— Nie podoba ci się mąż — powiedział Red, znowu zapychając sobie usta. — Lekceważysz go, jak się okazuje.
— Jaki tam z ciebie mąż — powiedziała Guta. — Pusty worek, a nie mąż. Trzeba cię dopiero nabić, jak siennik.
— A może jednak? — powiedział Red. — Przecież zdarzają się cuda na świecie!
— Jakoś nie pamiętam, żeby zdarzył się tobie taki cud. Może napijesz się czegoś? Red niezdecydowanie bawił się widelcem.
— Raczej nie — powiedział. Spojrzał na zegarek i wstał.
— Zaraz wychodzę. Przygotuj mi wyjściowy garnitur. Według kategorii „S”, Krawat, koszula…
Z rozkoszą człapiąc czystymi, bosymi stopami po chłodnej podłodze poszedł do komórki i zamknął drzwi na zasuwę. Potem włożył gumowy fartuch, wcisnął długie do łokcia gumowe rękawice i wyłożył na stół to, co było w worku. Dwa „pustaki”. Pudełko z „agrafkami”. Dziewięć „bateryjek”. Trzy „bransolety”. I jedno jakieś kółko „też coś w rodzaju „bransolety”, ale z białego metalu, większe o średnicy około trzydziestu milimetrów. Szesnaście sztuk „czarnych bryzg” zawiniętych w plastyk. Dwie „gąbki” wielkości pięści, znakomicie zachowane. Trzy „świerzby”. Słoik „gazowanej gliny”. W worku został jeszcze ciężki porcelanowy kontener, starannie opakowany w szklaną watę, ale Red zostawił go w spokoju. Wyjął papierosy, zapalił i zapatrzył się w leżące na stole przedmioty.
Potem wysunął szufladę, wziął arkusz papieru, ogryzek ołówka i liczydło. Zagryzając papierosa w kąciku warg i mrużąc oczy od dymu, pisał cyfrę za cyfrą, w trzech słupkach, a następnie pierwsze dwa podsumował. Sumy okazały się poważne. Red zdusił niedopałek w popielniczce, ostrożnie otworzył pudełko i wysypał „agrafki” na papier. W elektrycznym świetle „agrafki” mieniły się granatowo i tylko z rzadka tryskały czystymi kolorami tęczy — żółtym, czerwonym, zielonym. Red wziął jedną „agrafkę” i ostrożnie, żeby się nie ukłuć, zacisnął ją miedzy palcem wskazującym a kciukiem. Potem zgasił światło i odczekał chwilę przywykając do ciemności. Ale „agrafka” milczała. Odłożył ją na bok, znalazł po ciemku następną i również zacisnął ją w palcach, nic. Zacisnął palce silniej, ryzykując ukłucie, i „agrafka” przemówiła — przebiegały wzdłuż niej słabe, czerwone błyski, po czym nagle zastąpiły je rzadsze, zielone. Kilka sekund Red podziwiał zagadkową grę światełek, która, jak dowiedział się z „Biuletynu”, z całą pewnością coś oznaczała, być może nawet coś bardzo ważnego, epokowego, później położył „agrafkę” oddzielnie i wziął w palce następną.
„Agrafek” było siedemdziesiąt trzy, z tego dwanaście mówiło, a reszta milczała. One też powinny przemówić, ale do tego potrzebna była specjalna maszyna wielkości stołu, same palce nie wystarczały. Red znowu zapalił światło i do poprzednich liczb dopisał jeszcze dwie. I dopiero wtedy zdecydował się.
Wsadził obie ręce do worka i wstrzymując oddech wydobył i położył na stole miękki pakunek. Przez jakiś czas w zadumie, pocierając wierzchem dłoni podbródek, patrzył na to, co przed nim leżało. Potem jednak wziął ołówek, pokręcił nim w niezgrabnych gumowych palcach i znowu odłożył. Wyjął jeszcze jednego papierosa i patrząc na paczkę wypalił go w całości.
— Po jakiego diabła! — powiedział głośno i stanowczym ruchem włożył zawiniątko z powrotem do worka. — Dosyć tego. Wystarczy.
Szybko zsypał „agrafki” z powrotem do pudełka i wstał. Czas było iść. Zapewne z pół godziny można by pospać, żeby mieć świeższą głowę, ale z drugiej strony znacznie lepiej zjawić się na miejscu wcześniej i sprawdzić jak i co. Zdjął rękawice, odwiesił fartuch i nie gasząc światła wyszedł z komórki.
Garnitur leżał już na łóżku i Red zaczął się ubierać.Wiązał przed lustrem krawat, kiedy za jego plecami cichutko skrzypnęły deski podłogi, rozległo się zawzięte sapanie i Red zrobił posępną minę, aby powstrzymać uśmiech.
— Uu! — zadźwięczał tuż obok cienki głosik i coś złapało Reda za nogę.
— Ach! — zawołał Red i udał omdlenie padając na łóżko.
Mariszka z piskiem i śmiechem natychmiast wdrapała się na ojca. Deptała po nim, ciągnęła za włosy i zasypywała mnóstwem wiadomości. Willy sąsiadów oderwał lalce nogę. Na drugim piętrze pojawił się kotek, cały biały, tylko oczy ma czerwone — widocznie nie słuchał mamy i chodził do Strefy. Na kolację była kasza z konfiturami. Wujek Szuwaks znowu się urżnął i zachorował, nawet płakał. Dlaczego ryby nie toną chociaż są w wodzie? Dlaczego mama nie spała w nocy? Dlaczego palców jest pięć, ręce dwie, a nos tylko jeden?… Red ostrożnie tulił pełzające po nim ciepłe stworzenie, wpatrywał się w ogromne, ciemne, pozbawione białek oczy, przyciskał twarz do pyzatego, zarośniętego złotym jedwabistym puchem policzka i powtarzał:
— Mariszka… Mariszka… Moje śmieszne stworzonko…
Potem nad uchem ostro zadzwonił telefon. Red wyciągnął rękę i podniósł słuchawkę.
— Słucham. Telefon milczał.
— Halo! — powiedział Red. — Halo!
Nikt nie odpowiedział. Potem w słuchawce szczęknęło i rozległy się krótkie sygnały. Wtedy Red wstał, postawił Mariszkę na podłodze i nie słuchając jej dłużej włożył spodnie i marynarkę. Mariszka trzepała bez wytchnienia, ale Red tylko uśmiechał się z roztargnieniem kątem ust, więc w końcu doczekał się oświadczenia, że tata połknął język i zakąsił zębami, po czym zostawiano go w spokoju.
Red wrócił do komórki, schował do teczki wszystko, to co leżało na stole, wstąpił do łazienki po kastet, znowu wrócił do komórki, wziął teczkę do jednej ręki, koszyk z workiem do drugiej, wyszedł, pedantycznie zamknął drzwi komórki i krzyknął w stronę Guty:
„Wychodzę!”
— Kiedy wrócisz? — zapytała Guta wychodząc z kuchni. Uczesała się już i umalowała. Zamiast szlafroka miała na sobie sukienkę, ulubioną sukienkę Reda, jaskrawoniebieską, z głębokim dekoltem.
— Zadzwonię — powiedział patrząc na nią. Potem podszedł, pochylił się i pocałował ją w dekolt.
— Idź już — cicho powiedziała Guta.
— A ja? A mnie? — zaszczebiotala Mariszka wciskając się między nich.
Trzeba było pochylić się jeszcze niżej. Guta patrzyła na Reda nieruchomymi oczami.
— Wszystko w porządku — powiedział Red. — Nie martw się. Zadzwonię.
Na podeście schodów, piętro niżej. Red zobaczył tęgiego mężczyznę w pasiastej piżamie, który majstrował przy zamku swoich drzwi. Z ciemnego wnętrza mieszkania ciągnęło ciepłym, kwaśnym zaduchem. Red zatrzymał się i powiedział:
— Dzień dobry.
Tęgi mężczyzna strachliwie spojrzał na Reda przez opasłe ramię i coś odburknął.
— Pańska małżonka przychodziła do nas w nocy — powiedział Red. — Skarżyła się, że coś piłujemy. To jakieś nieporozumienie.
— Co mi do tego? — warknął mężczyzna w piżamie.
— Żona robiła wczoraj pranie — ciągnął Red. — Jeżeli przeszkadzaliśmy państwu, to przepraszam.
— Ja nic nie mówiłem — powiedział mężczyzna w piżamie. — Proszę…
— W takim razie bardzo się cieszę — powiedział Red.
Zszedł na dół, wstąpił do garażu, koszyk z workiem postawił w kącie, zasłonił starym siedzeniem z samochodu i wyszedł na ulicę.
Miał niedaleko — dwa kwartały do placu, potem przez park i jeszcze jeden kwartał do Centralnego bulwaru. Przed „Metropolem” jak zwykle błyszczał chromem i lakierem różnobarwny szereg samochodów, służba hotelowa w malinowych liberiach wnosiła walizki, jacyś solidni zagraniczni goście rozmawiali w grupach po dwóch i trzech na marmurowych schodach, ćmiąc cygara. Red postanowił chwilowo tam nie wchodzić. Usiadł pod markizą maleńkiej kawiarenki po drugiej stronie ulicy, poprosił o kawę i zapalił. Dwa kroki od niego siedziało trzech oficerów z międzynarodowej policji. Byli po cywilnemu i w milczeniu, spiesznie pochłaniali opiekane parówki i pili ciemne piwo z wysokich szklanych kufli. Po drugiej stronie, o dziesięć kroków dalej, jakiś sierżant gniewnie pożerał smażone ziemniaki — widelec trzymał w zaciśniętej pięści, niebieski hełm leżał do góry nogami na podłodze, pas z kaburą wisiał na oparciu krzesła, więcej nikogo w kawiarni nie było. Kelnerka, nie znana Redowi kobieta w średnim wieku, stała pod ścianą i od czasu do czasu ziewała, wytwornie zasłaniając usta dłonią. Była za dwadzieścia dziewiąta.
Читать дальше