Milczał, więc uznała, że się zastanawia: „…bo on nie wie, co zrobić z tą kobietą. Ta kobieta w nim jest samotna i pełna rozpaczy”.
– Kiedyś cię odwiedzę, jeśli zechcesz. Gdy Ono już się urodzi – obiecała, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Jeśli jeszcze tu będę. Jednak mi pomogłaś. Skoro podjąłem decyzję, że wyjadę stąd dla ciebie, to teraz łatwiej mi będzie naprawdę odejść. Może nawet zrobię to, o czym marzę: pojadę do Londynu lub Berlina.
– Dlaczego tam? – spytała. Pomyślała o wielkim mieście, gdzie mówią bez przerwy, głośno i w obcym języku i zmartwiła się.
– Bo tylko tam tacy jak ja nie boją się żyć. Mają swoje organizacje, knajpy, a nawet swoje święta. Telewizja pokazuje ich tak, jak się pokazuje pałac Buckingham czy Bramę Brandenburską. Oni są szczęśliwi. Wiem, bo raz się wyrwałem do Berlina na dwa dni.
– To jedź – zachęciła go, choć nie wierzyła w to szczęście z telewizyjnego ekranu.
– Jeżeli kiedyś dostaniesz z zagranicy zdjęcie pięknej seksownej kobiety, której nie będziesz znać, to będę ja.
Usłyszała w jego głosie śmiech i smutną kpinę z samego siebie.
– Dobrze. Czekam na to zdjęcie. Do widzenia – odparła i szybko odłożyła słuchawkę.
Do domu wróciły właśnie Teresa ze Złotkiem, objuczone siatkami.
– Pomóż wypakować! – zawołała radośnie matka. – Kupiłyśmy cztery pizze, kotlety, szynkę, a nawet mrożony tort i zrobimy sobie ucztę przed telewizorem! Bo on nam zostawił trochę pieniędzy, mówiłam ci?
– Nie – powiedziała sztywno Ewa.
– A ja mam gumę do żucia i trzy nowe pokemony – pochwaliła się Złotko.
– Mamo… – powiedziała Ewa.
Teresa ładowała pudła z pizzą do oszronionej zamrażarki. Szron pofałdował się, pogarbił i usiłował wypełznąć na zewnątrz.
– Jak jej nie rozmrozisz, to przestanie chłodzić.
– Kupimy nową lodówkę, taką, co się sama rozmraża – odparła entuzjastycznie Teresa.
– I kuchenkę mikrofalową! – zawołała Złotko.
– Zmywarkę do naczyń – uzupełniła radośnie Teresa.
– Mamo… – zaczęła znowu.
– Oglądałyśmy ze Złotkiem suknie ślubne w tym sklepiku przy rynku, ale mówię ci, co za prowincja! Suknię kupimy w dużym mieście.
– Mama powiedziała tej pani, że żadna suknia nam się nie podoba – oświadczyła Złotko z nowo doświadczonym rodzajem zadowolenia.
„Więc tak to wygląda”, pomyślała Ewa. „Jeszcze nie masz forsy, tylko nadzieję, a już pokazujesz innym, że jesteś lepsza. Przeliczasz siebie na kasę”.
– Mamo… nic z tego – powiedziała głośno i wyraźnie.
Teresa w przypływie energii wyrzucała zwiędnięte i nadpleśniałe warzywa z pojemnika na dnie lodówki.
– Wszystko się zmieści, trzeba tylko coś wyrzucić.
– Mamo, mówię, że nic z tego.
– A co? Nie chcesz pizzy? Wolisz kotlety?
– Mamo, nie będzie ślubu.
Teresa energicznie przestawiała w lodówce garnki z wczorajszym obiadem.
– Jasne, że teraz go nie będzie. Przecież mówiłam, że nie teraz. On też chce dopiero wtedy, gdy urodzisz.
Jak byś wyglądała w kościele z takim brzuchem? w żadną suknię się nie zmieścisz!
– Mamo, w ogóle nie będzie żadnego ślubu.
– Nie! Nie zrobisz mi tego! Ja mam być druhną!.- zawołała Złotko, a Teresa pozostała, zgięta wpół przy lodówce, jakby rażona piorunem. Po czym wyprostowała się gwałtownie, uderzając głową o kant wiszącej powyżej półki.
– O czym ty mówisz, Ewa? – spytała, rozcierając czoło.
– Przyłóż nóż, bo będzie śliwa – powiedziała córka, przypominając sobie stare porady babci Marii. „Przyłóż sobie nóż, to nie będzie siniaka. Posyp solą oparzenie, nie będzie bolało. Daj trochę moczu na język i pleśniawki znikną. Wypij duszkiem wodę i czkawka przejdzie…”
– Co ty powiedziałaś przed chwilą? – spytała Teresa, wciąż trąc czoło. Miejsce po uderzeniu stawało się czerwone.
– Powiedziała, że nie będzie żadnego ślubu – oznajmiła Złotko zdziwiona i wystraszona. – Więc nie kupimy telewizora z dużym ekranem? Ani nowych mebli?
– Ewa, o czym ty mówisz? – powtórzyła pytanie Teresa.
– Nie będzie ślubu.
– A dziecko? Dziecko musi mieć ojca.
– Nie musi. I to nie on jest ojcem, mamo. Nie on.
– To kto? – pyta Teresa cichym, zdławionym szeptem, ale ten szept już wymyka się spod kontroli, frunie przez kuchnię, huczy i wiruje w całym domu. „Ona jest jak huragan, jak trąba powietrzna, trzeba uciekać, bo mnie wessie i zadusi”, myśli Ewa, łapiąc się za brzuch.
Ono gwałtownie fika koziołki. „Chce się czymś zająć, byle nas nie słyszeć”. W domu na chwilę zalega cisza, ale jest to cisza jak w oku cyklonu. Złotko i Ewa wstrzymują oddech, a w Teresie wzbiera wściekłość, żywiąca się jej zawiedzionymi nadziejami.
– Ja cię zabiję! Zabiję! Albo siebie zabiję! – drze się nagle. – Tyle życia ci człowiek poświęcił i wszystko po to, abyś nam się w ten sposób odwdzięczyła!? To z iloma spałaś, ty kurwo?!
Złotko zaczyna płakać. Z jej buzi wypływa ślina, zmieszana z gumą do żucia i ścieka po brodzie.
– Nie mów tak… Nie mów tak… To przecież Ewa, nasza Ewa – powtarza, szarpiąc matkę za suknię.
Przez ich krzyki przebija ostry dźwięk dzwonka.
– Listonosz. Przyszedł listonosz – mówi Ewa nie-swoim głosem.
Teresa odsuwa ją gwałtownym ruchem i podbiega do drzwi. Ta koperta ma firmowy nadruk Telewizji i przez chwilę nikt nie myśli o Ewie. „O Boże, tylko nie to… Ile nacięć ma kajzerka? Kim była druga kochanka Chopina? Ile impulsów za darmo ofiaruje ci Era GSM? Jaki kolor ma piąta woda po kisielu?”
– „Milionerzy”… Na pewno „Milionerzy” – mówi Teresa zdyszanym głosem, miętosząc gwałtownie przesyłkę.
– Czytaj! Czytaj! – prosi niecierpliwie Złotko.
– On wygra i… i mamy w dupie, z kim nasza córka się skurwiła! – kończy Teresa triumfalnie, rozrywając kopertę. – Informujemy, że… informujemy… że… Nie rozumiem. Złotko, czytaj ty…
– …że jest pan zarejestrowany jako kandydat do teleturnieju „Milionerzy” pod numerem porządkowym 45 467.
– To niemożliwe – szepcze Teresa. – Niemożliwe. Nie ma aż tylu ludzi. Nie może być aż tylu ludzi, którzy wszystko wiedzą. Nie. To nieprawda.
– Jeszcze nie braliśmy tej liczby na matmie. To strasznie dużo, prawda? – pyta Złotko dziecinnie, ale nikt jej nie odpowiada. Milczenie pulsuje, nabrzmiewa, wszystkie marzenia i nadzieje przewracają się w jednej chwili, jak kostki domina.
„Niech ktoś coś powie, niech ktoś się rozpłacze, będzie lżej”, myśli Ewa i z ulgą dostrzega łzy w oczach matki.
– Dlaczego wszystko naraz spada na człowieka? i przywala go. I zabija… Moja mama wciąż powtarzała, że nieszczęścia chodzą stadami – szlocha Teresa.
Nieszczęścia chodzą stadami:
Maria wkracza do domu z dużą szmacianą torbą i z hukiem zamyka drzwi.
– Daj, pomogę – mówi Teresa.
– W czym? Pusta torba. No bo co jest teraz w sklepach? Tylko ocet. Żeby choć margaryna. Kawa. Cukier. A tu nic. A jak nie ma cukru, to zawsze potem jest wojna. No i mamy wojnę – oznajmia Maria i stawia na stole dwie butelki octu.
– Po co ci ocet? – mówi Teresa.
– Latem zrobi się grzybki. Dobrze, że jeszcze są te zeszłoroczne. Zjecie chleb z grzybkami. No i na co komu potrzebna była ta „Solidarność”?
– No bo wolność… – bąka Teresa.
– Po co komu wolność, jak nie ma co do garnka włożyć? – mówi gniewnie Maria. – Co jest ważniejsze? Rusz tym kurzym móżdżkiem i pomyśl. Jak nic nie można kupić, to zaczyna się koniec świata. Już się zaczął. A ten twój też… Idiota. Jak go puścili na te koncerty do Pragi, to zamiast kupić cukru za granicą, on wraca z butami dla ciebie. I buty za ciasne! Kobieta w ciąży musi jeść, a tu wszędzie tylko ocet. Za moich czasów dziewczęta go piły, żeby się pozbyć ciąży.
Читать дальше