Dzięki temu najmłodsze uczestniczki wyprawy mogły przestać myśleć o sobie i poczuły się nagle bardzo ważne. Kata mocno zacisnęła rączki na krawędziach rany, aż mężczyzna jeszcze głośniej jęknął z bólu, a sprytna Gwiazdeczka nałożyła mu opatrunek według wskazówek Berengarii. Potem owinęły rękę bandażem. Wszystko poszło jak najlepiej, chociaż nie było czasu na to, by zszywać rany, czekał przecież następny pacjent.
– Pomogłyśmy ci, Bengaria – powiedziała Gwiazdeczka, gdy rannego przesunięto dalej. – Byłyśmy bardzo dzielne, prawda?
– Bardzo – ciepło odpowiedziała Berengaria.
– Możemy jesce pomóc, Bengabanga? – spytała Kata.
– Może i tak, ale bardzo wam dziękuję.
– No, proszę, proszę – rozległ się głos Farona przy drzwiach. – Słyszę, że przynajmniej w twoim głosie pojawiły się iskierki życia.
– Czy ty zawsze musisz zaskakiwać mnie od tyłu?
– Nie, przyszedłem tylko z kolejnym pacjentem, ciężko rannym.
Był nim Goram. Mężczyźni, broniąc się przed ptakami, musieli wnieść go do środka. Miał paskudne rany na twarzy i na piersiach.
– Zaatakowały go równocześnie trzy ptaki – powiedział Faron. – A na domiar złego zabrakło mu amunicji.
Berengaria pomyślała z lękiem o czwórce, która walczyła wśród skał, samotna przeciw niemal równie licznemu stadu latających straszydeł.
– Faronie, czy nikt nie może wyruszyć z odsieczą Marcowi i jego grupie?
– Owszem, gdy tylko tutaj zapanuje równowaga. Nikomu nawet się nie śniło, że czarnych ptaków jest aż tak dużo. No, dzięki Bogu, przybywają dwie gondole z Królestwa Światła. Na jednej jest więcej broni i dodatkowa amunicja. Teraz monterzy mogą nam pomóc. Och, gdyby tylko zjawił się „Kondor”! Mógłby rozpędzić i przegonić tych skrzydlatych morderców.
– Ale czy my naprawdę tego chcemy?
– Nie, masz rację. Należy ich uśpić.
Odszedł. Trzy, a raczej pięć dziewcząt natychmiast znów wróciło do rannych. Zajęły się przede wszystkim Goramem.
Rozpięły mu koszulę na piersi.
– Ach, nie! – jęknęły.
Berengaria natychmiast rzuciła się do drzwi.
– Faronie! – zawołała.
Zaraz do niej przyszedł.
– Faronie, Goram jest śmiertelnie ranny! To strasznie głęboka rana, on naprawdę może umrzeć!
Faron wyglądał na udręczonego.
– To prawda, a to dlatego, że on pragnie śmierci.
– Poślij natychmiast po Jaskariego, my sobie z tym nie poradzimy.
– Sam go tam zastąpię. Wyruszam od razu. Zabiorę tylko więcej usypiających strzał. Starajcie się utrzymać Gorama przy życiu, dopóki nie przybędzie Jaskari.
Berengaria wróciła do gondoli i powtórzyła przyjaciółkom słowa Farona. Goram ocknął się i cicho mówił coś Indrze. Nabrał do niej zaufania, gdy razem wykonywali zadanie.
Indra przytrzymywała jego głowę, Sol natomiast bezskutecznie usiłowała zatamować krwotok.
Berengaria usłyszała ostatnie słowa Gorama:
– Pozdrówcie Lilję… i powiedzcie, że ja… czekam na nią… w Świętym Słońcu. Tam ją przyjmę.
– Dobrze, powiem – zaszlochała Indra. – Ale, Goramie, tobie nie wolno umierać, nie możesz, jesteś przecież…
Ale Goram przestał reagować. Dziewczętom nie pozostawało już teraz nic innego, jak opatrzyć mu rany najstaranniej jak umiały, i czekać na Jaskariego. Nie wiedziały, czy Goram jeszcze żyje, czy też nie, obawiały się najgorszego.
Trzy dorosłe kobiety płakały, a dziewczynki z powagą marszczyły czoła.
Wszystko przestało być zabawne. Z zewnątrz dobiegały jedynie ochrypłe wrzaski ptaków, niektóre miały już dość, uniosły się niczym ostre czarne cienie na tle jaśniejszego nieba i odfrunęły. Na szczęście dosięgły ich celne strzały, zanim zdążyły odlecieć poza granice płaskowyżu. Fatalnie by było, gdyby spadły nie wiadomo gdzie i nie dałoby się ich odnaleźć.
Sytuacja i bez tego była dostatecznie ponura.
W ciasnym przesmyku Dolg i Ram byli świadkami najstraszniejszej bitwy między drapieżnikami, jaką można sobie wyobrazić.
Geri i Freki dogonili czwórkę zwierząt, o wiele większych aniżeli się tego spodziewano. Ci, którzy wcześniej zawarli znajomość z tym gatunkiem, wiedzieli już, że drapieżniki są stworzeniami pośrednimi między psami a kotami i przez to po dwakroć niebezpieczniejszymi.
Zamiast jednak mieć na nie oko, wilki wiedzione instynktem myśliwych zanadto się do nich zbliżyły. Rozpoczęła się wściekła walka, której nie zdołały przerwać nawoływania Rama i Dolga. A ktoś, kto kiedykolwiek usiłował rozdzielić walczące psy, doskonale wie, że tego robić nie należy.
Mężczyźni celowali w dzikie zwierzęta, mieli jednak przed oczami taką plątaninę ciał, że nie odważyli się strzelać.
– Są cztery przeciwko dwóm! – zawołał Ram. -Och, nie, musimy je powstrzymać. Strzelaj! Nawet gdybyś miał trafić niewłaściwe zwierzę!
– Przecież i tak nie zamierzamy zabić tych drapieżników – przyznał mu rację Dolg. – Ale nasi przyjaciele akurat to starają się zrobić.
Strzelili niemal na oślep, na szczęście dwa pierwsze strzały okazały się celne. Gdy jednak Geri zorientował się, że obaj jego wrogowie zostali powaleni, rzucił się na pomoc bratu.
– Geri! – ryknął Ram.
Ale wilk go nie słuchał.
Znów strzelili, padł jeden z potworów i Geri.
– Do diabła! – mruknął Dolg.
– Raczej chyba „do wilka” – skomentował Ram.
Kępy sierści podrywały się w powietrze i spadały na ziemię niczym przyszarzały śnieg. Wreszcie Ram wcelował w ostatniego drapieżnika, Freki więc zaraz zaczął się rozglądać za kolejnymi wrogami. Dostrzegłszy jednak znieruchomiałego Geriego, zaczął wyć i obwąchiwać brata.
– Nie, to nic groźnego, Freki, Geri jest tylko uśpiony, zaraz dojdzie do siebie.
Freki, cały zakrwawiony, z plackami powyrywanej sierści, podszedł do nich.
Oczy jarzyły mu się radością.
– Ależ to było przyjemne! – warknął. – Szkoda, że już koniec.
– Nam raczej ulżyło – nie bez goryczy powiedział Ram. – Dziękujemy za „pomoc”.
– To sama przyjemność. Koniecznie dajcie znać, gdy tylko znów będziemy mogli się do czegoś przydać.
Ram wezwał Farona i poprosił o przysłanie gondoli, która przewiozłaby Geriego i ich samych. Ich zadanie już wkrótce będzie wykonane, pozostało im jedynie zrobienie zastrzyków drapieżnikom. Nie muszą obserwować, jak dochodzą do siebie. Co mogli teraz zrobić?
Faron odpowiedział, ale mówił z wysiłkiem i robił przy tym długie przerwy. W tle słychać było jakieś okropne hałasy.
– Jestem u Marca i jego grupy, dowiedziałem się właśnie, że na płaskowyżu trochę się uspokoiło. Polują tam już na ostatnie ptaki i monterzy, którym starcza odwagi, mogą wreszcie wrócić do pracy.
Opowiedział o Goramie i o tym, że Jaskari już do niego dotarł. Innych wiadomości nie miał, zakończył zaś prośbą:
– Na Święte Słońce, przybądźcie tutaj, bo mamy i tu prawdziwy kryzys!
– No, najwyższy czas, żebym się czymś wykazał – stwierdził Dolg. – Na razie nie zrobiłem nic.
– Cóż – mruknął stojący przy nim Ram. – Wydaje mi się, że trochę przesadzasz.
Pomoc Berengarii nie była już potrzebna, wokół Gorama zrobiło się tłoczno, gdy zjawił się Jaskari. Dziewczyna była poza wszystkim wycieńczona, siadła więc z tyłu gondoli i spoglądała na ponury płaskowyż. Skrzydła ptaków rozbiły wiele latarni, światło więc przygasło. Widziała jednak, że ziemia pokryta jest uśpionymi ptakami, musiało ich być kilkaset, może nawet tysiąc, a grupa mężczyzn krążyła wśród nich, wstrzykując im dobroczynny eliksir Madragów.
Читать дальше