– Jezuici, Admirał i Święty Mikołaj.
Kościół popiera kulturę, admirałowi spodobałam się na zdjęciu, a rada miasta sypnęła groszem w zamian za występ właściciela agencji w roli Świętego Mikołaja dla Domu Dziecka.
Świat jest psychiczny, właściciel – były aktor, który teraz będzie objeżdżał ze mną aule i biblioteki w roli konferansjera, kilka lat temu zagrał Konferansjera z Kabaretu metafizycznego, wystawianego w bydgoskim teatrze.
Kamienna Góra, hotel z widokiem na plażę. Południowa strona Bałtyku. Zabawnie być po drugiej stronie. Nie pachnie morzem. Fale jakieś uładzone, lekko skłębione, małe niby pudelki przy nodze.
Wywiad w gdańskim radiu. Łżę na pytanie, czy w pisanej właśnie książce będzie coś o dziecku. Za często mówię prawdę, to grzech. Gadanie do mikrofonu w szczelnym studiu jest gadaniem do siebie. Pani, obsługująca aparaturę, nie może się nadziwić, że jestem normalna. Powinnam mieć cyce na wierzchu, perukę, pazury wampa i pizdę obszytą brokatem.
Odwołano spotkanie na uniwersytecie. Byli pisarze przede mną, będą zaproszeni później, ale na spotkanie z Gretkowską szef katedry literatury nie wyraził zgody.
– Studenci powinni studiować, nie chodzić na spotkania – zdecydował.
Jasne, jestem słynnym hydraulikiem – elektrykiem i oczekują mnie na wydziale medycznym.
Pogadanka w gdyńskiej bibliotece. Nagle podskakuje mi ręka, wsparta na brzuchu. Nikt nie zauważył tego celnego wykopu Poli.
W przerwie między spotkaniami szukam sklepu telefonicznego. Dostaję najprostszy aparat na kartę. Cieszę się nim jak grzechotką. Nie umiem odebrać poczty, nadać SMS – a. Minuta rozmowy ze Szwecją cztery złote, oralna rozpusta.
Wieczorem podpisywanie w sopockiej księgarni przy molo. Nie spodziewałam się tylu sensownych ludzi. Podchodzą, mówiąc, co im się najbardziej podobało: te najtrudniejsze, najlepsze kawałki. Zupełny za – skok, ktoś to czyta i rozumie? Próbuję dopasować „ulubioną książkę” do twarzy, klapa. Panienka uwielbia Światowidza, a typowałam ją na Tarota… Starszy pan bez żenady dziękuje za erotyczne opowiadanie Namiętnik.
Tuż przed zamknięciem księgarni przychodzi trzydziestoparoletni brunet w porządnym urzędniczym płaszczu z teczką.
– Skądś pana znam…
– Rysiu Gretkowski.
Musi być rodzina. Skóra ściągnięta z mojego ojca, ten sam sposób mówienia. Nieślubny syn? Brazyliada.
– Nasi dziadkowie byli kuzynami – wylicza pokrewieństwo, majątki.
Zgadza się. Wpatruję się w niego jak w genetyczny sen. Jest bardziej podobny do mojego ojca niż jego rodzony wnuczek. Gesty, akcent. Czy to może być wrodzone? Poplątane nitki DNA, obłażące garnitur chromosomów. Nie do wyczyszczenia i w sto lat. Rysiu zostawia wizytówkę. Dyrektor czegoś tam w Tczewie.
Połcia, twój pierwszy poznany wujek, pokrewieństwo sprzed dwóch stuleci. Nasi skuzynieni dziadkowie urodzili się pod koniec dziewiętnastego wieku, walczyli pod Verdun. Spotkanie z Rysiem to znak: Polka, jesteś dziedzicznie obciążona Gretkowskimi.
Grzechotka się zepsuła – oddaję telefon i dostaję nowy. Dzwonię natychmiast do producenta Dam. Jest na planie, oddzwonią. Nie oddzwonili, klasa. Potem się dowiem, że ze względu na moje zdrowie – rozmowy przez komórkę szkodzą kobietom w ciąży. Miała być dżentelmeńska umowa – wzajemne zaufanie. Straciłam chyba miesiąc z życiorysu, pisząc Damy. Jestem zła na siebie, przecież znam tę branżę. Artystyczni gangsterzy.
Bezwiednie najęłam się do cyrku – podpisywanie książek w centrum handlowym Klif. Sanie, sztuczny śnieg, Mikołaj i skrzypaczki. Pani Czubówna zrobiła tu furorę i jeszcze jakiś estradowiec. Chwała Bogu, dzisiaj nikt nie przyszedł. Cudowna klęska. Chowam się do księgarni, kupuję książki o hodowli niemowląt. Konferansjer załamany.
– Może powinnam się przebrać za renifera? – chyba go nie pocieszę.
Agencja artystyczna to biznes, powinno się zarabiać. Z uroczą żoną Konferansjera, oboistką z filharmonii, jemy tiramisu, spoglądając na puste podium, gdzie miałam być świąteczną atrakcją.
Do spotkania w wojskowej bibliotece (admirał) i sopockim domu kultury zarobiliśmy trochę czasu. Konferansjer oprowadza mnie po zapleczu Klifa. Wynajęcie tutaj metra kwadratowego jest droższe od pensji ekspedientek. W magazynie agencja artystyczna przechowuje rekwizyty do występów i nagłośnienie. Kilkumetrowy kostium smoka z nakładaną głową w różowe loczki, cała smocza rodzinka. Zaczynam powoli rozumieć. Jestem rodzajem pluszowej smoczycy, uprzyjemniającej świąteczne zakupy. Czemu nie, w takim kostiumie mogę podpisywać książki, z własną twarzą nie wyjdę na podium i nie zaśpiewam kolędy.
Marzę o głowie smoczycy na resztę wieczoru.
W Sopocie zapchana sala, siedzę z mikrofonem i jestem bardzo ważna. Powoli zdejmuję zielony łeb smoka. Wychylam normalną twarz. Sympatyczni ludzie.
Z inteligentną ostrożnością w oczach. Albo to pomorskie, albo schemat spotkań autorskich: po lewej stronie entuzjaści, po prawej zawsze znajdzie się frustrat. Wyrzucam za drzwi fotografów. Prywatne zdjęcia – proszę bardzo, mogę się upozować na misia, smoka. Za fotki agencyjne dziękuję, nie. Nie będę firmowała debilnych podpisów w gazetach.
– Czemu wycofała pani nazwisko z awangardowego filmu, który będzie poza konkursem na festiwalu w Berlinie?
– Scenariusz pisały cztery osoby, nigdy się nie spotkaliśmy. Łącznikiem był reżyser. Po kilku latach takiej współpracy zobaczyłam film. Mój kawałek nie był mój. I tyle.
– Co pani sądzi o współczesnej krytyce?
– W skrócie? Szkółka niedzielna: Tokarczuk piątka, Gretkowska za drzwi, Stasiuk, nie rozrabiaj… Goerke – w tym momencie wchodzi Natasza Goerke. Światy równoległe? Wciągam ją na krzesło koło mnie. Jest tak delikatna i wrażliwa, że przezroczysta. Rozwieje się w tłumie.
– Zostań – proszę – zaraz koniec.
Od paru godzin jest w Gdańsku, przypadkowo umówiła się w tutejszej knajpce. Oczywiście w zamieszaniu Natasza znika. Zostawia kartkę z internetowym adresem. Bucik Kopciuszka. Nie mam Internetu, mam komórkę. Świetnie się uzupełniamy.
Ośmiogodzinna jazda pociągiem z Gdańska do Łodzi. Podróż w przeszłość. Albo mróz i oszronione siedzenia, albo skwar spieczonych grzejników. Koło Aleksandrowa przechodzą korytarzem młodziankowie.
– Te, żarowa – wyśmiewają mój brzuch. Odzwyczaiłam się od chamstwa. Matka Boska Królową Polski, reszta to brzemienne dziwki.
W Kutnie wsiada elegancki starszy pan. Przynosi z Warsu piwo, częstuje sokiem. Wyjmuje z portfela zdjęcie rodzinne: portret wilczura.
– Kocham zwierzęta. Żona, dzieci… wie pani, oni sobie poradzą, a zwierzęta bezbronne. Daję na schroniska kilkanaście tysięcy… Biedni potrzebują, wiem… ale zwierzęta bezbronne.
Opowiada swoje życie: zagryzły go ludzkie zwierzęta.
Zaśnieżona Łódź. „Uć”, jak zaczynają już mówić przez dworcowe megafony i w łódzkim radiu. Za kilkanaście lat będzie pociąg do Oci. O ile nie zostanie stara pisownia „Udź”, a stąd komplikacje ortograficzne, przy których będą się upierać profesorowie, dbający o czystość języka.
Betonowe dziesięciopiętrowce. Nad nami, na ósmym piętrze, sąsiadka hoduje w łazience kury. Na balkonie podlewa plastikowe kwiatki nawozem.
U nas w łazience zwisa ze sznurów ministrancka komża Siostrzeńca. Białe ubranko niewyrośniętego księdza. Lniany pancerzyk ni to owada, ni to anioła. Obok suszą się moje koronkowe majtki. Przy śnieżnobiałej komży każda dziurka ich koronki jest haftowana perwersją.
Читать дальше