– O, nie… O, nie – powiedziała gwałtownie pisarka, wciskając się w fotel. Pies cicho zawarczał i podniósł łeb, a jego spojrzenie przypomniało nagle wzrok bernardyna. – Ja piszę, bo nie wiem. I czytam, bo nie wiem. Oni też nie wiedzieli. Wszyscy szukali. Ja też szukam. Być może po to przybywamy na ten świat, aby szukać. Choć najpierw musimy się tego nauczyć. Ale nie zawsze znajdujemy.
– Pani znalazła? – spytała Ewa.
Kobieta wstała, popiół z papierosa stoczył się po koszuli i spodniach na podłogę, sięgnęła po duży album leżący na komodzie i otwierając go na jednej ze stron (prawie sam już się na niej otwierał), położyła na stole. I znowu zapadła w fotel.
– Co widzisz? – spytała, zapalając drugiego papierosa, choć pierwszy jeszcze się tlił w popielniczce. Rozgniotła go mocno, aż się złamał i rozpadł na drobne strzępy – żółty tytoń i biała wata filtra.
Ewa zapatrzyła się w album. Z lewej strony ujrzała obraz siwowłosego i siwobrodego starca, który nachylał się z nożem nad bezbronnym chłopcem, drugą ręką zasłaniając mu oczy. Nad obojgiem zawisł uśmiechnięty, choć groźny anioł.
– Baranek. Baranek i Voldemort – uświadomiła sobie nagle.
– Że jak? – zdziwiła się pisarka.
– Abraham i Izaak. Ale w końcu zabili niewinnego baranka, a Izaakowi darowano życie. Moja siostra, która ma osiem lat, powiedziała, że tylko Voldemort mógł żądać śmierci chłopca lub baranka.
– Pojawia się nagle jakiś jeden, nieprzewidziany element i wszystko staje na głowie – mruknęła pisarka. – Dajmy temu spokój, nie rozstrzygniemy tego. Lepiej spójrz na obraz z prawej strony.
– Mnich – powiedziała głośno Ewa.
Mnich trzymał w ręce książkę i uważnie ją czytał.
– Światło i cień – oznajmiła pisarka niezrozumiale. Dzieliły się nawzajem swym niezrozumieniem, pełne dobrej woli. „Rozmawiamy”, uświadomiła sobie Ewa. „Naprawdę rozmawiamy. Jak Sokrates z ludźmi na rynku. Sokrates, który wciąż szukał. Szukał prawdy, bo chciał żyć w prawdzie. Ale umarł”.
Pisarka wysunęła rękę i położyła ją na reprodukcji. – To są obrazy Rembrandta. Naprawdę nazywał się van Rijn, ale uparł się, by podpisywać swoje dzieła wyłącznie imieniem. Ci, co go znali, przekazali potomnym, że był precyzyjnym rzemieślnikiem bez wyobraźni i malował jedynie to, co widział. Do namalowania obrazu Jakuba, Izaaka i anioła potrzebował modeli, nie umiał stworzyć ich z głowy. Mnich także mu pozował. Ale Rembrandt nie zasłynął jako wybitny portrecista, lecz jako człowiek, który w sposób zdumiewający umiał oddać światło i cień. Spójrz na mnicha…
Ewa patrzyła. Mnich musiał stać w pełnym, jaskrawym słońcu, gdyż cienie na jego kapturze układały się w nieregularne, gęste czarne plamy. Książka, którą trzymał w ręce, rzucała cień na jego rękawy i dłonie, lecz mała słoneczna plamka przesmyknęła się między uchylonymi kartkami i zajaśniała na skraju szaty. Pół twarzy mnicha wyłaniało się łagodnie i miękko spod kaptura, drugą połowę drapieżnie zawłaszczył cień.
– Rembrandt malował tylko rzeczywistość, nie sięgał do wyobraźni. Może jej nie miał? Za to był mistrzem w oddawaniu światła i cienia. Dziś zachwycamy się Rembrandtem, jego obrazy osiągają na aukcjach niebotyczne ceny kilkuset milionów dolarów. Kupno i sprzedaż. Zachwycamy się namalowanym światłem i cieniem. Nie umiemy zachwycić się nimi, gdy je widzimy w rzeczywistości. A przecież są. Żyjemy wśród nich, przechodzimy obok, nie zwracając uwagi. Znajdź w życiu swoje światło i swój cień, bo nie kupisz ich za żadne pieniądze – zakończyła niespodziewanie pisarka wysokim, ostrym głosem. Ewa wiedziała już, że nic więcej nie usłyszy.
Pająk bezszelestnie tkał swoją pajęczynę. Kobieta milczała i głaskała łeb psa. Jej głowa i jedno ramię tonęły w cieniu i wydawały się młodsze od ręki, leżącej na albumie. Słońce, padające z uchylonego balkonu, uwydatniło na dłoni brązowe plamy, błękitne żyły i pomarszczoną skórę. „Oba obrazy są prawdziwe. Ona z tym jasnym, ostrym, niemal młodym głosem, lecz z bezwiekową twarzą i jej stara, zmęczona ręka na stole”, pomyślała Ewa.
Wstała. Pisarka wstała również, nie skrywając westchnienia ulgi. Lecz uchylając drzwi, powiedziała jeszcze, pospiesznie i zdecydowanie:
– Człowiek to nie matematyka. Nic się w nim ze sobą nie zgadza. Dodasz dwie liczby, wyjdzie ci wynik ujemny. I na odwrót. Szukaj. Naucz się szukać. Książki nie dają odpowiedzi, nawet te najmądrzejsze, ale pomagają stawiać pytania. Wykrzycz je sama sobie, nawet gdybyś nigdy nie miała znaleźć odpowiedzi. Pytania są niezmienne, odpowiedzi często się zmieniają.
Ewa spała w pokoju wynajętym z ogłoszenia, które znalazła na słupie koło dworca. Tuż przy kłębowisku tramwajowych linii biegnących w różne strony. „Chcę mieszkać w mieście, w którym nocą jeżdżą tramwaje, nie dając ludziom spać. Wtedy przynajmniej wie się, że miasto żyje też nocą, nie tak jak nasze, które śpi nawet w dzień”, mawiała Teresa. Ale tramwaje w nocy też spały i ich metaliczny zaśpiew Ewa usłyszała dopiero koło piątej rano. „Mama boi się ciszy”, pomyślała, przewracając się z boku na bok.
Już o siódmej siedziała w autobusie, blisko kierowcy, razem z innymi zaspanymi pasażerami.
– …prawdopodobnie nad bronią biologiczną pracuje też Irak. Ale pomysłowość amerykańskich uczonych idzie w innym kierunku, na przykład nowo skonstruowana bomba wysysa tlen z najbliższej okolicy i powoduje śmierć przez uduszenie – oznajmiło radio, a kierowca uśmiechnął się do niej w lusterku:
– Czego to ludzie nie wymyślą? Cwaniaki, nie? Mieć taką bombkę i pierdolnąć w sąsiadów, to byłoby coś.
Ewa się nie odezwała.
– Ono, nasze miasto. Już je widać. Chciałabym powiedzieć ci: wracamy do domu, ale nie umiem… – zaczęła.
– Że co? – spytał kierowca, patrząc na nią w lusterku.
– Że nic – odparła.
Miasto rozpostarło się przed nimi jak delikatny rysunek na japońskim wachlarzu.
– Można je polubić – oznajmiła, ale dodała ostrożnie: – Chyba można je polubić. W każdym razie można próbować.
Spostrzegła, że porośnięte lasem wzgórza, wieże kościelne i stary ratusz toną w porannym słońcu, a dolina, gdzie był ich dom, kryje się w cieniu.
– Cień jest dowodem na to, że istnieje światło. Nie zawsze trzeba się bać cienia – powiedziała, a wzrok kierowcy w lusterku zrobił się czujny i podejrzliwy.
Wchodząc do domu, wyczuła, że coś się stało. We flakonie babci Marii, w którym zawsze tkwił zakurzony bukiecik sztucznych kwiatków (niegdyś te kwiaty oswajały fortepian, potem oddawały hołd telewizorowi), znajdowały się prawdziwe róże, bogato przybrane wstążkami. Ewa nie znosiła takich ozdób, miała uczucie, że chcą zabrać urodę kwiatom. Na stole, na samym środku, leżało wielkie pudło czekoladek („Merci, kochanie, uwierz mi…”, przypomniała sobie Ewa znaną reklamę. Czekoladki w telewizji wyglądały wytwornie, a modelka rozkwitała na ich widok, stając się jeszcze piękniejsza). Ewa wydobyła z pamięci ich cenę, z czasów gdy pracowała u Grubego: „sześćdziesiąt pięć złotych. I nikt ich nie kupował, bo za tyle forsy można by dostać porządne buty”. W ich domu nigdy nie było przedmiotów reklamowanych w telewizji, poza tanim proszkiem do prania, „tańszym niż wszystkie proszki”, który zbijał się w pralce w twardą, nierozpuszczalną kulę (Teresa zazwyczaj brała nóż i rozbijała kulę trzonkiem, mamrocząc pod nosem przekleństwa). Pudło na stole było otwarte i do połowy wyjedzone.
Читать дальше