„Czy nie możecie przysłać nam tu Geriego albo Frekiego”, prosił Jaskari, „czulibyśmy się bezpieczniej”. Ale nie, wilki towarzyszyły tym, którzy polowali na drapieżniki. Pełniły funkcję psów tropicieli. W tej grupie był sam Faron, polecił, by Jaskari dał mu znak, gdy tylko natrafią na najmniejszy nawet ślad niebezpieczeństwa. Poza tym duchy powietrza miały jako taką kontrolę nad ptakami, zlokalizowały dwa wielkie stada.
Określenie „jako taka kontrola” nie bardzo spodobało się Jaskariemu.
– Musimy znaleźć strumień – oświadczyła pełna energii Berengaria. – Wykorzystamy jasną wodę najlepiej, jeśli wylejemy ją na jakieś zbocze, na przykład do wodospadu.
Niestety, ta dolina wydawała się sucha i kamienista. Wiele dolin powstaje na skutek wyżłobienia przez rzekę koryta, tu jednak nie było żadnej rzeki ani jeziora, nic.
Jaskari w mrocznym świetle przyglądał się pełnej zapału Berengarii i myślał sobie, jakąż to milą osóbką właściwie jest ta dziewczyna. Chyba tylko on dostrzegł tę jej stronę. Z chęcią zaprzyjaźnił się z nią bliżej, wyglądało jednak na to, że ona w najlepszym razie traktowała go jedynie jako „serdecznego przyjaciela”.
Tymczasem Jaskariemu jakby przestało to już wystarczać…
– Tam! – wykrzyknął.
Wskazał w górę jednego ze zboczy, dość daleko. Widniało tam coś, co w istocie mogło być strumieniem, a może nawet niewielkim wodospadem. Dokąd spływał, pozostawało zagadką, w dolinie bowiem z całą pewnością nie było wody. Może znikał pod ziemią? zasugerowała Berengaria, chichocząc.
– Polecimy tam gondolą – zdecydował Jaskari. Na piechotę za daleko.
– Leń! Ale czy mogę upuścić tu chociaż jedną jedyną kroplę jasnej wody? Tylko po to, żeby się przekonać, jak to działa.
– Kropla nie na wiele się zda – oburzył się Jaskari. – Ale jak chcesz, to proszę.
Berengaria wyjęła swoją buteleczkę. Przez dolinę przemknął wiatr, wyjąc głucho wśród starych głazów, które były świadkiem zbyt wielu smutków i tragedii.
Kropelka upadła na ziemię. Czekali.
– Sama widzisz – powiedział Jaskari. – Nic się nie dzieje. Czego się spodziewałaś po czarnej lawie?
– Właśnie na lawie wiele może wyrosnąć – zaprotestowała Berengaria. – I popatrz tutaj, obsydian, szkło wulkaniczne!
Jaskari przyjrzał się czarnym lśniącym kamieniom, wystającym z usypiska w drodze do gondoli.
– Piękne – przyznał. – Wypalona na szkło lawa. Uważa się, że w taki właśnie sposób zniszczona została Sodoma i Gomora, piekielnie wysoka temperatura spaliła wszystko na obsydian. Znaleziono tam podobne kamienie. Wezmę jeden z sobą.
– Ja też.
Berengaria schyliła się, żeby znaleźć odpowiedni, nieduży kamyk, wzrokiem powiodła po ziemi za ich plecami.
– Jaskari, popatrz – szepnęła.
Chłopak odwrócił się, poświecił latarką. Za nimi na udręczonej ziemi rozpościerał się lśniący szmaragdowy dywan.
– Ta kropelka – powiedział cicho. – Ach, Berengario, jakież to nieopisanie piękne. I… takie wielkie. Oczywiście mówiąc w przenośni.
– Wciąż zdarzają się cuda – szepnęła cicho dziewczyna. – I to cuda dobre.
Lecz gdy Jaskari mówił o nieopisanym pięknie, zerknął też na nią. Bo w wiecznie panującym tutaj zmroku Berengaria wyglądała co najmniej równie cudownie jak zielona trawa w udręczonej dolinie.
W tym czasie na szczycie góry pracowano ciężko i efektywnie. Dziewczynki w gondoli zatykały uszy palcami, gdy wielkie świdry wżerały się w skałę, by przygotować zamocowanie dla cokołu.
Postanowiono rozciągnąć od masztu na wszystkie strony grube stalowe druty i przymocować je do skał otaczających płaskowyż. Ale to zadanie na później, teraz najważniejszy był fundament.
Dziewczynki w gondoli nieprzerwanie rozmawiały ze sobą. Uznały, że w tym dziwnym miejscu jest zimno, ciemno i za dużo hałasu. Madragowie zaglądali do nich od czasu do czasu, pilnując, by nie narobiły zbyt dużo bałaganu. Gwiazdeczka była zdolna do wszystkiego, a Kata skoczyłaby za nią w ogień.
Latarnie zapalone na zewnątrz pomogły rozwiać nieco ponury nastrój wśród tych gór strachu. Robotnicy często myśleli o tych, którzy dobrowolnie wyprawili się w mroczne doliny, by pojmać drapieżniki. Ci poszukiwacze przygód… Podobno byli wśród nich tacy, którzy naprawdę potrafili czarować. W grupie znajdował się książę Marco, czarnoksiężnik i jego syn, Obcy, prawdziwa czarownica, co prawda dobra, lecz niekiedy złośliwa, no i jeszcze duchy, oraz najpotężniejsi ze Strażników. Silna grupa, ale w jej skład wchodziły również młode kobiety. Że też miały tyle odwagi…
Robotnicy spoglądali na górską krainę, poprzecinaną głębokimi dolinami, i ciarki przechodziły im po plecach. Przecież i tak strasznie było stać tutaj, gdzie zimno przenikało do szpiku kości.
Mówiono im o ptakach, o wielkich, czarnych drapieżnych ptakach, których należało się wystrzegać. Monterzy od czasu do czasu zerkali na Strażnika Telia, wyznaczonego do ich ochrony. Polecono im także czym prędzej chować się w gondolach, gdyby ptaki ruszyły do ataku. Drapieżników natomiast obawiać się nie musieli, podobno nie opuszczały dolin.
Uf, monterzy przyspieszyli tempo, cóż to za okropne miejsce!
– Aha – powiedziała zadowolona Indra. – I co ty na to, Goramie? Nie najgorzej, prawda?
– Wyznaczono nam najtrudniejszą dolinę – pokiwał głową. – Tę ze zniszczonymi fabrykami. No i proszę, cała dolina, wszędzie tam, gdzie przedtem była zupełnie naga, teraz jest zielona.
– Znaleźliśmy ten wodospad, który w nią spływał – przyznała Indra. – Właściwie więc nasze zadanie wcale nie było takie trudne.
Miała wielką ochotę spytać go, jak się układa między nim a Lilja, podejrzewała jednak, że ten temat to dla niego świeża rana, uznała więc, że lepiej milczeć. A to jak na Indrę było dużym osiągnięciem.
Goram ciągnął:
– Wszystkie te straszne budowle zostaną stąd usunięte, gdy tylko zaświeci Święte Słońce.
– Tu może się zrobić naprawdę ładnie, Goramie.
– Bez wątpienia. A teraz chodź, wracamy na szczyt.
Poszła za nim do gondoli w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Doskonale rozumiała Lilję. Goram był wspaniałym Lemuryjczykiem i miał też w sobie coś z czystości Galahada.
Indrze szczerze było żal młodziutkiej dziewczyny. Nie można przecież zakochać się w świętym!
Kirowi i Sol nie poszło równie łatwo.
Przydzielono im dolinę, w której tak długo stał i gdzie wciąż jeszcze leżały szkielety czerwonookich wojowników.
Mieli kłopoty ze znalezieniem jakiejś wody, zorientowali się natomiast, że kości wojowników przyciągnęły niepożądanych intruzów.
Kiro sięgnął po maleńki mikrofon, który miał na piersi.
– Faronie – powiedział cicho. – Mamy tu trzy drapieżniki. Czy próbować je oszołomić?
– Nie – odparł Faron. – Jedynie w razie najwyższej konieczności. One są trzy, a was tylko dwoje. Trzymajcie się od nich z daleka, zaraz nadejdzie pomoc.
– A co się dzieje u was?
– Marco i Móri mają jakieś kłopoty. Muszą walczyć z olbrzymim stadem ptaków, schronili się wśród skał. Erion pospieszył im z odsieczą.
Usłyszeli, że Faron się uśmiecha.
– Zdaje mi się, że Móri próbuje zaklęć na ptakach. My natomiast tropimy resztę czworonożnych drapieżników, to znaczy robią to Geri i Freki, a Dolg, Ram i ja po prostu za nimi idziemy. Dobrze, że daliście nam znać, bo brakowało nam właśnie trzech sztuk Wilki mówią, że tu są ślady tylko czterech zwierząt.
Читать дальше