„Tata dostał zaproszenie do «Milionerów»”, pomyślała z przestrachem. „On nie może tam jechać… Nie może!”
– Gdzie ty się szwendasz! – zawołała matka na jej widok. W jej głosie nie było wrogości, przeciwnie, matka uśmiechała się szeroko, niemal promiennie, pokazując metalową plombę w górnej trójce, prezent od kasy chorych po reformie służby zdrowia. – Wczoraj był twój narzeczony! Przyjechał zielonym samochodem!
Nie mówiłaś, że ma samochód! Jak mogłaś nie powiedzieć! Przywiózł mi kwiaty i czekoladki. Patrz, jakie eleganckie pudło. I drogie. Od razu widać, że drogie…
– Sześć smaków, jeden marcepanowy – wtrąciła podekscytowana Złotko. – Ale te z marcepanem już zjedzone.
– …i oglądał cały dom, od parteru po strych – ciągnęła Teresa bez chwili wytchnienia. – i od razu powiedział, że można tu dobudować drugie piętro. Bo on pracuje i musi dużo jeździć, powiedział, że prawie go tu nie będzie, ale chce, żeby tobie było wygodnie. I jak się ucieszył, że pomożemy wychować ci dziecko! a ja się znam na chowaniu dzieci, w końcu dwie panny już odchowałam!
Teresa chichocze, jest zarumieniona, przejęta, oczy jej błyszczą, wydaje się niemal ładna mimo tuszy. „Pieniądze… pieniądze tak na nią działają. Wierzy, że człowiek, który kupuje, jest lepszy. Ma nadzieję, że będzie miała za co kupować”, myśli Ewa.
– Ale ślub weźmiecie już po porodzie, żebyś ładnie wyglądała w ślubnej sukience – stwierdza kategorycznie matka.
– On powiedział, że kupi ci francuską sukienkę! – krzyczy Złotko. – Podobno wszyscy biorą teraz śluby we francuskich sukniach! z firmy Cymbały!
– Cymbeline, nie cymbały – poprawia ją Teresa i ciągnie bez tchu: – Nigdy nie mówiłaś, że to taki chłopak na poziomie, dobrze ubrany, z manierami… Ty nigdy nic nie mówisz, w każdym razie nie mówisz tego, co najważniejsze. A on pocałował mnie w rękę! Wyobrażasz sobie? Pocałował mnie w rękę, a ojcu powiedział, że ma nadzieję, że go polubimy. Dobrze wychowany i jaki ładny! Ty to masz szczęście!
Ewa wpatruje się w matkę, odruchowo podtrzymując brzuch rękami. „Ono, powiedz coś. Daj znak. Zrób coś. Bo inaczej sprzedam cię za święty spokój. Ono…?” Ale Ono milczy.
Złotko z namaszczeniem rozpakowuje kolejną czekoladkę i wsadza do buzi.
– Babcia umarła – bełkoce, przeżuwając słodkie nadzienie.
– Nie – mówi Ewa, czując, jak cierpnie jej skóra, a wszystkie włoski stają na baczność. – Nie. Nie mogła tego zrobić. Nie było mnie tylko jeden dzień!
– Jak to nie mogła? Była chora, to umarła. We śnie. A może nie we śnie. W każdym razie poszła wieczorem spać, a rano się nie obudziła. Każdy chciałby mieć taką śmierć – stwierdza obojętnie Teresa, przeglądając starannie zawartość pudła „Merci”. – Zostały już tylko kawowe. A ja wolę te z białą masą. Złotko, świntuch jesteś.
„Babciu… Babciu? a twoja szkoła? Czy jej głosy umarły razem z tobą? Czy w tamtym budynku jest już tylko ponury dom osamotnionych starców?”, myśli Ewa. „Dlaczego akurat wyjechałam? Dlaczego mi to zrobiłaś, nie poczekałaś dwóch dni?”
– Zostawiła ci list. Ojciec go ma. Chciałam przeczytać, ale nie dał, a rodzina to przecież rodzina i nie powinna mieć przed sobą tajemnic – oznajmia Teresa kłótliwym tonem. – Ale ty i tak wiesz, po co do niej chodziłaś, nie? Bo jak się okazuje, ona jeszcze miała forsę i wszystko ci zapisała. Cwana jesteś. Wychodziłaś to sobie. A moglibyśmy zrobić kafelki w łazience. Na szczęście teraz, jak wyjdziesz za mąż, to i kafelki będą i schody i nowa wykładzina, a nawet całe nowe piętro. Dzwoń do tego swojego Andrzeja. Teraz dzwoń. Od razu. Zostawił wizytówkę. Patrz… biznesmen… Głupi to ma szczęście w życiu!
Ewa bez słowa wychodzi na górę, a za każdym następnym stopniem goni ją głos matki:
– Jak ty nie zadzwonisz, to ja zadzwonię! Albo wezmę cię za kark i zawiozę do niego! Nie pozwolę, żebyś zmarnowała taką okazję! Zresztą, jak cię zaciążył, to musi się żenić albo płacić!
Ewa ma ochotę powiedzieć: „To nie on, mamo”, ale nic nie mówi. Matka zaczęłaby zadawać pytania i trzeba by wszystko wyznać. Wszystko. A Ewa już nie chce kłamać. Straciła tę wspaniałą, dobrą i potrzebną umiejętność. Wie, że Ono słucha jej każdego słowa, uważnie, czujnie – i doskonale odróżnia kłamstwo od prawdy.
„A kłamanie jest takie przyjemne. Teraz mogę najwyżej milczeć”, myśli z żalem. Kłamanie jest takie przyjemne: mała Ewa tylko raz w życiu miała wizytową, aksamitną sukienkę – taką, o jakiej marzą wszystkie dziewczynki, przekonane, że przeistoczy je w królewny. Dostała ją od babci Ireny na piąte urodziny. Sukienka była czarna, marszczona od pasa, z połyskliwymi guziczkami na karczku i z białym, koronkowym kołnierzem. Piękna. Jak z obrazka. I nie wolno jej było włożyć. Nigdy. Nie spodobała się babci Marii.
– Jak można dziecku kupować czarną sukienkę! Czarne to nieszczęście, to pogrzeb w rodzinie! Czarne nosi się tylko w żałobie, gdy ktoś naprawdę umrze – wydziwiała babcia Maria, zadowolona, że ma powód do upokorzenia babci Ireny.
Sukienka powędrowała do szafy. Ewa mogła ją podziwiać na wieszaku i dotykać, zachwycając się tym, jaka jest przyjemna, miękka, cudownie lśniąca.
– Babciu, umarła sąsiadka z naprzeciwka, ta gruba, co choruje na nogi – skłamała pewnego dnia. – Mogę ubrać się w sukienkę na żałobę?
Oczy babci błysnęły, zamigotały w nich ciekawość i strach.
– Umarła… Ja niedługo też umrę – powiedziała z mieszaniną żalu, strachu i dumy.
– Ale czy mogę ubrać się w sukienkę? – pytała cierpliwie mała Ewa.
Nie musiała określać, o jaką sukienkę chodzi. Sukienka była tylko jedna, właśnie ta, reszta to były zwykłe ubrania.
– Co za głupie dziecko – zaburczała babcia Maria. – To obca osoba, nie przywdziewa się żałoby po obcych.
– Przecież ją lubiłaś! Rozmawiałaś z nią! – zaprotestowała mała Ewa.
– Co z tego? Obcy to obcy – zaburczała znowu babcia.
„Więc ubiorę się w sukienkę dopiero wtedy, gdy umrze babcia Maria”, uświadomiła sobie Ewa.
– Skłamałaś! – wrzasnęła nagle babcia i trzepnęła Ewę w twarz. Jeden z policzków dziewczynki zarumienił się od uderzenia, a drugi ze złości, że kłamstwo tak szybko się wydało. – Skłamałaś! – powtórzyła triumfalnie starsza pani. – Kłamczuchy idą do piekła i smażą się tam przez resztę życia!
Obie zobaczyły przez okno grubą, kulejącą sąsiadkę, jak powoli schodzi po schodach, ostrożnie balansując nadmiarem ciała.
Babcia podniosła rękę, by uderzyć Ewę w drugi policzek. Zawsze robiła to symetrycznie, z obu stron. I boleśnie. Mała Ewa uchyliła się i krzyknęła:
– To mama! Mama mówiła, że ona umarła! Ręka babci zatrzymała się, potem cofnęła.
– O, tak, ta plotkara wszystko mogła powiedzieć – westchnęła.
„Ubiorę się w sukienkę, gdy wreszcie umrzesz”, pomyślała mściwie mała Ewa.
Od tego dnia kłamstwo było dla niej aksamitne, miękkie i cudownie lśniące. Kłamstwo było jak ta sukienka, więc mała Ewa polubiła je i instynktownie zaczęła odróżniać kłamstwo głupie, prymitywne, od wyrafinowanego, pełnego fantazji. Posługiwała się nim coraz sprawniej i z coraz większą przyjemnością. Kłamstwo upiększało kłopoty powszednich dni.
– Babcia zasłabła, leżała na podłodze, a nogi i ręce podskakiwały jej w górę i w dół, o tak… – pokazywała w szkole pani od matematyki.
Читать дальше