– A skąd pan wie, że złodziej nie pojawił się tam przed nią? Kobieta wchodzi, złodziej się chowa. Kiedy ona idzie pod prysznic, złodziej myśli, że to najlepszy moment. Opuszcza kryjówkę, łapie to, co chce złapać, ale zostaje przez nią nakryty. Jak reaguje – wiemy. Możliwe, że wcale nie zamierzał jej zabić.
– A w jaki sposób ten złodziej miałby wejść do środka?
– Tak samo jak pan, komisarzu.
Trafiony, zatopiony. Montalbano nie odpowiedział.
– Przejdźmy do ubrań – ciągnęła pani Clementina. – Jeśli zostały zabrane dla zmyłki, to jedno. Lecz jeśli morderca po prostu musiał je zabrać, to już inna para kaloszy. Co mogło być w nich takiego ważnego?
– To, że mogły mu jakoś zagrażać. Zdradzić jego tożsamość – powiedział Montalbano.
– Słusznie, komisarzu. Lecz widocznie nie stanowiły zagrożenia w chwili, kiedy pani Licalzi je nosiła. Musiały stać się nim później. Ale jak?
– Może się zaplamiły – powiedział bez przekonania Montalbano. – Na przykład krwią zabójcy. Jako że…
– Jako że…?
– Jako że nie było jej nigdzie w sypialni. Było trochę krwi na prześcieradle, bo wyciekła z ust pani Micheli. Lecz może chodziło o jakieś inne plamy. Na przykład od wymiotów.
– Lub, dajmy na to, spermy – dodała pani Vasile Cozzo i poczerwieniała.
Było za wcześnie na powrót do domu, więc Montalbano postanowił wpaść do komisariatu i spytać, czy wydarzyło się coś nowego.
– Oj, komisarzu, komisarzu! – zawołał Catarella, kiedy go tylko zobaczył. – To pan jest tutaj? Dzwoniło do pana co przynajmniej z dziesięć osób! Wszyscy chcieli rozmawiać osobiście z pańską osobą! Nie wiedząc, że pan przyjdzie, wszystkim mówiłem, żeby dzwonili jutro rano! I jak zrobiłem: dobrze czy źle, komisarzu?
– Dobrze zrobiłeś, Catarella, wyluzuj. Czy wiesz, czego ode mnie chcieli?
– Były to wszystko osoby, które mówiły, że znały tę zamordowaną panią.
Na jego biurku w gabinecie Fazio zostawił torebkę foliową z papierami zabranymi z pokoju numer 118. Obok leżały karteczki z informacjami od tych, którzy dzwonili, lecz nie zastali pani Licalzi, wręczone przez dyrektora Pizzottę Gallowi. Komisarz usiadł, wyjął kalendarz i zaczął przerzucać kartki. Michela Licalzi utrzymywała go w porządku nie mniejszym niż pokój w hotelu: terminy, telefony, miejsca spotkań – wszystko było zanotowane jasno i precyzyjnie.
Doktor Pasquano powiedział – i Montalbano przyznawał mu rację – że kobieta została zamordowana w nocy ze środy na czwartek. Natychmiast zajrzał więc na stronę ze środą, ostatnim dniem życia Micheli Licalzi. Godzina 16.00 – zadzwonić do Rotonda od mebli; 16.30 – zadzwonić do Emanuele; 17.00 – Todaro, rośliny i ogrody; 18.00 – Anna; 20.00 – kolacja u państwa Vassallo.
Pani Licalzi miała plany również na czwartek, piątek i sobotę, nie wiedząc, że ktoś jej przeszkodzi w ich realizacji. W czwartek, oczywiście po południu, zamierzała spotkać się z Anną i pójść z nią do Loconte (w nawiasie: zasłony), a zakończyć wieczór kolacją z niejakim Mauriziem. W piątek miała porozmawiać z elektrykiem Riguccio, następnie znów spotkać się z Anną, potem iść na kolację do państwa Cangialosich. Na stronie z sobotą było zapisane jedynie: 16.30 – z lotniska Punta Raisi do Bolonii.
Kalendarz był dużego formatu, w skorowidzu na każdą literę alfabetu przypadały trzy strony, lecz numerów telefonów było tak dużo, że pani Licalzi musiała niekiedy zapisywać dwie różne osoby w tej samej linijce.
Montalbano odłożył kalendarz, wyjął z torebki foliowej inne kartki. Nic ciekawego – same rachunki i paragony: każdy grosz wydany na budowę i urządzenie domku został skrupulatnie odnotowany. W zeszycie w kratkę pani Michela zapisała w kolumnie wszystkie wydatki, jak gdyby przygotowywała się na kontrolę policji finansowej. W torebce była również książeczka czekowa Banku Spółdzielczego w Bolonii, a raczej sama jej obwoluta. Montalbano znalazł jeszcze bilet na lot Palermo-Rzym-Bolonia na sobotę, 16.30.
Ani śladu listu osobistego czy jakiejś prywatnej karteczki. Postanowił kontynuować pracę w domu.
Do przejrzenia pozostały mu karteczki z wiadomościami. Komisarz zaczął od tych, które Michela zgromadziła w niewielkim biurku hotelowego pokoju. Było ich około czterdziestu i Montalbano podzielił je na osoby. Spośród wszystkich stosików wysokością wyróżniały się trzy. Kobieta o imieniu Anna zazwyczaj dzwoniła w ciągu dnia i prosiła, żeby Michela odezwała się do niej po przebudzeniu lub po powrocie do hotelu. Niejaki Maurizio dwa albo trzy razy dzwonił rano, lecz na ogół wolał robić to późną nocą, i zawsze prosił o telefon. Trzeci stosik należał do niejakiego Guida, który telefonował z Bolonii i podobnie jak Maurizio był nocnym markiem, lecz w odróżnieniu od tamtego nie zostawiał żadnych wiadomości.
Karteczek, które dyrektor Pizzotta wręczył Gallowi, było dwadzieścia: odnotowano na nich wszystkich dzwoniących do Micheli od momentu jej wyjścia z hotelu w środę po obiedzie do czasu, kiedy podano wiadomość o jej śmierci. Jednak jeszcze wcześniej, w środę rano, w porze, którą pani Licalzi poświęcała na sen, dzwonił do niej około dziesiątej trzydzieści Maurizio, zaraz potem odezwała się też Anna. Około dziewiątej wieczorem, wciąż w środę, poszukiwała Micheli pani Vassallo, która po godzinie ponowiła próbę. Anna zatelefonowała raz jeszcze tuż przed północą.
O trzeciej w nocy, czyli już w czwartek, dzwonił bolończyk Guido. O dziesiątej trzydzieści rano znowu przypomniała o sobie Anna (która najwyraźniej nie miała pojęcia, że Michela nie wróciła do hotelu na noc), o jedenastej niejaki Loconte potwierdzał poobiednie spotkanie. W południe, wciąż w czwartek, dzwonił pan Aurelio Di Blasi, który ponawiał starania prawie co trzy godziny, do siódmej wieczorem w piątek. Telefony od Anny, począwszy od czwartku rano, miały charakter lawinowy: urywały się w piątek wieczorem, na pięć minut przed podaniem w Reteliberze wiadomości o odnalezieniu zwłok.
Coś tu nie grało. Montalbano nie umiał powiedzieć co i ta wątpliwość nie dawała mu spokoju. Wstał, wyszedł na werandę, z której schodziło się bezpośrednio na plażę, zdjął buty i zaczął iść po piasku, aż dotarł do brzegu. Podwinął sobie nogawki i stanął tuż przed linią wody, która co jakiś czas zalewała stopy. Uspokajający szum bryzy pomógł mu poukładać myśli. Aż wreszcie zrozumiał, co go dręczy. Wszedł do domu, wziął kalendarz i otworzył na środzie. Michela zaznaczyła, że musi iść na kolację do państwa Vassallo na ósmą. Dlaczego więc pani Vassallo dzwoniła do niej do hotelu o dziewiątej i dziesiątej wieczorem? Czy Michela nie stawiła się na spotkanie? A może pani Vassallo, która do niej dzwoniła, nie miała nic wspólnego z państwem Vassallo, którzy zaprosili ją na kolację?
Spojrzał na zegarek, minęła już północ. Pomyślał, że sprawa jest zbyt poważna, by respektować dobre obyczaje. W książce telefonicznej widniały trzy osoby o nazwisku Vassallo. Wybrał pierwszy numer i trafił od razu.
– Przepraszam, nazywam się Montalbano, jestem komisarzem policji…
– Pan komisarz! Mówi Ernesto Vassallo. Rano sam miałem się zjawić u pana. Moja żona jest załamana, musiałem wezwać lekarza. Czy są jakieś nowości?
– Nie. Muszę pana o coś zapytać.
– Jestem do dyspozycji. Dla biednej Micheli…
Montalbano zajrzał do zapisków pani Licalzi.
– Wyczytałem z terminarza, że w środę wieczorem pani Michela miała być na kolacji…
Читать дальше