynent zmarłych i z niego powróciła. Muszę jednak przyznać, że ukarano go nieco zbyt surowo, przydzielając mu w obecnym życiu tak nienawistną matkę, biorąc pod uwagę fakt, że i poprzednia nie darzyła go ciepłymi uczuciami.
Raoul tłumaczy mi, że to rzecz zupełnie normalna. W przypadku gdy jakiś problem nie został rozwiązany podczas jednej egzystencji, zostaje automatycznie przetransferowany do następnej.
– Dusza Feliksa Kerboza nie zdołała wydostać się z kręgu reinkarnacji, nie udało jej się też zrozumieć własnej matki, będzie więc starała się to uczynić podczas nowego wcielenia, jako Igor Czechow. To zapewne „siódemki", ci „z góry", czyli „bogowie", podjęli taką decyzję. Jeśli i tym razem nie uda mu się rozwiązać problemu z matką, ciekawe, jak bardzo wyrodną matką obdarzą go w kolejnym życiu?
Marszczę czoło.
– Nie wyobrażam sobie kogoś gorszego niż matka Igora.
Raoul Razorbak zaśmiał się szyderczo.
– Wierz mi, w tej kwestii możesz zaufać „tym z góry". Mają niezwykle płodną wyobraźnię, jeśli chodzi o wymyślanie nowych prób dla ludzi. Kolejny awatar Igora-Feliksa będzie być może musiał stawić czoło uroczej, lecz nadmiernie zaborczej kobiecie, która stłamsi go swoją zazdrosną miłością.
– Ależ to istne znęcanie się nad człowiekiem!
Twarz mojego przyjaciela zapada się pod wpływem smutku, widzę też, że jego ręce zaczynają drżeć.
– Zaczynasz chwytać. Odnoszę wrażenie, że tam, na górze, ktoś torturuje naszych klientów, zanurzając ich głowy pod wodę, czekając na jakąś reakcję z ich strony. Uważają, że dopiero znalazłszy się na samym dnie basenu, człowiek potrafi odbić się i wypłynąć na powierzchnię. Nie wiem, kim są ci „bogowie", lecz nie jestem pewien, czy tak naprawdę zależy im na ludzkim szczęściu.
– Co mogę zrobić, aby mu pomóc?
Raoul Razorbak zaciska pięści.
– Niestety niewiele. Jesteśmy piechurami w tej armii. Stoimy w pierwszym szeregu, patrzymy na ogólne nieszczęście, lecz to oficerowie odpowiedzialni za całą strategię podejmują decyzje.
Czuję, jak ogarnia mnie bezsilność. Raoul potrząsa mną, wściekły.
– To właśnie dlatego musimy za wszelką cenę dowiedzieć się, kim są ci oficerowie i kto nimi dowodzi, kim są „siódemki", kim są „bogowie", którzy wykorzystują nas, anioły, i tych tam na dole, śmiertelników.
Po raz pierwszy, być może widząc rozpacz Igora, docierają do mnie argumenty mojego przeźroczystego przyjaciela. Wciąż jednak nie jestem gotów postąpić wbrew prawom obowiązującym w krainie aniołów.
Читать дальше