Zanim wszedł do Sezamu.
Sezam, Sezam, podczas sztucznie wyciemnianych nocy w powietrznych grotach śniły się jej te zachłannie rozwarte wrota, ta kurtyna cienia, czy kiedykolwiek znajdzie się jej bliżej, czy będzie miała lepszą sposobność...? I pewnie poszłaby - na początek mówiąc sobie: tylko zajrzę, dotknę, z ciekawości, jedna krótka wizyta - gdyby nie Ula. Poszłaby na pewno.
Zamiast tego chadzała między ruiny.
Niektóre dzielnice na Drugiej Wyspie były dosyć dobrze zachowane, budynki wznosiły się na dwadzieścia, pięćdziesiąt metrów, dumne pomniki epoki sprzed narodzin człowieka. Kto w nich żył, jaka rasa? - domyślano się, że więcej niż jedna, że było to dzieło cywilizacji multigatunkowej.
Zuzanna miała czas na długie spacery, regularne prace archeologiczne wstrzymano do momentu otworzenia docelowych symetrii, administracja ograniczała się do rutynowych procedur. Klajn nie uczestniczyła również w życiu towarzyskim grot, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok nabierającym cech dekadentyzmu - leniwe orgie pod zenitalnym seledynowym słońcem, ku któremu zbiega się rozmytymi horyzontami zaciśnięte w pięść niebo-ziemia Urny, z tak szczelnego raju nie sposób uciec; równie leniwe dyskusje polityczne, plotki i intrygi, sesje obrzydliwie bezpiecznych narkotyków... - nie uczestniczyła, nie przyjaźniła się z nikim, znowu uznawana za introwertyka i odludka, i było jej z tym dobrze. Wolała zwiedzać to nieskończone muzeum wszechświata, samym swym spojrzeniem odkrywając dla ludzkości cuda przez żadnego człowieka dotąd nie widziane; wciąż nie spowszedniał jej ów zachwyt, nie opuścił dreszcz.
Gorące południe - zawsze jest południe - słony wietrzyk nad zaśmieconą ulicą, cienie skromnie cofnięte pod ściany budynków, od milleniów nie drgnęły ni o milimetr. Zuzanna spaceruje przez Nieznane. W lewej ręce szeroka, elfia parasolka, ona chroni ją przed słońcem. Ula bez przerwy wyprzedza Zuzannę, wspina się na schody i pochylnie, zagląda do cienistych wnętrz. Wielka kroniczna modliszka podąża za nią niczym owadzi anioł stróż, szybując kilka metrów nad głową dziecka. Dziewczynka co chwila podbiega do matki, szarpie ją za sukienkę, ciągnie w tę i tamtą stroną. - Chodź, musisz to zobaczyć! - Zuzanna daje się kierować z uśmiechem. Tak przemierzają kwartał za kwartałem. Czasami wstąpią pod lśniącą kopułę, statuę napowietrzną, piramidę zawieszoną na rzeźbie czasoprzestrzeni, zapatrzą się na kilkusekundowe konstrukty, maszyny organiczne oddychające z rzężeniem gorącą parą, na zmiennobarwne bazyliki o ułamkowymi spinie. Dzień się nie kończy, słońce nie przesuwa, czas nie mija.
Aż wreszcie przystanie, przełoży parasolkę do drugiej ręki, warkocz przerzuci na lewe ramię, jasna sukienka załopocze na wietrze, zsunie się ramiączko - jakiś ruch, jakiś cień kątem oka, cicha obecność, podniosą się drobne włoski na jej karku, Reaper w błyskawicznym odruchu zawinie się w powietrzu, otwierając z cichym sykiem błękitne Kosy, obnażając żądło grawitacyjne, lecz jeszcze nie atakując - i zanim Zuzanna się obejrzy, zanim w ogóle spojrzy za siebie, ku starożytnemu gruzowisku, mrugając - przecież się spodziewała-w ptasim trzepocie serca - przecież czekała -
- Father?
marzec-wrzesień 2002
Spis treści
Nieczułość. Z sejfów głębokich. Spojrzała ponad grobem
Detektyw samorodny. Majówka w zaświatach
O tych, co z Ludluma. Zuzanna i wszechświat
Non-disclosure physics. Życie seksualne Wektora 1
Archeologia. Miasto ma swoich heretyków. Tajemne symetrie krwi