– To jeszcze książeczkę wojskową poproszę – mówi urzędniczka.
– Nie mam. Książeczkę też mi zabrali na Bema.
– No, to trzeba iść do WKU na Lipową. Bez książeczki nie możemy.
Jak trzeba, to trzeba. Idę. Ja mogę.
Dzień dobry, chciałbym odzyskać książeczkę wojskową. – Znowu patrzą na mnie jak na wariata. Jeszcze niegroźnego.
Nie trzeba było gubić – mówi urzędnik czy wojskowy, nie wiem, jakoś dziwnie ubrany, w swetrze z brązową czy czarną plakietką „Poleszuk L.”. To teraz noszą takie mundury? Jaki on ma stopień? Z kim ja w ogóle gadam?
– Nie zgubiłem, sami zabraliście.
– Słucham?
– Jak emigrowałem. W osiemdziesiątym ósmym roku. Cisza. Widać pamiętał tamte czasy.
Uuuu, chyba niedobrze, pomyślałem, bo spojrzenie w okienku stało się dużo uważniejsze.
A jaka to była kategoria?
E – rzuciłem, mimowolnie poprawiając okulary.
Dowód osobisty, proszę. Westchnąłem.
Nie mam dowodu.
Jak to? Bez dowodu się nie da.
– Żeby dostać nowy dowód, muszę przedstawić książeczkę wojskową. A wy nie chcecie mi jej wydać, bo nie mam dowodu – wyrecytowałem. – To co ja mam zrobić?
Rozstrzygnięcie zajęło im jakieś czterdzieści minut. Wyglądało na to, że nie ma procedury na taką okoliczność. Mało wraca takich frajerów jak ja, czy co? Całe szczęście, że dostałem tę kategorię ze względu na wzrok – żeby nie wiem jak bardzo chcieli, nie nadawałem się do strzelania. Teraz też się nie nadaję. A próbowałem. Słowo honoru.
W końcu dali mi papier z pieczęciami, że nie podlegam, nie nadaję się, jestem taki sobie, i że nie muszę mieć książeczki wojskowej, by żyć.
Jednak jestem felerny. Potwierdzone urzędowo.
Jakbym nie wiedział.
Wróciłem do biura dowodów. Ożywczy spacer pozwolił mi obejrzeć wystawy księgarń (muszę tu wrócić), sklepów z biżuterią (no, z brylantem dla Daszy to się może jeszcze wstrzymam), ubraniami (jestem jednak łachmaniarzem), o, i sklepu z gadżetami erotycznymi w dawnej Składnicy Harcerskiej (dziękuję, na razie nie potrzebuję). Postałem refleksyjnie w krótkiej kolejce (znak czasu). Znowu obejrzeli podejrzliwie najpierw mnie, potem papier, gdzieś chodzili, dzwonili, patrzyli uważnie, coś szeptali – dać mi, nie dać. W końcu dali – kartkę, z którą miałem zgłosić się po odbiór nowego dowodu. Za dwa tygodnie. Osobiście. Na nieśmiałą prośbę o przesłanie go pocztą zostałem pouczony, że takich rzeczy poczcie się nie powierza. Należy osobiście i jeszcze trzeba się podpisać dokładnie tak jak na wniosku. Żebym o tym pamiętał.
Zapamiętałem. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem sobie: po jaką cholerę wróciłem? Przecież tu się nic nie zmieniło!
Oczywiście byłem głęboko niesprawiedliwy. Schody do urzędu były marmurowe, na biurkach stały komputery, koronowany orzeł toczył dumnym wzrokiem po sali.
Tylko herbata w szklance taka sama. Z łyżeczką. Na sztorc…
Dwa tygodnie później przyjechaliśmy z Daszą do Białegostoku odebrać mój dowód i w celach towarzyskich. Nasz wspólny kolega szkolny, Gryckiewicz, zaprosił kogo się da na wielkie oblewanie swojego nowego domu. Uznaliśmy, że to dla nas szansa, żeby odnowić dawne kontakty już w nowej konfiguracji, że tak powiem, uczuciowej. Długo się nie zastanawialiśmy. Pola z pieśnią na ustach pojechała na weekend do ojca, innych przeszkód nie było.
Mieliśmy trochę kłopotów z odnalezieniem domu Gryckiewicza w plątaninie świeżo wytyczonych i tylko symbolicznie utwardzonych uliczek na wyrastającym dopiero osiedlu domów przy drodze wyjazdowej na Supraśl i Krynki. Po sześciu nerwowych telefonach dotarliśmy jednak po wertepach sprzed stu lat do rezydencji o rozmiarach iście kalifornijskich. Trochę nas zatkało. Mnie najbardziej.
W środku nadal milczeliśmy nabożnie, bo okazało się, że wszystko, co można zrobić w trzystumetrowym domu, nasz kolega zrobił, nie wiem, ze dwa razy.
Nie, nie mam nic przeciwko domom perfekcyjnie wykończonym pod dyktando architekta wnętrz. Dopóki nikt nie każe mi w takim zamieszkać. Zdziwiłem się tylko, że komuś chce się wywalać aż takie pieniądze na wnętrze, które tak czy tak będzie mu służyć do dość prozaicznych czynności. Oczywiście można brać kąpiel cztery razy dziennie, za każdym razem w innej łazience i z innym programem biczowania wodnego, ale ja bym chyba jednak wolał za te pieniądze pojechać w podróż dookoła świata. Nie wiedziałem też, że można ekspres do kawy wbudować w ścianę obok industrialnej lodówki, dosyć przydatnej, na przykład, w prosektorium.
Poczułem się maluczki. Dotarło do mnie, że tu jednak zaszła zmiana.
A i tak nie miał sracza z podmywaniem i suszeniem, którego, hm, doświadczyłem w Japonii.
Impreza snuła się leniwie, bo dwadzieścia zaproszonych osób większość czasu spędzało na wzajemnym poszukiwaniu się po zakamarkach domu. Wino z Kalifornii, jakby na moją cześć. Niezłe. Dasza narzekała na spuchnięte nogi, więc zakotwiczyliśmy się w salonie o rozmiarach iście gotyckich i przytulnym jak Malbork w środku zimy. Ledwie usadziłem ją w gigantycznym skórzanym fotelu koloru jajecznicy, do salonu wpadł siwiuteńki, senatorsko brodaty, spowity w czernie facet, rzucił się na kolana i zaczął ściskać i całować Daszę jak cudem odnalezioną córkę czy siostrę.
– Tylko na was czekałem! – wołał pośród cmoków i uścisków, a echo odbijało jego baryton od katedralnych marmurów. – Pięknie wyglądasz, pięknie!
Przez chwilę musiałem mieć głupią minę, bo zerwał się z kolan i krzyknął:
– A tobie co, amerykański sen o potędze pamięć nadpsuł?
Skąd wiedział? Prześwietlił mnie na wskroś.
W końcu skojarzyłem, kto to taki i dałem się wyściskać jak pluszak.
To był Falkowski, miejscowy poeta i krytyk literacki, który dwadzieścia lat temu, jako młody, ale już uznany twórca, opiekował się mną i Maziukiem, wówczas aktywnym narybkiem młodopoetyckim. Parę razy pobiłem go nawet w konkursach poetyckich. Maziuk go potem przebił i zgasł tak samo gwałtownie. A Falkowski trwał na fali takiej i owakiej. Wierny sobie i swoim ideałom. Ideał. Jakże ja mu zazdrościłem tej pewności siebie, asertywności poetycko – życiowej.
Maziuk go unikał. Dasza z kolei znała go z niezliczonych konkursów poezji śpiewanej, które Falkowski zaszczycał jako juror, a ona jako wschodząca gwiazda wokalistyki. Podobno była nawet u niego na konsultacjach przed egzaminem do szkoły teatralnej. Nie wiem, czy dlatego, że był poetą, czy dlatego, że większość jego zachowań mieściła się w konwencji teatru jednego aktora z ADHD.
Przyglądałem mu się nieco zawistnie, bo, no cóż, ja byłem specjalistą od zabezpieczania firm, a on nadal poetą. Rozmawiał z nami jakieś pół godziny o polityce, kościele, podatkach, dramacie, lalkach, Ameryce (wiedział więcej niż ja i był pewien, gdzie skrywa się Osama – na Białorusi) niemal jak członek rodziny, czuły wuj, troskliwy ojciec, po czym oznajmił:
– Wiecie, wydaję swój tomik.
– Wspaniale – odezwałem się, z trudem przełykając kolejną falę zawiści. – A w jakim wydawnictwie?
Podał nazwę, która mi nic nie mówiła, ale nie musiała, w końcu długo mnie tu nie było.
Cieszę się. Naprawdę. Gratuluję – mruknąłem.
No tak, tak – powiedział – ale wiesz, oni wydadzą, jak się za to zapłaci.
OK. A ile to kosztuje? – zapytałem naiwnie.
– Straszne pieniądze! – zawołał, wyrzucając ręce do nieba.
– Ale słuchaj, może chciałbyś zostać współwydawcą? Wiesz, napiszemy, że to dzięki twojej hojnej pomocy. Może nawet na okładce?
Читать дальше