– Może napijesz się coca-coli? – spytał mężczyzna, wychodząc przed bar.
– Nie chcę, żeby Ono piło coca-colę – wyjaśniła z powagą. – Może wody?
– Dobra coca-cola, z lodówki. Pierwsze słyszę, żeby kobieta w ciąży nie mogła jej pić. Coca-cola jest zdrowa. Przecież piszą w reklamach. Moja stara piła w ciąży piwo i dobrze jej robiło. Dziecko urodziło się wesołe. Bardziej niż coca-cola zaszkodzą ci te spaliny z autostrady. Nawet ja się od nich duszę, zwłaszcza w upale, choć już przywykłem. A w ogóle to na kogo tu czekasz?
W jego pytaniu nie było szczególnego zainteresowania, pytał raczej dla porządku niż z ciekawości. Wymieniła nazwisko, ale on tylko wzruszył ramionami.
– Rozpoznaję ich po imionach, przezwiskach i tirach – powiedział. – Niekiedy po dniach tygodnia – dorzucił po namyśle.
– Wtorki. Wojtek. Ciemnowłosy, ma chyba… chyba dwadzieścia pięć lat? Jeździ z Rosji do Niemiec. Tir żółty, kabina z czarnym paskiem, w środku dzwoneczki wiatrowe.
– Te patyki na sznurkach to dzwoneczki? – zdziwił się. – Zawsze zastanawiam się, co to jest, ale zapominam go o to spytać. To on cię tak urządził?
– Nie wiem – odparła szczerze, a mężczyzna dopiero teraz zaciekawił się:
– Więc można tego nie wiedzieć?
– Można.
Spojrzał na nią podejrzliwie.
– No to jak to się stało? Przecież nie z ducha świętego? – zaśmiał się krótko i bez złośliwości.
– Zwyczajnie – odpowiada Ewa i myśli: „Przecież ci nie powiem, jak. Tego się nie mówi. To był gwałt. Zwyczajny gwałt”.
Zwyczajny gwałt:
…no, zwyczajny gwałt. Są ich setki. Tysiące. Nikt o nich nie mówi, czasem ktoś napisze, ale bez nazwisk, a nawet bez imion. W gwałcie jest coś wstydliwego, głównie dla ofiar. Gwałcone istoty – dzieci obojga płci, nieletnie i nieletni, dziewczyny, chłopcy, kobiety samotne i mężatki, a nawet staruszki – milczą. Zamykają to wspomnienie na klucz, klucz wrzucają do rzeki czasu, modląc się, by nigdy już na niego nie natrafić, nawet przez przypadek. Te nieliczne, które odważą się o tym głośno powiedzieć, są osaczane przez dziesiątki agresywnych pytań, zadawanych przez rodziców, krewnych, przyjaciół, sąsiadów, policję, sędziów, prokuratorów, adwokatów, dziennikarzy. „Sprowokowałaś go czymś. Czym? Miałaś za krótką spódniczkę? Gołe ramiona? Przykrótki podkoszulek? Za duży dekolt? Pochyliłaś się i zobaczył twoje piersi? Założyłaś nogę na nogę i widział twoje udo? Podniosłaś ręce i ujrzał twój brzuch? Nie? Nie?! NIE?!!! No to uśmiechnęłaś się do niego i powiedziałaś coś, na przykład «dzień dobry»…”
– Zwyczajnie – powtarza Ewa i uśmiecha się. – Ale ja od niego nic nie chcę, chcę tylko go o coś spytać.
I za chwilę był. Mężczyzna nawet nie musiał wskazywać jej tego tira, bo Ono już kopnęło ją z całej siły.
– Cicho bądź – powiedziała Ewa. – Ja wiem. Dała mu czas, by wysiadł z tej wielkiej, wysoko umieszczonej kabiny i przez chwilę słyszała ciche granie dzwoneczków, zanim zmusił je do milczenia, zatrzaskując drzwi. Pozwoliła, by się przeciągnął, poprawił spodnie, wsunął w nie podkoszulek i szeroko ziewnął. Ziewnięcie zamieniło się w życzliwy uśmiech na widok znajomego mężczyzny, potem obojętnym wzrokiem przemknął po niej i ruszył w stronę baru.
– Pić i jeść. Wiesz, co lubię – powiedział mężczyźnie, wciąż nie zwracając na nią uwagi.
„Nie poznaje mnie”, pomyślała. „Właściwie to mu się nie dziwię”.
Poszła za nim, usiadła przy jednym ze stolików i patrzyła, jak je. „Może ostatni raz je tak spokojnie? Mogę mu to dać w prezencie, ten ostatni spokojny posiłek”, pomyślała, a Ono znowu ją kopnęło.
„Mnie, gdy jem, mama zawsze mówi: Wam to dobrze. Bo wy myślicie, że to takie proste ugotować obiad… – i żarcie staje mi w gardle”.
Wam to jest dobrze:
makaron jest rozgotowany i kleisty. Sos pomidorowy z torebki: biały proszek Knorra i dwie łyżki przecieru. Za dużo soli, za mało cukru. Złotko, ojciec i Ewa żują ten obiad jak gumę, z której wyssano cały smak, została tylko miękka, zamulająca usta masa. Ojciec wbił wzrok w obrus. Chciałby patrzeć w gazetę, ale Teresa nie pozwala czytać przy jedzeniu. „W moim domu nikt nie będzie czytać przy stole. Matka mnie uczyła, co wypada, a co nie wypada i ja was też nauczę”, powtarza. Ewa przyrzeka sobie w duchu, że gdy już będzie na swoim (co to jest „na swoim?”, zastanawia się), to jedząc coś, co lubi, zawsze będzie czytać. Dwie przyjemności naraz. Potrawa, od której w ustach i w przełyku robi się miękko i miło – i książka, od której mózg robi się ciepły, a to ciepło promieniuje na całe ciało, na zimne stopy i dłonie. „Na swoim zawsze będę czytać przy jedzeniu”, decyduje, odkładając tę decyzję na nieokreślony czas.
…więc żują ten kleisty rozgotowany makaron w rytm słów Teresy:
– Wam to jest dobrze… Jedno pójdzie do szkoły i wróci, całe zadowolone, drugie odsiedzi swoje na poczcie, a trzecie pobiega sobie, udając, że pracuje. A ja? Czy wy myślicie, że taki makaron to spada na ten stół z nieba? Przecież ktoś musi zrobić zakupy, przydźwigać je w siatach do domu, czując, jak trzeszczy mu kręgosłup, a ręce bolą w stawach, ktoś musi to wszystko wstawić do szafek i lodówki, ktoś musi postawić garnki na piecyku, nalać wody, wsypać soli, wrzucić makaron, dopilnować, by nie wykipiał ani się nie przypalił, ktoś musi pomyśleć, co dodać do tego makaronu, żebyście go łaskawie zjedli, na przykład zrobić sos, mieszając go bez przerwy, żeby nie przywarł do gara i podać to wszystko ciepłe na stół. A wy tylko siądziecie, weźmiecie widelce i zjecie wszystko w pięć minut, choć ja nad tym stałam całą godzinę lub nawet dwie. Wam to jest dobrze, chciałabym mieć takie życie jak wasze.
„Wam to jest dobrze” towarzyszy jako stały dodatek do każdego posiłku – jak innym czerwone lub białe wino. „Jak już będę na swoim, zawsze będę milczeć, gdy ktoś będzie jadł, żeby mu nie rosło w ustach, nie stawało w gardle, nie zsuwało się opornie po ściankach przewodu pokarmowego, czepiając się ich, chcąc zawrócić”, przyrzeka sobie Ewa za każdym razem.
– To jest niedobre – mówi Złotko, która jeszcze wciąż ma przywilej powiedzenia głośno, co chce, choćby po to, aby matka mogła odpowiedzieć: „Jedz, inaczej nigdy nie urośniesz”. Małej Ewie powtarzała to babcia Maria, ale babcia gotowała lepiej. „W przeciwieństwie do mamy, która nie lubi chyba niczego, co robi, poza słuchaniem Presleya”, myśli Ewa, a makaron zbija się jej w żołądku w wielką kleistą kulę.
Jadł w sposób pobudzający apetyt, bez zachłanności, ale ze smakiem. Zapłacił, wstał i znowu się przeciągnął. Wtedy podniosła się. Mężczyzna za barem pokręcił głową, jakby mówiąc: „Nie tutaj. Tutaj musi być cicho i miło, bo on płaci także za pewność, że nic nie zakłóci mu odpoczynku”. Kiwnęła głową, że rozumie i wyszła. Wiedziała, że on też zaraz wyjdzie.
Wyszedł. Dopiero teraz mu się przyjrzała. Nigdy nie widziała go w świetle dziennym, jedynie w sztucznych światłach stroboskopów i czerwonej poświacie, bijącej od baru w dyskotece. Już wiedziała, skąd wzięło się skojarzenie z Johnnym Deppem. Miał urodę równie pochmurną jak tamten.
„Czy ja go nienawidzę?”, zamyśliła się, patrząc jak wolnym krokiem zmierza w stronę parkingu. „Nie, jeszcze nie, przecież go nie znam”.
– To ja – powiedziała, stając za jego plecami, gdy otwierał drzwi kabiny.
Читать дальше