– Nie dotykaj mnie! – syknęła, nie panując nad sobą, Faron więc posłusznie cofnął dłoń.
We dwóch z Jaskarim wymienili tylko zdumione spojrzenia.
Potem czym prędzej pospieszyli do gondoli. Zostawili ptaki, które wkrótce miały się obudzić, teraz już łagodne i ulegle.
Faron ani słowem nie wspomniał, że wcześniej był świadkiem całej tej sceny, jaka rozegrała się między Jaskarim a Berengarią.
Kirowi, Sol i Ramowi udało się wmusić eliksir trzem drapieżnikom w dolinie. I podczas gdy Kiro z Sol w pośpiechu wyruszyli na zagrożony płaskowyż, Ram powrócił do Dolga i wilków, które w wąskiej dolinie zoczyły cztery drapieżniki.
Natomiast Marco, Móri i Erion toczyli bardzo nierówną walkę z pierwszym stadem ptaków. Niektóre atakowały ich, sylwetki innych widoczne były jedynie na tle nieba, gdy siedziały na krawędzi skały, wyraźnie na coś wyczekując. Mężczyznom potrzebne były posiłki, nie mogli jednak na nie liczyć, dopóki rozwścieczone olbrzymie ptaki atakowały monterów na szczycie.
Dziewczynki schowały się pod siedzeniem w gondoli, do której zaczął zaraz napływać strumień ogarniętych paniką robotników, ledwie przybyłych z Królestwa Światła. Tak się akurat złożyło, że przylecieli w bardzo niefortunnym momencie.
Madragowie cały czas przekazywali Faronowi raporty o sytuacji na wierzchołku i jak mogli starali się pomagać Tellowi. Obcy miał uczucie, że traci panowanie nad sytuacją.
– Czy wszyscy kierują się na płaskowyż? – spytała Berengaria w gondoli. Była bardzo blada i zmęczona. – A czy przypadkiem ktoś z nas nie powinien ruszyć z odsieczą grupie Marca?
– Owszem, tylko kto?
– Ja mogę iść – zgłosił się Jaskari. – Berengaria powinna już dzisiaj unikać kolejnych bliskich spotkań z ptakami. Zresztą pewnie chciałaby pomóc tam, na górze. Wypuście mnie u Marca, sami lećcie dalej!
Nie wyglądał najlepiej. Chyba bardzo wziął sobie do serca złość, jaką okazała mu Berengaria.
Naprawdę chodzi o to, żebym unikała ptaków? zastanawiała się dziewczyna. Jest ich przecież dość tam na płaskowyżu.
Właściwie jednak odczuwała ulgę, gdy z pomocą duchów odnaleźli wciśniętych między skały mężczyzn, do których miał dołączyć Jaskari. Między nimi dwojgiem zapanowało niezbyt przyjemne napięcie i Berengaria dobrze wiedziała, że w połowie jest to jej wina. Nie musiała przecież reagować aż tak gwałtownie.
Po tym, jak Jaskari wyskoczył, pozwolili gondoli chwilę zawisnąć w powietrzu i wtedy Faron ustrzelił kilka ptaków. Potem jednak pospieszył z powrotem na szczyt góry i czwórka w dole od tej pory musiała radzić sobie sama.
Sytuacja w dole nie przedstawiała się najlepiej, lecz Berengaria rzeczywiście miała ptaków po dziurki w nosie i nie potrafiła się przemóc, żeby tam zostać i w czymkolwiek pomóc.
– Do czegoś chyba muszę się przydać? – odrobinę agresywnie zwróciła się do Farona.
Nie odwracając się od pulpitu sterowniczego gondoli odparł:
– Owszem, możesz przypilnować dziewczynek.
– One są dobrze chronione. Czy nie mogłabym raczej pomóc Dolgowi zmierzyć się z drapieżnikami? Chyba wolę czworonożne stworzenia.
– Dolg ma dość pomocników, ale podobno jacyś monterzy są ranni, czy mogłabyś się zająć nimi?
– Oczywiście – powiedziała pokornie.
To znów oznaczało ptaki, wstrętne krwiożercze ptaki, krążące wszędzie dookoła. Ale co tam, nikt nie będzie mówił o Berengarii, że jest tchórzem.
– Naprawdę szczerze mi przykro, że nie zabrałem cię w Góry Czarne na tę pierwszą wyprawę – nieoczekiwanie powiedział Faron. – Rozumiem teraz, jak bardzo musiało cię to zranić. Miałem swoje powody, lecz muszę przyznać, że chyba wszyscy źle cię oceniliśmy.
– Wcale nie – odparła cicho dziewczyna. – Przed chwilą sama właśnie się przekonałam, że jestem źródłem niepokoju.
– Wcale tak nie uważam. Każdy musi być odpowiedzialny za siebie.
Podniosła głowę i popatrzyła na jego proste plecy okryte płaszczem Obcych. Co on widział?
Nie miała odwagi pytać.
– Gdzie się podziała twoja radość, Berengario, ten twój głód życia?
Ton głosu Farona całkowicie ją zaskoczył, cały był przesycony… smutkiem? Zrozumieniem?
– Chcę tylko umrzeć – odparła krótko, lecz Obcy bez trudu dostrzegł, że targają nią sprzeczne uczucia.
– Czy ty zawsze musisz tak przesadzać?
– Owszem, muszę! – prychnęła.
Przez chwilę milczał.
– A dlaczego chcesz umrzeć?
– Dlatego, że wszystko tak strasznie poplątałam.
Kolejna chwila milczenia.
– Wyjaśnij mi to! -Nie.
Faron już więcej nie pytał.
Na płaskowyżu panował kompletny chaos. Dokoła leżały oszołomione ptaki, a powietrze aż wibrowało od łopotu ciężkich skrzydeł i przenikliwych krzyków. Mężczyźni, którzy nie zmieścili się w gondolach, leżeli pod nimi, krzycząc ze strachu. Współtowarzysze Farona zbili się w gromadkę odwróconą do siebie plecami i strzelali do atakujących straszydeł. Tell dowodził całą akcją, pomagali mu Madragowie, Kiro i Goram. Indra i Sol natomiast próbowały zająć się rannymi, lecz nie miały się gdzie podziać, monterzy bowiem zajęli wszystkie wolne gondole.
– Przeklęte ptaszyska! – wrzasnęła Indra i zamierzyła się ręką na zbyt natrętnego ptaka.
Faron natychmiast przejął dowodzenie.
– Berengario, urządź w naszej gondoli szpital polowy. Nikomu innemu poza Sol, Indrą, tobą i rannymi nie wolno tam wchodzić. Stop, zatrzymajcie się! – krzyknął do robotników, którzy już usiłowali wedrzeć się do pojazdu. – Odejdźcie stąd, poradzimy sobie, jeśli wszyscy pomogą!
Nadbiegła Indra.
– Faronie, z dziewczynkami niedobrze, skuliły się w kącie i strasznie płaczą.
– Tamie! – zawołał Faron Madraga. – Natychmiast przyprowadź dziewczynki tutaj!
Tam zniknął w wielkiej gondoli, potem Kata i Gwiazdeczka zostały uniesione ponad głowami monterów i wreszcie Tam wyszedł, pod każdą pachą niosąc dziewczynkę.
– Teraz już lepiej, bardzo się o nie niepokoiłem.
Roztrzęsionym małym panienkom wskazano miejsce na ogonie innej gondoli. Berengaria zaczęła je pocieszać.
– Teraz już wszystko będzie dobrze, Kato i Gwiazdeczko.
Faron patrzył na nią zadowolony.
– Świetnie, Berengario.
Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna potrzebuje każdej możliwej pochwały.
– Oklopne tasyska – popłakiwała Kata. – Ciały połwać moich tatusiów.
– O, nie, tego im nie wolno robić, nie bój się, na to nie pozwolimy – zapewniła Berengaria.
Razem z Indra i Sol prędko zorganizowały sobie pracę. W gondoli sporo było środków opatrunkowych i wzburzonym robotnikom zaraz opatrzono poranione ręce i nogi. Ci z monterów, którzy nie zdołali się choć trochę ukryć pod gondolami, mieli też zadrapania na twarzach i skaleczenia na głowie. Nie było żadnych ciężkich obrażeń, lecz wszyscy pozostawali w stanie szoku.
Berengaria zajmowała się akurat mężczyzną, któremu ptak rozorał całe ramię, tak jak i jej, lecz o tym nie wspomniała. Ten człowiek okropnie uskarżał się na swój los i żądał ukarania odpowiedzialnych za to, co się stało. A więc Farona i Eriona.
– Oni robią, co mogą – mrucząc pod nosem broniła ich Berengaria.
Indra i Sol miały własne zajęcia.
– Kata, Gwiazdeczka – zawołała Berengaria. – Czy możecie mi przy tym pomóc?
Dziewczynki wystraszone podeszły bliżej.
– Ojej! Leci klew – powiedziała Kata z pełnym podziwu lękiem.
– Tak, i zaraz ją zatamujemy. Kato, możesz tu przytrzymać, a ja z Gwiazdeczką w tym czasie przygotujemy bandaż?
Читать дальше