– Same nieszczęścia z tego wynikną. Gwarantowane bezrobocie dla setek starych fachowców, upadek cechu bimbrowniczego, rozkwit pijaństwa... Trujesz ludzi. Zła moneta wypiera dobrą – Semen w zadumie zacytował Kopernika. – Co robimy?
– To, co trzeba... Bo wyjście jest tylko jedno! – Jakub trzasnął z rozmachem magiczną flaszką
w ścianę.
– Nie! – ryknął związany.
Ze strzaskanej butli trysnęło jak z przemysłowej motopompy. Przez chwilę sądzili, że się potopią jak kocięta. Mętny samogon w ciągu najwyżej pięciu sekund wypełnił chatę po sufit. Zostało może ze dwadzieścia centymetrów powierza. W dodatku w oparach kartoflanego bimbru nie bardzo dawało się
oddychać.
– Semen, otwórz drzwi! – ryknął Wędrowycz, którego fala gorzały uniosła jak korek. Ale wierny kozak nie zdążył nic zrobić. Kolejna fala przycisnęła ich do dech stropu, gniotła, zalewała gardło. Namoknięte łachy krępowały ruchy, ciągnęły w głąb.
„Utonąć w alkoholu to nawet zaszczytnie, ale przecież nie w takiej berbelusze...” – przemknęło przez głowę Jakuba, gdy pogrążał się w otchłań.
Już widział światło, już majaczyły mu bramy raju, już anioły strzegące owych bram skrzywiły się na jego widok z obrzydzeniem i powyciągały ogniste miecze, by pędzić go precz... I w tym właśnie momencie stare ściany nie wytrzymały naporu cieczy i chata rozleciała się jak domek z kart. Fala bimbru wyniosła obu kumpli i pechowego gospodarza na ogród.
Wędrowycz wstał i otrząsnął się z kartoflanki jak pies. Kozak docucił Mańka i rozciął krępujący go sznur.
– Uch, ale mi się we łbie kręci – poskarżył się Semen.
– Wchłonęliśmy sporo tego świństwa przez skórę i drogą wziewną – westchnął jego przyjaciel. – Ale spoko, parę godzin i wytrzeźwiejemy, tylko kac będzie po tym niemożebny...
– Wy dranie! – wybełkotał poszkodowany. – Zniszczyliście bezcenny artefakt... I moją chałupę.
– Tym razem darujemy ci życie – burknął egzorcysta. – Ale zapamiętaj. Kraść nie wolno. Wytnij jeszcze raz taki numer, a ruski miesiąc popamiętasz. – Chodź, Semen, wracamy do domu. I poszli. Maniek długo odprowadzał ich nienawistnym spojrzeniem, a potem wrócił do ruin chaty.
– To się wyzbiera, poskleja... – mruczał, wygrzebując spomiędzy dech i brył polepy kawałki szkła. Zaraz jednak zrozumiał, że nie ma to sensu. W czasie katastrofy w drzazgi poszło wszystko. Odłamków było po prostu za dużo. Nie umiał rozpoznać, które pochodzą z magicznej flaszki, a które ze zwykłych butelek...
===aFBjUmZQ
Posterunek
Kapitan Malinowski niechętnie opuścił klimatyzowany kontener kwatery. Była dziesiąta rano, ale irackie słońce dawało się już we znaki. Nad pustynią wisiał złocisty kurz. Dowódca omiótł spojrzeniem umocnienia wykonane z worków napełnionych piaskiem, kilometry zasieków, maszty z naciągniętą siatką maskującą. Żołnierze robili dokładnie to, co do nich należało. Czyścili broń, pucowali pojazdy, wolni od służby grali w siatkówkę. Tylko trzej podkomendni mieli powody do narzekań. Ale sami byli sobie winni. Warta złapała ich na paleniu skrętów akurat koło składu amunicji. Wczoraj cały dzień szorowali kible szczoteczkami do zębów, dziś mierzyli zapałkami odległość od bramy do latryny... Dowódca uśmiechnął się. Lubił porządek.
„Dobrze, że to przedostatni dzień” – pomyślał leniwie. „Jutro zluzują nas Rumuni. Jeszcze dwa tygodnie służby w Babilonie i pora wracać do kraju. Żeby tylko w ostatniej chwili coś nie wyskoczyło” –
zaniepokoił się nagle.
Przeszedł na główne stanowisko obserwacyjne. Wartownik na jego widok wyprężył się jak struna.
– I jak tam? – zagadnął nieregulaminowo Malinowski.
– Posłusznie melduję, że patrol już wraca.
– Dziękuję, spocznij.
– Ale... Melduję, że pojechał jeden jeep, a wracają dwa pojazdy. Nasz i jakiś hummer. Dowódca wyjął z kieszeni lornetkę i przypatrzył się kłębowi kurzu widocznemu już na starożytnym trakcie.
– Będziemy mieli gości – powiedział sam do siebie. – Albo inspekcję. Na Rumunów w każdym razie za wcześnie. Mają być o czternastej.
I poszedł na kwaterę wbić się w mundur galowy. Kwadrans później wystrojony jak stróż w Boże Ciało wyłonił się zza worków z piaskiem. W garażu, pod stelażem nakrytym siatką maskującą, faktycznie stał
amerykański hummer, a obok pokiereszowany jeep z wyposażenia jednostki. Żołnierze właśnie wyciągali z wnętrza pojazdu dwóch obdartusów skutych kajdankami. Obaj wyglądali bardzo wiekowo. Wyższy miał na głowie wyliniałą papachę, niższy najwyraźniej wybrał się na pustynię w gumofilcach i ortalionowym dresiku.
– Co się dzieje? – huknął na podwładnego Malinowski. – Co to za cywile?
– No, no, tylko nie cywile! – obraził się ten w papasze, wypinając pierś pokrytą carskimi orderami. Dowódca drgnął zaskoczony. Jeniec gadał po polsku. Zlustrował jego strój i po chwili uświadomił
sobie, że to faktycznie nieprawdopodobnie złachany mundur nieznanej mu formacji. Kapral Wiśniewski zasalutował.
– Posłusznie melduję, że w trakcie patrolu natknęliśmy się za wzgórzami na tych dwóch. Usiłowali uruchomić hummera. Tylko nie mieli już paliwa, więc lali do baku samogon. Osaczyliśmy i wzięliśmy do niewoli, pojazd zatankowaliśmy i przyjechaliśmy z nim do obozu.
– A samogon?
– Wylaliśmy oczywiście – uśmiechnął się dziwnie podoficer i spuścił oczy. Dowódca popatrzył na obu obdartusów.
– Niech pan wyjaśni podkomendnym, że to kompletne nieporozumienie – powiedział ten w gumofilcach. – Jesteśmy tu całkowicie legalnie, a już zupełnie niedopuszczalne i skandaliczne jest, że nasze własne wojsko nas łapie jak jakichś talibów!
– A kim wy, do cholery, jesteście?
– Niezależny konsultant Ministerstwa Obrony Narodowej, technolog samogonszczik Jakub Wędrowycz. – Przybysz wyglądający jak menel zasalutował niedbale. – A w cywilu usługi dla ludności. Egzorcyzmy, polowania na wampiry, pozyskiwanie zwierzyny łownej i produkcja psiego smalcu. Ale to ostatnie tylko na receptę dla gruźlików, bo zwierzęta to ja kocham. – Uśmiechnął się obleśnie.
– I Semen Korczaszko, konsultant zagraniczny. – Ten przy orderach zasalutował dla odmiany tak pięknie, jakby przez całe życie nic innego nie robił. – A w cywilu jestem emerytem tak jakby. To znaczy wiek mam odpowiedni, a nawet przekroczony, ale nie wypłacają.
– Ale co wy tu robicie?
– Specoperacja naszego wywiadu. Kryptonim misji W-2586-c. A skoro już trafiliśmy na polski obóz, to oprócz paliwa poprosimy też o nocleg. Obiad również mile widziany.
– Moment.
Dowódca wyciągnął palmtop i wpisał podany kryptonim.
– Co to, do cholery, jest operacja „Bimber za trotyl”! – wykrztusił, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
– Normalnie. Mamy nauczyć arabusów pędzenia bimbru z daktyli, żeby mniej myśleli o wojnie, a więcej o drobnych codziennych przyjemnościach – wzruszył ramionami Wędrowycz.
– Jakub! – Kozak dał mu sójkę w bok. – Mieliśmy o tym nie gadać. To chyba ściśle tajne było!
– A fakt. Ale swojakowi chyba możemy powiedzieć? Na jednym froncie jesteśmy.
– A gdzie tu widzisz front, matole?!
Dowódca w tym czasie lustrował wzrokiem ich samochód.
– Co to jest? – zapytał konkretnie.
– No, auto? – Semen spojrzał na niego zaskoczony. – Też mi się wydało takie trochę za duże. No i pali draństwo jak smok, ze siedemdziesiąt litrów na sto kilometrów.
Читать дальше