Mama przyjechała do nas, na ostatnie święta w starym składzie, jak sama to określiła.
Wigilię przegadałam z Marcinem. Sylwestra przespałam przed telewizorem. Pola bawiła się na trzyosobowym piżamowym balu sylwestrowym z koleżankami ze szkoły muzycznej. Wróciła i od progu oświadczyła:
Nigdzie nie wyjeżdżam. To głupota.
Być może – powiedziałam – ale klamka już zapadła.
Totalna głupota – oznajmiło moje dziecko i powędrowało do swojego pokoju.
Tydzień po sylwestrze, po milionie maili i tysiącu telefonów, pojechałam z Elką do Warszawy oglądać mieszkania do wynajęcia. Miałam duszę na ramieniu, pamiętając klitki, w jakich gnieździły się niegdyś moje koleżanki z polonistyki, które nie dostały akademika (też niezłej nory, przynajmniej wtedy).
Szwagier Elki w pięć minut rozprawił się z moimi obawami.
– Nie te czasy, Dasza – uciął, zdmuchując pyłek z biurka wielkości lotniskowca. – Mieszkania na wynajem to teraz biznes dla zupełnie innych ludzi. Pewnie, że można trafić jakieś przybytki rodem z lat osiemdziesiątych, ale my w agencji takich w ogóle nie przyjmujemy do obrotu. Ludzie nakupowali nowiutkich mieszkań, jak była, pamiętacie, ta ulga podatkowa na lokale do wynajęcia. Tyle ich naraz weszło na rynek, że standard musiał podskoczyć. No i klientela się zmieniła. Tak jak ten twój, no, partner. Facet, co przyjeżdża tu ze Stanów do pracy w międzynarodowej firmie, nie będzie zaczynał od malowania i szorowania sracza.
To prawda, nie będzie. Marcin, który chodził już na rzęsach, odliczając dni swojego trzymiesięcznego wymówienia, spełniał się w tym, co najbardziej lubił, czyli w planowaniu. Określił ze szczegółami, czego, jego zdaniem, powinnam szukać. Bardzo mnie to bawiło i żartowałam z niego niezbyt delikatnie, ale tylko do chwili, kiedy dzięki tym do śmieszności ścisłym danym, nie ruszając się z Olsztyna, odrzuciłam trzy czwarte ofert. Przyjechałam właściwie na pewniaka.
Obejrzałam cztery mieszkania. Wszystkie były przestronne, jasne, miały w pełni urządzone i wyposażone kuchnie i łazienki, przy których moja własna wyglądała jak strup. Nie mogłam się zdecydować aż do chwili, kiedy wdrapałam się na trzecie piętro do ostatniego, piątego mieszkania.
Właściwie prosiło się o malowanie. Kuchnia nie była nawet w połowie tak nowoczesna jak w tych poprzednich. Ale miało dwa poziomy, solidne, choć podniszczone, sosnowe schody, okna z widokiem na brzozowy zagajnik i dziesięciometrowy balkon, a przede wszystkim obszerną garderobę na górze i zamykany schowek pod schodami na dole. Koniec z łażeniem do piwnicy! Koniec z upychaniem rzeczy po szafach!
Byłoby idealne dla nas – szepnęła Elka, wchodząc do sypialni z oknami w ukośnym dachu.
Ty już masz idealne mieszkanie – przypomniałam. – Ja biorę to.
Nie lepsze byłoby tamto z windą? – oprzytomniała Elka.
Ale przy samej ulicy.
No wiesz, najpierw ciąża, potem wózek i maluch.
Elka, tu jest ciszej niż u mnie na Orłowicza. Dwa kroki do metra. Przez łączkę. Figa oszaleje tu ze szczęścia. A ten balkon…
Masz rację. Ja też bym brała.
Właściciel zgodził się na malowanie. Zlecił je na mój koszt swojej ekipie remontowej, a to, co zrobili, stanowiło dowód, że zaufane ekipy naprawdę – jeszcze lub już – istnieją. Podpisałam umowę od lutego. Na pół roku. Zgodnie z instrukcjami z Kalifornii.
Dwa dni później stanęłam w drzwiach gabinetu dyrektora mojego teatru. Nie był to ten sam szef, który swego czasu wypróbowywał na mnie nowatorskie koncepcje pedagogiczne i socjotechniczne. Ten był młodym technokratą, który tylko złośliwym zrządzeniem losu trafił do teatru lalek. Międzynarodowa sława – może bardziej w byłych demoludach, ale zawsze. Jego przeznaczeniem był prawdziwy show – biznes, kukiełki go denerwowały, jak nam to od czasu do czasu powtarzał. Lalki w jego teatrze pojawiały się coraz rzadziej. Taka awangarda z kompleksami. Rozmawiałam z nim rzadko i krótko, bo też i nie za bardzo było o czym. Ta rozmowa też była krótka.
Panie dyrektorze, chciałabym wziąć bezpłatny urlop. Od lutego. Roczny.
A co się niby stało? – łypnął na mnie mało życzliwie.
Z powodów osobistych.
To niemożliwe.
Ale…
Bez ale, niemożliwe, powiedziałem.
Jeśli tak… w takim razie – zająknęłam się nieco.
Tak?
W takim razie muszę zrezygnować z pracy.
Wymawia mi pani przed świętami?
Zostanę do końca grudnia.
– Proszę natychmiast stąd wyjść – wycedził – bo powiem pani coś naprawdę nieprzyjemnego!
Myślałby kto, że jestem jego perłą w koronie!
Wyszłam. Ale tylko do sekretariatu. Poprosiłam o kartkę i długopis. Napisałam na kolanie wymówienie – drżącą ręką, z błędami ortograficznymi – i zostawiłam je na biurku sekretarki. Po południu odebrałam papier już z podpisem. I z podkreślonymi błędami!
Pracowałam do połowy stycznia, dalej poszłam na zwolnienie. Czułego pożegnania nie było.
Pod koniec miesiąca Pola wyjechała na ferie, ja pakowałam nasz dom i organizowałam przeprowadzkę. Wahałam się, co zrobić z mieszkaniem, byłam już nawet o krok od wynajęcia. W końcu wystraszyły mnie roszczenia ewentualnych kandydatów. Byli to niby znajomi bliskich znajomych, ale oczekiwali ode mnie niemalże dożywotnich zobowiązań. No i chcieli z jakichś powodów się zameldować. Na stałe. W życiu!
Po namyśle zdecydowałam się sprzedać, nie natychmiast, nie na siłę, ale przy pierwszej korzystnej okazji. Namówiona, a właściwie przymuszona przez Marcina, który twierdził, że tak właśnie się to robi, nie kombinowałam, tylko zgłosiłam mieszkanie do dużej agencji nieruchomości. Wyjeżdżając, zostawiłam im klucze i konieczne upoważnienia. Po trzech tygodniach znaleźli kupca. Rozwiedzionego księgowego po pięćdziesiątce, którego żona zostawiła dla dwudziestoparoletniego ratownika na basenie.
Agencja wszystko wie. Ciekawe, co powiedzieli kupcowi o mnie. Co ja bym o sobie powiedziała?
Wynajęłam firmę przeprowadzkową, która zniosła cały mój dobytek z czwartego piętra, przewiozła mnie, rzeczy i psa do Warszawy, a następnie wniosła wszystko na trzecie piętro. Mieli w ofercie także rozpakowywanie i ustawianie, włącznie z kwiatkami i bibelotami, ale to wolałam powolutku zrobić sama. Bez przesady z tą pomocą.
Malowanie odmieniło i odmłodziło mieszkanie. Kremowe ściany odbijały zimowe światło wpadające z trzech stron. Okna wychodziły na drzewa i niezabudowaną jeszcze przestrzeń.
Byłam w euforii. Nareszcie nikt nie będzie mi zaglądał w okna. Nareszcie nie będę zmuszona podziwiać tych arcydzieł gorseciarstwa, w jakich uparcie paradowała sąsiadka z mieszkania naprzeciwko. No i jej męża, który chodził bez gaci i był z tego dumny. A nie było z czego.
Moje sfatygowane olsztyńskie meble ginęły w czterech pokojach. Figa ze swoim legowiskiem w pysku wędrowała z góry na dół, nie mogąc się zdecydować. Mama dzwoniła codziennie rano, Elka codziennie po południu, Marcin codziennie wieczorem. Wszyscy zadawali mnóstwo pytań o sklepy, pralnie, przychodnie i całą okolicę, ale przez pierwszy tydzień udało mi się dojść tylko do sklepu spożywczego po drugiej stronie ulicy.
Chciałam pod koc, z herbatą. Przeczekać.
To co zwykle. Paraliż.
Nie tylko Dasza czuła się sparaliżowana. Kiedy w końcu uświadomiłem sobie, że naprawdę jadę do Polski, że znowu mam bilet w jedną stronę, że nie wrócę zaraz do Kalifornii, bo to tam, w Polsce jest od teraz moje nowe życie, dotarło do mnie, że nic z tej polskiej rzeczywistości nie rozumiem. Nic nie wiem. Co innego tam bywać, co innego znowu zamieszkać na stałe.
Читать дальше