Ołówek na chwilę zawisnął niezdecydowanie nad serwetką. Jeśli jestem tym młodym człowiekiem zapatrzonym w generalski płaszcz, musiało mi się teraz przypomnieć, że nie chciała mnie wypuścić. Szlochając, wczepiła się w mankiet, a kiedy się szarpnąłem, omal go nie urwała. Potrzeba jej było jednego trzeźwiącego uderzenia w policzek, potem od razu się uspokoiła. Po namyśle mógł bez ryzyka założyć, że jest akurat odpowiednio głupia i wystarczająco pokorna, żeby już więcej nie robić zamieszania: stary wyga poradzi sobie z nią bez trudu. Skrót p.1 oznaczał zapewne pierwsze piętro, choć mogła to być także wskazówka, żeby lotnicy zachodzili tam po jednym, inaczej mówiąc, żeby w żadnym razie nie pchali się wszyscy naraz pod siódemkę. A więc major po generale, po nim kapitan, a młody adiutant, porucznik, na końcu. Komendant schował ołówek, podniósł na generała uczciwe stalowoszare spojrzenie i wstając, oddał mu serwetkę do rąk własnych.
Wtedy to nagle dostrzegł za oknem tuzin głodnych oczu, śledzących każdy jego ruch. Stłoczona tam widownia nie zadowoliła się obserwowaniem go, kiedy przejedzony do niemożliwości, ukradkiem tłumiąc czkanie, rysował na serwetce. Chciałaby raczej, żeby zamiast mazać po serwetkach, jadł dalej. Niecierpliwie oczekiwała widoku następnych dań, bo tymi, które już wcześniej zobaczyła, nie mogła się nasycić. Życzyłaby sobie kolejnych apetycznych kąsków podnoszonych na widelcu, żeby móc znowu pożerać je wzrokiem, póki nie znikną w różowych ustach, pod akuratnie przystrzyżonym jasnym wąsem. Lekkie uderzenie dłonią w szybę oględnie wyraziło irytację komendanta, lecz nie spłoszyło tej zgrai, na odwrót, odpowiedziała strojeniem min, bezczelnym chichotem. Nie było komu zapędzić jej z powrotem za żelazną linię torów.
Gdyby dowódca gwardii miał buty na nogach, mógłby natychmiast wybiec i sam zrobić z nią porządek. Wystarczyłoby, jak sądził, złapać za kołnierz jednego i trochę skopać po łydkach, a śmiech z miejsca umilknie i nie odezwie się więcej. Tymczasem generał i major zdążyli już dostać z powrotem swoje oficerki, wypastowane na wysoki połysk, już i kapitan szykuje się, żeby wciągnąć buty na nogi, a porucznik będzie następny w kolejności. Jeśli jestem dowódcą gwardii, żądam moich butów! Natychmiast! Lecz buty tymczasem stoją w pakamerze przy szatni, za butami generalskiego adiutanta, ostatnie w kolejce do czyszczenia. Kelner nie ośmieliłby się ich przynieść tak jak stały, brudnych i śmierdzących, woli się kajać płaczliwie i w kółko przepraszać. Tak mijają chwile, a widownia za oknem, rada z bezsilności komendanta, dręczy go przedrzeźnianiem jego gestów, dla kawału wygrażając pięściami. W odpowiedzi na przekleństwa, które miota komendant, docierają z zaplecza ledwie słyszalne, uspokajające pomruki. Komendant zaczyna więc walić w szybę raz po raz, jeszcze moment, a otrzeźwiłby go znany mu dobrze brzęk tłuczonego szkła. I dzieci uciekły. Pochowały się po podwórkach, po strychach, nie wiadomo gdzie, jeśli jestem komendantem, mogę za to wszystko podziękować moim ludziom, którzy, jak widać, rozeszli się po domach, ledwie przełożony zniknął im z oczu – bo oto, nie do wiary, im także zachciało się obiadu.
Kelner, postać najnędzniejszego pokroju, zbyt mało tu znaczy, żeby móc się wypłacić komendantowi za obrazę, którą na niego ściągnął. Za tę żałosną chwilę, gdy pozostawił go w samych skarpetkach wobec bezczelnej zgrai, czyniąc z niego pośmiewisko. I przez to upragniony obiad z oficerami poszedł na marne. Wobec takiej winy żadna zasługa już się nie liczyła. Pełne podziwu i wdzięczności pytanie, gdzie kelner zdobył golonkę oraz jakim cudem zdążył ją zamarynować i upiec, nigdy nie padnie. Jeśli cokolwiek mogło tu zostać naprawione, to tylko w ten sposób, że siłą zmusi się kelnera, żeby wziął całą śmieszność na siebie, utopi się go w śmieszności, pogrąży w niej bez miłosierdzia i raz na zawsze. Kiedy więc buty zostaną wreszcie przyniesione, komendant chwyci je za cholewy i będzie nimi przez dłuższą chwilę okładał tę postać, z przerażenia sepleniącą jeszcze bardziej niż zwykle, póki obrazy nie zmyje krew. Popłynie z rozciętego łuku brwiowego na czarny frak, na biały gors. Lotnicy wolą udawać, że grają w bilard, odwróceni plecami, niż patrzeć na tę scenę, zanadto, jak dla nich, koszarową. Bile stukają bez przekonania i chybiają celu. Znajdzie się dla komendanta łaskawy gest, ale nie wcześniej, niż kiedy już wciągnie buty na nogi, bo wtedy dopiero poczują, że wreszcie koniec, i odetchną z ulgą. Ich podziękowania brzmią raczej zdawkowo wobec troskliwej opieki, wobec szczerej gościnności, wobec zaskakującej wspaniałości obiadu. Rezerwa, z jaką lotnicy podają komendantowi rękę, jest dla niego szczególnie przykra, choć z drugiej strony rozumie, że nie powinien chować urazy.
Niestety, wszystko poszło mu na opak, i nic dziwnego, że posmutniał. Rzuciwszy jeszcze jedno tęskne spojrzenie w głąb szatni, na płaszcz z dystynkcjami, który o tyle lepiej regulowałby jego stosunki ze światem niż własna marynarka, dowódca gwardii rusza do swoich spraw i nie zauważa, że buty nadal śmierdzą. Pozostało mu jedno jedyne wyjście, ostatnia deska ratunku – musiał teraz pozbierać swoich podwładnych, ustawić w dwuszereg i pierwszego z brzegu czym prędzej wywołać do karnego raportu. Powracający z domów gwardziści gromadzili się na szkolnym dziedzińcu. Nakarmieni przez matki zupą i kotletem, nie mieli nic na swoje usprawiedliwienie. Tym bardziej że po obiedzie zaledwie połowa wróciła pod rozkazy. A reszta co? Matki zatrzymały ich w domach, kazały odrabiać lekcje? Jeśli zaczną słuchać matek, to zdezerterują w końcu wszyscy. Tego się obawiał. Na razie jednak stali karnie w przykrótkim dwuszeregu na dziedzińcu gimnazjum, podczas gdy on miotał się przed frontem swego oddziału tam i z powrotem, rozwścieczony na tych, których już nie mógł dosięgnąć. Im dłużej zaś szalał, tym gniew się stawał większy. A kiedy wrzeszczał do utraty tchu, znaczące pauzy przychodziły same. Dlatego naśladowanie ostrego tonu radiowego przemówienia nie wymagało zgoła żadnych starań. Ale kadencje zdań zagłuszała taneczna muzyka. To fokstroty płynęły z kawiarni, gdzie nastawiono już na cały regulator gramofon z wielką tubą.
Wczesnym popołudniem kredowo-gipsowe odłamki, pozostałe po incydencie, który w swoim czasie przerwał rozdawanie bułek, były już wyzbierane i ktoś zdążył zrobić z nich użytek. Pierwszy z bazgrołów szpecących mury pojawił się na frontonie kina. Był to znak zapytania z prowokacyjnie wygiętym brzuszkiem, wyzuty z jakiegokolwiek kontekstu. Skoro nie było wiadomo, do czego konkretnie się odnosi, podawał w wątpliwość wszystko bez wyjątku, razem z firankami w oknach, ozdobnymi balustradkami, z powszechnie uznawaną zasadą, że paznokcie muszą być czyste, razem z powagą życia, które się wokół toczyło. Przez swoją aluzyjność znak zapytania stawał się wulgarny i obraźliwy sam w sobie. Korzystając z nieograniczonego dostępu do szkolnych zasobów kredy, gwardziści na rozkaz czym prędzej go zasmarowali. Od tej pory przez dłuższy czas mieli pełne ręce roboty, bo znaki zapytania pieniły się to tu, to tam. Nikogo jednak nie zdołano złapać na gorącym uczynku. Na samej fasadzie urzędu okręgowego kłuły w oczy przynajmniej ze cztery, w tym jeden pod nieszczęśliwie uszkodzonym godłem, wyszczerzony szyderczo. Pod siódemką widniały dwa, większy i mniejszy, złączone w jedną, jawnie obsceniczną figurę. Dzieci z sierocińca, które wszędzie wtykały nosy, wolałyby pewnie napisać jasno i wprost, że oto, na przykład, pod siódmym numerem panna z kawalerem. Ale to za dużo liter. Znak zapytania łatwiej nagryzmolić w pośpiechu, gdy nogi gotowe są w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Wystawiony na widok publiczny, od razu nabierze wspólnej treści, aluzyjnej w najogólniejszym sensie. Gwardziści biegali z miejsca na miejsce, od stóp do głów usmarowani kredą, póki ostatni pytajnik nie zniknął. Póki wszystkie kamienice stojące przy placu nie pokryły się w przyziemiu wysypką wiele mówiących plam, które nikomu nie dadzą już zapomnieć, że wszystko tu można postawić pod znakiem zapytania.
Читать дальше