– Boże święty, pewnie ma padaczkę! To się nazywa „wielka choroba”. Słyszeliście o niej? Mieli ją królowie i arystokraci – mówiła pani i wszyscy zapominali o nie odrobionym zadaniu Ewy.
Jej kłamstwa stawały się coraz wymyślniejsze, obudowane opowieściami, wspierane gestem, mimiką, łzami w oczach, które efektownie spływały po twarzy. Kłamiąc, wzruszała się, czuła się lepsza i przez pewien czas wierzyła w to, co mówi.
– Babciu! Babciu…! Na jutro muszę mieć dwadzieścia złotych! Zbieramy na panią od fizyki. Wyszła wieczorem i napadli na „nią. Wyrwali torebkę, a miała tam wszystkie pieniądze. Uderzyli ją w głowę i zapomniała, jak się nazywa. Błąkała się po ulicach, ale w końcu trafiła do domu. Otworzyła gaz, bo chciała zrobić sobie herbaty i z tego wszystkiego zapomniała go zapalić. Gaz się gromadził i gromadził, a jak zapaliła zapałkę, wszystko wybuchło. Ona teraz nie ma pieniędzy, nie ma domu, nie ma ubrań, nie ma nawet ukochanego kota, bo ten kot spalił się w mieszkaniu. Nie ma nic, mieszka w szkole, sypia w pokoju nauczycielskim!
– Jezusie Maryjo… – mówiła babcia i nie czekając na Teresę, wyjmowała dwadzieścia złotych, mimo że było to dużo, bardzo dużo, za dwadzieścia złotych można było zrobić dwa obiady. Mała Ewa szła do cukierni i opychała się ciastkami z kremem, wysokimi, różowymi, z jasnym lukrem, a kłamstwo znowu było miękkie, gładkie, aksamitne, w dodatku miało wspaniały słodki smak.
Gdy babcia Maria umarła, okazało się, że Ewa wyrosła z czarnej sukienki i nie mogła jej włożyć ani na pogrzeb, ani do szkoły. Stojąc cierpliwie w kościele, a potem na cmentarzu, myślała tylko o tym i płakała. Nie mogła wybaczyć zmarłej tej zmarnowanej, najpiękniejszej sukienki swojego życia.
„Umarłaś za późno, babciu”, powtarzała sobie w czasie pogrzebu, tkwiąc między żałobnikami w granatowej, szkolnej spódnicy i pospiesznie przefarbowanym swetrze.
Sukienka została sprzedana, ale kłamstwa na zawsze pozostały aksamitne, czarne i miękkie.
Ostatnie kłamstwo dotyczyło matury. Gdyby się uparła, mogła ją zdać, ale już wtedy myślała tylko o tym, jak wyrwać się ze szkoły. W połowie roku szkolnego, gdy upewniła się, że Gruby ją przyjmie (Gruby szukał ładnych dziewczyn, wierzył, że handel wtedy „idzie lepiej”), zagadała matkę opowieścią o dobrym biznesmenie, który chce jej dać pracę, a jak będzie solidnie pracować, dostanie co kwartał premię; jeśli podwyższy wyniki sprzedaży, będzie mieć procent od zysków i dwa razy w roku podwyżkę. „On na razie ma jeden sklep, ale niedługo będzie mieć drugi, a potem całą sieć, jak «Biedronka», zobaczysz. I obiecał, że zostanę kierowniczką wszystkich ekspedientek. Jak się nie pospieszę, da posadę innej dziewczynie, a ja na pewno obleję maturę, jestem fatalna z matmy, z fizyki, z chemii, obleję maturę i zostanę na lodzie i ucieknie mi taka okazja… Przecież i tak nie pójdę na studia! Po co komu dzisiaj studia?” Teresa kiwała głową: „Po co komu dzisiaj studia? Ojciec je ma i co? i gówno”.
Teresa też kochała piękne kłamstwa, zwłaszcza te, w których brały udział pieniądze. Potrafiła godzinami opowiadać córkom, co zrobi z wygraną w totolotka, a więc kupowała wille lub rezydencje z basenami i meblowała je według projektów z kolorowych pism, zmieniała samochody, wyszukiwała egzotycznie brzmiące nazwy wysp, na które pojadą, aby odpocząć po znoju urządzania rezydencji. Złotko to kochała, wsłuchiwała się w słowa matki z wypiekami na twarzy, pilnowała co tydzień, aby matka w porę wypełniła kupony, podpowiadała szczęśliwe liczby i zasypiała, marząc o wygranej. Ale to było kłamstwo, którego Ewa nienawidziła. Nie upiększało ich życia, przeciwnie, umniejszało wartość tego, co miały. Jej kłamstwa miały odcień prawdopodobieństwa, barwę życia i wiarygodności. Piękne kłamstwo o karierze u Grubego polegało na tym, że Gruby tylko zmierzył ją wzrokiem, kazał pracować w mini, uśmiechać się klientów i z góry zastrzegł, by nie liczyła na podwyżkę, chyba że będzie koncesja na alkohol, wtedy kto wie, może dostanie stówkę więcej. Ale koncesji nie było, koncesje dostawali ci, co mieli chody w gminie, a Gruby ich nie miał; zaczął mieć je teraz, gdy Ewa odeszła.
– Nawet alkohol jest polityczny i musi należeć do partii – powiedziała Marysia, która rzeczywiście dostała podwyżkę i awans na kierowniczkę działu z alkoholem. Ba, Gruby otworzył drugi sklep i kłamstwo Ewy nabierało cech prawdopodobieństwa – w przeciwieństwie do maminego totka, wciąż pozostającego nierealną mrzonką, do której trzeba było dopłacać dwanaście złotych co tydzień.
„Jak trudno żyć bez kłamstw”, myśli Ewa. „Życie bez kłamstw jest mniej ciekawe. Ale teraz nie mogę kłamać, bo Ono słucha. Dlatego czasem milczę”.
Ewa wie, że milczenie też może być bogate, wymowne i wieloznaczne, melodyjne i pełne harmonii. Teraz, gdy matka opowiada o wizycie Andrzeja, Ewa zapada w milczenie pełne fałszywych dźwięków.
Milcząc, wchodzi po schodach (na każdym stopniu gonią ją słowa matki: „Kiedy zadzwonisz do niego?! Kiedy?!”) i zastanawia się, czy złote fauny na zielonej łące były aksamitnym kłamstwem ojca, czy prawdą jej dzieciństwa. „Prawdą”, powtarza sobie z uporem. „Fauny były prawdą i kiedyś je odnajdę”.
Odwraca się i patrzy: pokój na dole tonie w cieniu, słońce sięga już tylko pierwszego piętra, kryjąc się powoli za sąsiednimi domami. Otwarte w krzyku usta matki ukazują z tej odległości ciemną jamę gardła. Złotko zastyga z buzią wypchaną czekoladką i patrzy to na matkę, to na siostrę. Ona też chce mieć kafelki w łazience, nowe meble i dodatkowe piętro, najlepiej z balkonem. Złotko zazdrości koleżankom balkonów, nawet tych w blokach.
Pokój na dole otulony jest mrokiem, jakby to nie było wczesne lipcowe popołudnie, ale jesienny wieczór.
„Światło i cień. Chyba nie taki cień miałam znaleźć? Musi być częścią jasności, a nie jej wrogiem”, myśli, uchylając drzwi gabinetu ojca i patrząc na wirujący w słońcu kurz.
Ono obudziło się, słysząc wrzask Teresy i teraz nerwowo się porusza. Kopie. Zaciska piąstki tak, że Ewie się wydaje, iż szarpie ją za powłoki brzuszne. „Ono mówi: uciekajmy, tu jest krzyk, który boli”, myśli Ewa.
– Uspokój się – mówi do niego, ale odpowiada jej ojciec:
– Jestem spokojny. Przecież wiedziałem, że ona musi umrzeć. Przygotowałem się.
– Można się na to przygotować? – pyta Ewa.
Ojciec myśli chwilę i mówi:
– Nie.
Chodzi po pokoju, ledwo powłócząc nogami, wydaje się mniejszy i chudszy, bardziej zaniedbany.
– Zostawiła ci list. Masz.
Podaje jej małą, złożoną wpół karteczkę.
– Nie czytałem – dodaje.
– Wiem – mówi Ewa.
– Do mnie nic nie napisała – stwierdza ojciec beznamiętnie.
Ewa rozkłada karteczkę. List jest napisany na kawałku kartki wyrwanej ze zmiętego, pożółkłego zeszytu w kratkę. „Może to zeszyt z jej szkolnych czasów?”, myśli Ewa i patrzy na jasne, czytelne pismo babci Ireny. „Literki są równe, proste i każda ma na głowie kapelusz”. Pośrodku kartki jest tłusta plama, a jej brzegi są wystrzępione.
„Moja droga, moja kochana! Byłam złą matką, która odsunęła się od syna. Nie umiałam mu wybaczyć, że zawiódł moje ambicje, choć ja straciłam tylko te marne ambicje, a on utracił to, co naprawdę kochał. Byłam złą teściową, która wymyśliła sobie idealną żonę dla syna, więc nie umiała polubić tej prawdziwej, choć trzeba polubić także to, co niedoskonałe. Byłam złą babcią, zostawiłam cię, a mogłam cię tyle nauczyć. I choć wiem, że odchodzę, nie zostawię ci w spadku żadnej mądrej maksymy, jaką inni przekazują sobie z pokolenia na pokolenie, bo świat wcale nie robi się od nich lepszy. Mój spadek dla ciebie to tylko te niewielkie, głupie pieniądze. Kochanie, rozerwij z ich pomocą ogniwa tego nieudanego łańcucha i pozwól swojemu dziecku być sobą”.
Читать дальше