– Cóż za szczęśliwy świat.
– No dobra – mruknął Dean. – Robimy zwykły komplet badań i jak tylko będą wyniki, natychmiast cię zawiadomimy. Pomyślałem, że powinieneś go zobaczyć.
– Oczywiście.
Nagle na zewnątrz rozległy się krzyki i wycia, do których dołączył metaliczny klekot. Blue Morons zaczęli szydzić z X-Skulls, jeden z chłopaków złapał krzesło i zaczął nim wymachiwać w powietrzu, jakby miał zamiar rzucić.
.- Przepraszam na chwilę – oznajmił Dean. – Muszę rozwalić kilka łbów.
– Nie ma sprawy, pogadamy później – odparł Frank. Kiedy Dean odszedł, Frank jeszcze przez dłuższą chwilę stał obok łóżka i przyglądał się młodemu człowiekowi. Jego twarz była jeszcze bledsza niż twarz Susan Fireman i wyglądał na znacznie bardziej wycieńczonego. Z Susan można się było jako tako porozumieć. Trudno powiedzieć, czy młodzieniec zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje i co się z nim dzieje.
– Nie wiem… gggh… nie wiem grgh… – wycharczał.
– Czego nie wiesz? Chodzi o portfel? Nie wiesz, gdzie twój portfel?
– Nie wiem… dokąd mam jechać…
– Stałeś w kolejce do kasy na dworcu autobusowym. Pamiętasz, dokąd zamierzałeś jechać?
– Muszę się… uchchr… Frank ujął go za dłoń.
– Posłuchaj, najlepiej będzie, jeśli odpoczniesz. Zrobimy ci serię standardowych badań laboratoryjnych i kiedy otrzymamy wyniki, będziemy wiedzieć więcej o tym, co się z tobą dzieje.
– Tatal… Tatal nostru…
– Co powiedziałeś?
Frank popatrzył na dużą czarną pielęgniarkę, ale kobieta tylko wzruszyła ramionami.
– Chyba chciał powiedzieć coś o swoim nosie. Może ma kłopoty z oddychaniem.
– Tatal nostru – powtórzył chłopak. Jego puls gwałtownie przyspieszył, podczas gdy ciśnienie krwi wciąż spadało. Zachłysnął się, wykaszlał jeszcze trochę krwi i złapał Franka za rękaw. – Tatal nostru !
– Poproszę epinefrynę, szybko! – rzucił Frank do pielęgniarki, po czym znów zwrócił się do chorego: – Słyszy mnie pan? Proszę się nie wysilać. Pański organizm doznał poważnego wstrząsu i musi pan spróbować zachować spokój.
– Tatal nostru… carele esti in ceruri … – wydyszał młodzieniec.
– Niech pan nie próbuje mówić – pohamował go Frank. – Proszę oddychać głęboko i równo, o tak… i odprężyć się.
Młody człowiek wbijał we Franka szeroko otwarte oczy. W kącikach jego ust pieniły się krwawe pęcherzyki, a klatka piersiowa unosiła się i opadała, jakby biegł w maratonie.
– … sfinteasca-se numele lau… vie imparatia ta… faca-se voia ta …
– Proszę nic nie mówić – powtórzył Frank. – Musi pan zachować spokój.
Pielęgniarka wróciła z epinefryną i strzykawką. Frank uniósł w górę zakrwawione ramię młodzieńca, przemył je wacikiem, znalazł żyłę i wstrzyknął lek.
– Painea noastra… cea de toate dane-o astazi …
Frank czekał. Minęła minuta, dwie. Początkowo bał się, że pomylił się w ocenie i młodzieniec wcale nie miał wstrząsu anafilaktycznego, ale wkrótce praca serca chorego zaczęła się stabilizować, ciśnienie krwi wzrosło i nie łapał już tak gwałtownie powietrza.
Jego wargi poruszały się jednak w dalszym ciągu, jakby niezależnie od wszystkiego musiał dokończyć recytację.
– … si nu ne ducepre noi in ispita… si ne scapa de cel rau … Po chwili przestał mówić i zamknął oczy. Frank odsunął mu kciukiem powiekę i choć gałka oczna w dalszym ciągu skakała jak szalona na boki, chory był nieprzytomny.
– Chciałbym, aby go pani dokładnie obserwowała – powiedział Frank do pielęgniarki. – Kiedy lek przestanie działać, może nastąpić kolejny atak.
Wrócił Dean. Wyglądał na wymęczonego.
– Przepraszam, Frank, że musiałem cię tu zostawić. Jak on się czuje?
– Dostał wstrząsu. Wyglądało to na ostrą reakcję alergiczną na coś, co zjadł albo czego dotykał.
– A teraz co z nim?
– Dałem mu dwa miligramy epinefryny.
Dean pochylił się nad chorym.
– Te objawy… nie wiem. Nie wydają się ze sobą powiązane.
Dzieje się tu coś bardzo dziwnego.
– Tak uważasz? To jeszcze nie wszystko. Mówił w jakimś obcym języku.
– Naprawdę? W jakim?
– Nigdy przedtem go nie słyszałem. Może jakiś środkowoeuropejski, na pewno to nie był rosyjski, bo ten język rozpoznaję. Było jednak za mało „sz” na polski.
– Cóż, kiedy ludzie są chorzy, często mówią dziwne rzeczy.
– Ale nie aż tak dziwne.
– Co masz na myśli?
– Pierwsze dwa słowa były takie same jak te, które słyszała w swoich koszmarach nocnych dziewczyna z góry.
– Jaja sobie robisz.
– Nie. Twierdzi, że ma nawracający koszmarny sen, w którym jest zamknięta w skrzyni, na statku. Nie może się wydostać, ale słyszy chłopca, krzyczącego raz za razem „tatel noster”, jakby był przerażony.
– Tatel noster?
– Coś w tym rodzaju… przynajmniej tak zrozumiałem.
– I ten tutaj też mówił „tatel noster”? Może się znają. Mogłoby to wyjaśnić, dlaczego oboje cierpią na to samo. Może z powodu czegoś, co razem jedli?
– Nie wiem – odparł Frank, patrząc na młodego człowieka w zakrwawionym T-shircie. – W każdym razie mam w związku z całą tą sprawą złe przeczucia.
Podszedł do umywalki, by umyć ręce. Zanim wycisnął na dłonie środek myjąco-dezynfekujący, uniósł palce do nosa i powąchał je.
– Coś się stało? – spytał Dean.
Frank wyciągnął ku niemu dłoń, aby Dean również mógł powąchać jego palce.
– Coś mi to przypomina – mruknął Dean. – Nie, nie mów…
– Jeśli nie wiesz, co to jest, to znaczy, że od dawna nie byłeś na urlopie. To „Piñacolada”, krem do opalania.
Kiedy Frank wszedł do sali numer piętnaście, sześćdziesiąt sześć, Susan Fireman sprawiała wrażenie, że śpi, ale gdy przyniósł krzesło, by usiąść przy jej łóżku, otworzyła oczy.
– Doktor Winter… – wymamrotała. – Pomyślałam, że pewnie pan wróci.
– Więc domyśla się pani, o co chcę zapytać? Skinęła głową.
– No więc dobrze… z badań wynika, że nie ma pani żadnego wewnętrznego krwotoku. Żadnych wrzodów ani żylaków. Krew, którą pani zwymiotowała, była krwią innej osoby… – Zamilkł na chwilę. – Tak naprawdę to dwóch innych osób. Może to pani jakoś wytłumaczyć?
– Nie wiem dlaczego – wyszeptała.
– Czego pani nie wie, „dlaczego”?
– Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. To było tak, jakbym to… wcale nie była ja.
– Ale wypiła pani tę krew? I nie była to pani krew, prawda?
– Nie wiem dlaczego. Nie rozumiem tego.
– Susan, czyja to była krew? Co pani zrobiła tym ludziom?
– To było takie dziwne… Widziałam siebie, ale to było tak, jakbym oglądała kogoś innego…
– Czyja to krew?
Zamknęła oczy i nie odpowiadała.
– Susan, muszę wiedzieć, czyja to była krew.
– Dlaczego? – zapytała, nie otwierając oczu. – Czy to ważne?
– Ważne, ponieważ każdy, kto straci tyle krwi, musi umrzeć.
– Ale ludzie przecież po to są, prawda?
– Nie rozumiem…
– Ludzie po to się rodzą… aby dawać nam swoją krew.
– Proszę otworzyć oczy! – powiedział ostro Frank.
– Po co?
– Chcę, aby mówiąc do mnie, patrzyła pani na mnie. A może pani się boi?
– Niczego się nie boję.
– Obawiam się, że tak. Boi się pani siebie. Sądzę, że boi się pani tego, co zrobiła.
Читать дальше