Theresa stała przy łóżku, ocierała oczy i nos, myślała chyba, że Tiril nie zechce takiego dziecka?
– Mimo wszystko on jest śliczny – szlochała Tiril.
– Nic nie szkodzi, że taki malutki i siny i że urodził się na czarnoksiężnika. To najładniejszy malutki chłopczyk, jakiego widziałam.
– Jedno jest pewne – rzekł Móri bezbarwnym głosem.
– Będzie się znajdował pod bardzo dobrą opieką, zarówno żywych, jak i…
Opieka będzie potężniejsza niż sądzisz, pomyślała Tiril z żalem w sercu. On należy do nich, chociaż ty jeszcze o tym nie wiesz. I… Nie, nie patrz w stronę drzwi! To nie ma znaczenia.
Theresa zdawała się także nie mieć wątpliwości, o czym pomyślał, chociaż nie dokończył zdania. Akuszerka nie rozumiała po norwesku, za co akurat teraz bardzo byli losowi wdzięczni. Poczciwa kobieta powiedziała natomiast:
– Taka trupia bladość to zły znak dla dziecka. Chyba nie pożyje długo.
Móri potrząsnął głową.
– Tu nie ma mowy o żadnej chorobie. To jest… dziedziczne obciążenie – zakończył wykrętnie.
Akuszerka pokiwała głową. Przeciwko temu, co mówi ten doktor, czy kim on tam jest, nie znajdowała argumentów.
Tiril wzięła chłopaczka na ręce. Malutkie paluszki zacisnęły się na jej palcu wskazującym i trzymały mocno. Z niepokojem dotykała jego drugiej rączki, tej po trupio bladej stronie, żeby sprawdzić, czy też funkcjonuje jak należy. Nie stwierdziła żadnej ułomności, tyle tylko że skóra była wyraźnie zimniejsza.
Ostrożnie wyciągnęła rękę i zsunęła koszulkę dziecka, odsłaniając bark.
Znamię było rozległe, nigdy przedtem niczego podobnego nie widziała. Ciemnosine, niesymetryczne, trudno było się w jego rysunku doszukać jakiegoś kształtu.
– Wydaje mi się, że ja miałem dokładnie takie samo
– powiedział Móri.
– Ale teraz nic nie masz. To pocieszające – rozjaśniła się Tiril.
– Ty jednak powinnaś teraz odpocząć – wtrąciła jej matka. Wzięła dziecko, choć Tiril oddawała je bardzo niechętnie. Obie starsze kobiety opuściły pokój.
Tiril wyciągnęła rękę do Móriego, który uścisnął ją czule.
– Dziękuję, Móri – wyszeptała. – Dziękuję za chłopca!
– To ja tobie powinienem dziękować – uśmiechnął się odpowiedzi. – Będziemy o niego bardzo dbać i nie pozwolimy, żeby cierpiał dlatego, że jest trochę inny.
– Oczywiście!
– A jak go nazwiemy? Myśleliśmy o imieniu Theresa, gdyby urodziła się dziewczynka, ale…
Przerwała mu, kładąc palec na wargach.
– To nie my będziemy mu nadawać imię. Twoje duchy zastrzegły sobie do tego prawo. Bardzo nalegały.
Móri patrzył na nią przez chwilę, potem westchnął, zaciskając wargi.
– Mam nadzieję, że wybiorą jakieś dobre i nie nazbyt dziwaczne.
– Ja też mam taką nadzieję. Ale, Móri, ja się boję. Nie z powodu imienia, rzecz jasna, imię niech sobie będzie jakie chce. Tylko jaką przyszłość zdołamy zapewnić tej nieszczęsnej kruszynie?
– Myślę, że rozstrzyganie o tej sprawie nie leży w naszej mocy.
– No i tego się właśnie boję.
Długo siedzieli bez słowa, przytuleni, jakby szukali pociechy jedno u drugiego, a jednocześnie pragnęli jedno drugie uspokoić co do przyszłości malutkiego synka.
Czuli się tak okropnie bezsilni, chyba bardziej niż kiedykolwiek w ciągu tych lat, które z sobą spędzili.
– Tiril… Wiesz, o czym ja myślę?
– Nie.
– O tym, co duchy powiedziały mi kiedyś bardzo dawno temu. Ze za wszystko, cokolwiek dobrego uczynię, musi zostać wyznaczona jakaś kara.
– Pamiętam to.
Cień przy drzwiach zniknął. Kiedy Tiril odważyła się spojrzeć w tamtą stronę, nikogo nie było.
Móri mówił dalej:
– Jeśli uczynię coś dobrego jednemu człowiekowi, ściągam cierpienie na kogoś innego. Teraz wyraźnie to widzę.
– Nie zgadzam się z tobą, Móri. W stosunku do mnie na przykład tysiące razy czyniłeś dobro i nie wydaje mi się, żebyś tym samym przyczynił komukolwiek zła. W ogóle me umiem sobie przypomnieć niczego negatywnego.
Spojrzał na nią z ulgą.
– Dziękuję, Tiril! Dziękuję ci za te słowa! Pamięć o tym, co powiedziały duchy, ciążyła mi od dawna niczym mara.
– Nie wolno ci nawet tak myśleć. Wiesz co, ja sądzę, że duchy zmieniły w tej sprawie zdanie. Zapytam je, kiedy się spotkamy następnym razem.
Móri się roześmiał.
– Twój stosunek do moich pozaziemskich demonów zawsze mnie zdumiewał. Ale wiem, że zachowujesz się szczerze, i mam nadzieję, że one także w to wierzą.
– To nie żadne demony – uśmiechnęła się Tiril. – To najsympatyczniejsze istoty, jakie można sobie wyobrazić.
– Rany boskie – mruknął Móri i odwrócił twarz, by ukryć śmiech.
– Wiesz, na co się najbardziej cieszę? – zapytała po chwili Tiril.
– Mogę sobie wyobrazić różne rzeczy – odparł. – Ale o czym teraz myślisz?
– O tym, jak pokażemy naszego malca Nerowi. Myślę, że zostaną przyjaciółmi.
Móri spoważniał.
– Jeśli o to chodzi, to powinniśmy być bardzo ostrożni. Nie wolno nam wzbudzić u Nera zazdrości. I trzeba też pamiętać, że małe dzieci często ciągną psy za kudły albo wbijają im palce w oczy, nie zdając sobie sprawy z tego, co robią.
– Masz rację. Trzeba będzie bardzo uważać. Ale cieszę się mimo to.
– I ja. Och, Tiril, jaki ja jestem szczęśliwy! I jaki dumny! Ja, który myślałem że przyjdzie mi spędzić życie w cieniu, samotnie, bez przyjaciół, mam teraz całą liczną rodzinę. Najpierw los dał mi ciebie i Nera, przyszliście do mnie razem. Potem teściową, i to taką, z której nikt nie może sobie żartować. Własny dom, najwspanialszy na świecie. I w końcu syn! Maleńki synek!
– Tak!
Znowu milczeli. Oboje myśleli o tym samym: Nie ma znaczenia, jak to dziecko wygląda. Najważniejsze, że nigdy nie będzie miało powodu czuć się niekochane!
Na trzeci dzień po urodzeniu malutki chłopczyk otworzył oczka.
Tiril czekała na ten moment pełna jak najgorszych przeczuć. Ale czego się właściwie bała? Że dziecko będzie mieć jedno oko niebieskie, a drugie piwne? To by przecież nie była żadna katastrofa. Chodzą po ziemi tacy ludzie i znakomicie sobie radzą, choć różni przesądni nieszczęśnicy gotowi są uważać, że to znak Złego.
Dręczona obawami Tiril nie spodziewała się tylko tego, co naprawdę zobaczyła.
Oczy dziecka okazały się normalne, oba tego samego koloru, dokładniej mówiąc – czarne jak węgle. Nie, jak to zwykle bywa, ciemnogranatowe, przechodzące w czerń, ale głęboko czarne, jakby w ogóle pozbawione były tęczówki i miały same źrenice. Tęczówka, oczywiście, była, tylko że kompletnie smoliście czarna.
– Jeszcze nigdy czegoś podobnego nie widziałam – powiedziała Theresa. Po czym dodała uspokajająco: – Ale to nie wygląda źle, to nie są brzydkie oczy, wprost przeciwnie!
Od pierwszej chwili nieprzytomnie kochała swojego wyjątkowego wnuczka; przez całe dnie nie odstępowała od jego kołyski.
Pierwsze spotkanie Nera z jego nowym panem przeszło najśmielsze oczekiwania. Gdy Nero zbliżył się do dziecka, żeby je powąchać, niańka chciała go przepędzić.
– Nie, nie, nie przeszkadzaj mu – powstrzymała ją Tiril. – On musi się z dzieckiem zapoznać na swój własny sposób.
Ukucnęła obok psa.
– Tu jest jeszcze jeden człowieczek, którym będziesz się opiekował, Nero. Chcesz? Chcesz, piesku, opiekować się tym malcem? Tak, tak, możesz go powąchać. Czyż on nie jest śliczny? On cię bardzo lubi, Nero.
Читать дальше