Gdzieś w okolicach Islandii zapragnąłem, tak po cichu, porwać samolot, zawrócić, cokolwiek. Bałem się. Bałem się jak jasna cholera.
Wysiadłem z samolotu ciężko przestraszony.
Było strasznie zimno, padał mokry śnieg, który oblepiał okulary i wpadał do nosa. Nic nie widziałem. Czułem się samotny i bezdomny.
Co ja najlepszego robię? W co ja się pakuję? Co ja wiem o Daszy?
W moim biznesie nie ufa się nikomu, tylko temu, co się zobaczyło w logach komputerowych, zapisach z kamer, co wyszło w „rozmowach” z podejrzanymi. Ostatnio w jednej z firm okazało się, że najwięcej kradł (co z tego, że po kilka centów, ale na milionach transakcji) jej szef od bezpieczeństwa baz i danych.
I jak tu ufać?
Szedłem z samolotu do autobusu. Dlaczego samolot nie mógł przykołować do rękawa? Bo mu nie było pisane. Zaczynałem się uczyć mojej odzyskanej rzeczywistości.
A jeśli oni wszyscy tylko czyhają na pieniądze, których nie mam? Jak mi się ułoży z Polą? Nie pała do mnie nawet udawaną sympatią. I ten jej ojciec, którego nie chciałbym spotkać. Jak ja sobie tam poradzę?
Dobrze, że Pola za lat kilka się wyprowadzi i ułoży sobie życie na własny rachunek. Jak moje dziecko będzie miało osiemnaście lat, to ja ile będę miał? Złom! Próchno!
Myślałem, że się rozpłaczę.
Dasza wyszła po mnie na lotnisko. Pierwszy raz ktoś po mnie wyszedł! Chciałem to poczuć jakoś specjalnie i nie wychodziło. W taksówce złapaliśmy się nieco histerycznie za ręce i trzymaliśmy się tak przez całą drogę do domu, zupełnie jak po przylocie Daszy do Kalifornii.
Cieszyłem się, że jestem z nią, ale strach przed tym, co dalej, był chyba większy.
Mieszkanie na Ursynowie nie podobało mi się, ale nawet się na ten temat nie zająknąłem – ostatecznie przyjechałem na gotowe, byłoby świństwem wyskakiwać z krytyką. Trzecie piętro bez windy, w sytuacji gdy można było przebierać w ofertach, wydawało mi się pomysłem, delikatnie mówiąc, nieprzemyślanym.
Nie podobał mi się Ursynów, ani ten stary, wielkopłytowy, ani ten nowy, ściśnięty i wyniesiony ku niebu zupełnie jak tutejsze ceny. Śmieszyły mnie ekskluzywne ponoć Kabaty, gdzie opętani deweloperzy pobudowali bunkry z widokiem na inne bunkry, a równie opętani ludzie zadłużali się do końca życia, byleby w nich zamieszkać. Jedyne, co mi odpowiadało, to bezpośredni dojazd metrem do pracy i względna bliskość lasu. Będzie gdzie uciekać.
Nic to, myślałem, urodzi się dziecko, będziemy się zastanawiać, co dalej. Najważniejsze, że się urodzi – ta myśl nadal mnie uskrzydlała, choć to już był czwarty miesiąc. Uskrzydlała i przerażała. Gdzie by się miało urodzić? Jaki szpital znaleźć? Czy mogę tu komukolwiek zaufać?
Pola wróciła z ferii do nowego domu. Odwiózł ją ojciec. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem go z bliska. Prawdziwego Artystę.
Był trochę niższy ode mnie, ale bardziej nabity w policzkach, podobny do chomika, z bródką jak u Koziołka Matołka, w obcisłych ciemnopurpurowych spodniach. Te spodnie najbardziej mnie zaskoczyły. Może prosto z przedstawienia? Tak czy tak, Dasza miała bardzo osobliwy gust. A może nadal ma? To by wiele tłumaczyło.
Trześniewski zachowywał się przedziwnie. Wstawił córkę w drzwi, odmawiając przestąpienia nawet progu mieszkania. Gdyby mógł, podałby mi rękę przez chusteczkę albo w ogóle nie podał, ale dziecko patrzyło. Bardzo uważnie. Więc w końcu uścisnął mi dłoń, ale z taką miną jakby nie wiem kogo dotykał. Zadżumionego. Trędowatego.
Pola bez słowa zlustrowała mieszkanie, w końcu stanęła w progu swojego pokoju na poddaszu.
– No, w porządku – rzuciła, a Dasza uśmiechnęła się, jakby spłynęła na nią ostateczna łaska.
W porządku, pomyślałem, ale nieco przedwcześnie, bo schodząc ze schodów, usłyszałem, że Pola dzwoni do ojca. Pewnie tylko co zszedł na dół. Coś tam mu entuzjastycznie opowiadała, a ja uświadomiłem sobie, że były mąż Daszy ma w naszym domu swojego człowieka.
Moje rojenia o odcięciu się od przeszłości i budowaniu wszystkiego na nowo były właśnie tym – rojeniami. Wprawdzie wiążąc się z Daszą, wiedziałem, że wiążę się też z jej córką, ale myśl, że oznacza to również długoletni związek z Grzegorzem Trześniewskim, była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Pierwszy z wielu.
Następnego ranka Pola zjawiła się na śniadaniu w piżamie z kolorowym napisem na piersi: „Barbie does it with open eyes”, czy jakoś tak. Z wrażenia zakrztusiłem się herbatą.
– Mamo, gdzie termometr? – jęknęła na powitanie.
Dasza bez słowa wyjęła termometr z szuflady – niesamowite, jak szybko zapanowała nad wszystkim. Gdybym to ja się przeprowadził z innego miasta dwa tygodnie temu, zapewne głośno klnąc, włożyłbym buty i poszedł do apteki po termometr, bo nie wierzę, że cokolwiek byłbym w stanie znaleźć.
Pola włożyła termometr pod pachę i zasiadła przed telewizorem.
Źle się czuje? – zapytałem cicho.
Nie, dlaczego? – zdziwiła się Dasza. Dopiero widząc moją minę, dodała: – To normalne. Od siedmiu lat nie chorowała, nie miała nawet kataru, bardzo by chciała, ale nie. Potrafi codziennie mierzyć temperaturę albo narzekać, że coś ją bierze.
Może tym razem bierze?
Nie. To tylko nerwy przed nową szkołą.
Jak tak, to tak. Już po tygodniu się przyzwyczaiłem. A termometr odkładała zawsze na swoje miejsce. Nie było do czego się przyczepić.
– Czy ty wiesz, co ona ma napisane na piżamie? – zapytałem Daszę po paru dniach. Miałem nadzieję, że nie wie.
– Wiem. Że Barbie skacze ze spadochronem z otwartymi oczami. Na plecach jest narysowany spadochron – wyjaśniła spokojnie. – To jest piżama jeszcze z czasów, kiedy moja córka twierdziła, że tak naprawdę nazywa się Barbie Trześniewska.
Mogłem mieć tylko nadzieję, że to odległe czasy.
Zacząłem pielgrzymkę po urzędach. Jej celem było uczynienie mnie na powrót pełnoprawnym, a raczej zarejestrowanym gdzie się da, obywatelem. Przede wszystkim musiałem pojechać do Białegostoku, żeby odzyskać dowód osobisty. Bez dowodu mnie nie ma. Tak to miałem zakodowane od lat. Wybrałem się pociągiem pospiesznym. Koło Małkini poczułem, że zaczynam naprawdę wracać do Polski. Byłem jedynym niepalącym w przedziale dla niepalących. Uczyłem się.
Prosto z dworca pojechałem do biura ewidencji na Warszawskiej.
– Dzień dobry, chcę odebrać swój dowód – powiedziałem urzędniczce za szybą.
– Jak to, odebrać? To gdzie on jest?
– Nie wiem. Zabraliście mi go, jak emigrowałem.
Popatrzyła na mnie jak na idiotę, poszła do koleżanek obok, chwilę poszeptały, w końcu podeszła jakaś inna, starsza, co nie takie numery widziała w urzędzie.
Nazwisko.
Zalewski.
Nie zapisała. O imię nie zapytała. Widać coś było na rzeczy.
– Gdzie pan zostawił swój dowód?
– W komendzie na Bema – odparłem spokojnie.
Spokojnie! – powiedziałem sobie w myślach.
Czego ja się boję? Wystraszony petent. Nie ma co ukrywać. Jestem jednak stąd. Bardzo stąd.
Poszły we dwie szukać po kartotekach. Dziwne, bo obok stał komputer, ale widać mało używany. Wyszło im, że nie ma takiego dowodu, został zniszczony, ocalała tylko strona ze zdjęciem, tym w kufajce, na złość władzy ludowej, i muszę się starać o nowy. Ale to i tak dobry znak – istnieję, choćby w stopniu ograniczonym.
To znaczy co mam zrobić?
Wypełnić i złożyć wniosek.
OK. To poproszę formularz.
Wypełniłem. Poszedłem do automatu i cyknąłem przepisowe zdjęcia. Wróciłem do okienka. Podałem wniosek.
Читать дальше