Przez chwilę nie rozumiałem, o co mu chodzi, ale kiedy w końcu do mnie dotarło, poczułem się tak, jakby mi napluł w gębę. O żeż ty, pomyślałem, wygrywałem z tobą w konkursach, a ty do mnie jak do wuja Sama z walizką dolarów?
– Nie, nie chciałbym być współwydawcą. Ani wydawcą. Przykro mi – dodałem szybko.
Dlaczego? – zapytał szczerze zdziwiony.
Po prostu nie chcę – odpowiedziałem już spokojnie.
Dzięki ci, Helen, za lata treningu, pomyślałem, bo to moja była żona nauczyła mnie odmawiać bez usprawiedliwiania się ani tłumaczeń.
Falkowski klepnął mnie w ramię przyjacielsko. Ktoś nowy wszedł do salonu, więc pomachał do niego i zaczął się z nami żegnać. Znowu wycałował się z Daszą.
Piękna jak zawsze! – westchnął i już miał odchodzić, ale zatrzymał się jeszcze i zapytał: – Ale, wybacz, jak ty właściwie masz na imię? Bo zapomniałem.
Da – a – a – sza – wyjąkała z rzadką miną.
Pięknie! – skwitował, ściskając mi dłoń.
To spotkanie powiedziało mi więcej o tym, jak mnie teraz widzą, niż milknące na nasz widok rozmowy i szepty po kątach.
Dziwnie się czułem, ale trudno, nieważne. Wróciłem, bo chciałem być z Daszą, a nie, żeby szukać wczorajszego dnia.
Zacząłem pracę. To był szok, przecież nigdy dotąd nie pracowałem w Polsce! No, chyba że jako wychowawca na kolonii przez jeden turnus. Dalej już sobie darowałem, bo ganiając kopcących podrostków (wtedy to były tylko papierosy), sam się tak rozpaliłem, że potem kilka lat rzucałem.
Zatrudnili mnie na stanowisku o stopień niżej od partnera. Zacząłem od wypełnienia sterty papierów, z których połowy nie rozumiałem. W poprzedniej pracy na tym samym stanowisku miałem swój własny gabinet z drzwiami i „używalnością” sekretarki. Tutaj dostałem miejsce przy stole we wspólnej sali.
Ludzie na kupie, brak prywatności, ale za to wszyscy dzień w dzień pod krawatem – czułem się zupełnie jak w kwaterze głównej FBI. Do tego bizantyjsko – brytyjskie umiłowanie hierarchii, a w tym wszystkim odwieczni ex – pats nie mówiący po polsku i ci, którzy uważają, że się już nauczyli, traktowani jak mroczne bóstwa na szczytach szczytów. Feudalizm w czystej postaci. I wielkie pieniądze.
Zajmowałem się tym samym co w Kalifornii – bezpieczeństwem sieci komputerowych i baz danych, szacowaniem stopnia ich zagrożenia, budowaniem systemów i procedur zabezpieczających.
Większość naszych klientów stanowiły banki i sklepy internetowe w Europie. W Polsce takie usługi dopiero raczkowały, a ich właściciele liczyli na cud albo na swoich genialnych panów Ziutków, Mańków i innych, którzy przeczytają parę książek, stron w internecie i coś wymyślą za półdarmo.
Ludzie słuchali o hakerach, wirusach i programach szpiegujących niemal z taką samą obojętnością, z jaką słucha się o katastrofach ekologicznych w Ameryce Południowej – przykra sprawa, ale nas nie dotyczy. Kto by nas atakował? Panie, co pan? Tutaj? Dopiero kiedy zaczynaliśmy rozmowę, w której krok po kroku pokazywałem, co się stanie – bo ja już wiedziałem, że atak na niezabezpieczoną sieć, taką jak ich, jest tylko kwestią czasu – łapali się za głowę. Nie musiałem nawet wspominać o demonicznym Osamie.
Po takiej rozmowie musieli ocenić, czy taniej jest nic nie robić i tracić klientów, płacić odszkodowania lub pokrywać straty, czy jednak lepiej wydać grube pieniądze na system zabezpieczający, a najpierw też niemałe na audyt, czyli opis obecnej sytuacji i czyhających niebezpieczeństw oraz propozycje, co można zrobić, żeby im zaradzić.
Na ogół zwyciężał niezastąpiony pan Ziutek albo Maniek, bo nasze usługi były dość drogie jak na polskie warunki. A kryzys dotarł już i tutaj. Zgłaszały się do nas jednak duże spółki giełdowe i wielkie państwowe firmy, których zarządy po pierwsze dysponowały większym budżetem, a po drugie potrzebowały nie tyle gwarantowanej jakości usług, ile papieru z certyfikatem firmy o światowej renomie – na wszelki wypadek. I mimo kryzysu.
Sam tego chciałem. Zaczęło się.
Przede wszystkim jednak zaczęło się testowanie i docieranie z Polą.
Początkowo wszyscy bardzo się staraliśmy. W praktyce oznaczało to, że Dasza zachowywała się normalnie, a my z Polą schodziliśmy sobie z drogi i omijaliśmy się tak szerokim łukiem, żeby w żadnym razie o siebie nie zahaczyć. Kiedy nie dało się już uniknąć „zahaczenia”, zachowywaliśmy się tak uprzejmie i ceremonialnie, że czasami dopiero Dasza musiała nam przerwać wzajemne rewerencje i przypomnieć, o co właściwie chodziło. Długo to trwało, bo oboje mieliśmy dużo dobrych chęci. Naprawdę.
Pola poszła do gimnazjum na Ursynowie i z marszu wsiąkła w swoją nową klasę. Bardzo nas to ucieszyło. Zdawaliśmy sobie z Daszą sprawę, że mogło być jej ciężko, bo przesadziliśmy dziewczynę jak pietruszkę, i to bez znieczulenia.
Tymczasem Pola ze swoją gitarą, oczytaniem, ortodoksyjnym wegetarianizmem i długimi sukienkami z konopi trafiła w dziesiątkę. Miała sporo szczęścia. Na pierwszej lekcji z nową (dla całej klasy) polonistką okazało się, że jako jedyna wie, kim był Stachura i w dodatku zna jego wiersze. Równie dobrze mogło jej to wyjść bokiem, ale z jakiegoś powodu nowe stado uznało to za niegroźny element jej ekscentrycznego wizerunku.
Wpadała ze szkoły pędem, niemal zawsze w towarzystwie dwóch nowych koleżanek, niejakiej Laszuk (niedużej i biuściastej brunetki) i Doti (całkiem OK, muszę bezwstydnie przyznać), brała psa i wybiegała na wielogodzinne spacery. Pies, wiadomo, świadek idealny, żeby nie wiem co, pary z pyska nie puści.
Wieczorami urzędowała w swoim pokoju na górze. Zaanektowała laptop matki i stanowczo twierdziła, że jest jej potrzebny do odrabiania lekcji. Ja na to nic. Bo co? Mój?
– Tu jest inaczej, mamo – tłumaczyła Daszy. – Tu się lekcje odrabia z Internetem, nikt nie lata po bibliotekach.
W porządku. Szkoda.
Z tygodnia na tydzień wracała ze szkoły coraz później, pies wracał z wielogodzinnych spacerów, podpierając się ogonem, a z laptopa na okrągło rozlegał się sygnał zgłoszeniowy kolejnych rozmówców z Gadu – Gadu, para – bum – para – bam. Lekcje odrabiały się same. Zajęcia w sekcji gitarowej w domu kultury okazały się zbyt nudne, by je kontynuować. Tyle dobrego, że z jej pokoju nadal rozbrzmiewał nostalgiczny głos Cohena na przemian ze schrypniętym Tomem Waitsem.
Aż wreszcie pewnego miłego popołudnia Pola oświadczyła:
W piątek idę na imprezę.
Fajnie. Do kogo? – zapytała Dasza.
Mamo, tu się nie łazi po domówkach. Idziemy z Doti do klubu.
Słucham? – Dasza przerwała czesanie psa i spojrzała na córkę z osłupieniem.
No, do klubu, na koncert – wyjaśniła Pola, ale już rzuciła mi złe spojrzenie, bo nie ruszyłem się z miejsca, a ona nie mogła pogadać z matką w cztery oczy.
Co tu się teraz zdarzy? Czy mam prawo coś powiedzieć? To przecież nie jest moje dziecko.
Coś ci się pomyliło, dziewczynko – odezwała się Dasza spokojnie. – Jesteś jeszcze za młoda na imprezy w klubach.
Mamo, o czym ty mówisz? Wszyscy chodzą – Pola zerwała się i z kieszeni spodni wyciągnęła dwa świstki. – Proszę bardzo, to jest wejściówka, kupiłam za swoje, a to musisz podpisać.
Muszę? – mruknęła Dasza.
Pokaż – nie wytrzymałem. – Proszę.
Dasza bez słowa podała mi wąski papierek: „Wyrażam zgodę na udział syna/córki w zamkniętej imprezie w klubie Candy Bar. Przyjmuję również do wiadomości, że podczas imprezy sprzedawany będzie alkohol. Candy Bar nie ponosi odpowiedzialności… „.
Читать дальше