O twojej potrzebie planowania i kontrolowania – odparła.
Mojej potrzebie kontrolowania? To ja się zaparłem, że za żadne skarby nie wyjadę z Polski, bo straciłbym kontrolę nad sytuacją?
Przyglądała mi się chwilę tym swoim spojrzeniem, które na ogół zwiastowało atak i natychmiastowy odwrót. Okulary zdjęte, oczy duże i wymowne. Na wszelki wypadek też zdjąłem okulary. Energicznie podeszła bliżej. Już się przestraszyłem, ale nie, nie trzasnęła mnie w pysk ani nie wyszła.
– Przypominam ci – powiedziała zupełnie spokojnie – że mam córkę, całkiem podrośniętą i niegłupią. Przede wszystkim to ona nie chciała wyjechać do Stanów.
Co racja to racja, pomyślałem. Powiedziała Daszy: „Po moim trupie”. – Wesoła dzieweczka! Zawstydziłem się, ale tylko trochę, bo trochę się też ucieszyłem. To była zupełnie inna rozmowa. Dasza zaczynała wyjaśniać nieporozumienia. Zrobiła milowy krok, ku mnie, ku naszemu wspólnemu życiu. Tak to rozumiem, tak mogliśmy iść dalej, z nią mogłem się kłócić i godzić do końca świata.
Zresztą, o czym my mówimy – ciągnęła. – W moim wieku już się tak szybko nie zaskakuje.
Czym nie zaskakuje? – nie zrozumiałem.
Nie zachodzi się w ciążę ot tak – pstryknęła palcami. – To może potrwać.
Wróciłem do Stanów spokojniejszy i upewniony w swoich decyzjach.
Plan był precyzyjny: składam wymówienie w TGR, przyjeżdżam do Polski, CBDQ wynajmuje mi mieszkanie, weekendy spędzam w Olsztynie, szukam mieszkania dla nas wszystkich, Pola kończy gimnazjum, ja pilotuję sprawę liceum w Warszawie, w czasie wakacji przeprowadzamy się i urządzamy.
To był dobry plan. W końcu zawodowo zajmowałem się risk management, czyli podejmowaniem decyzji po analizie wszelkich możliwych zagrożeń, ich prawdopodobieństwa i przewidywalnych skutków. Wszystko na stół!
Zaczynało się na poważnie. Sam tego chciałem.
Tymczasem na początku grudnia Dasza pojechała na tygodniowy objazd, czy jak to się nazywa, w każdym razie przez tydzień tułała się z całym swoim zespołem po jakichś wiejskich szkołach i świetlicach. Dawali przedstawienie za przedstawieniem, czasami cztery jednego dnia. Tłukli się nieogrzewanym gruchotem w dwudziestostopniowym mrozie. Kierowca na co drugi spektakl spóźniał się kilka godzin, bo rozpalał ognisko pod autokarem, żeby rozmrozić paliwo. Swojskie klimaty, czyli po mojemu czysty horror.
Porozumiewaliśmy się z konieczności SMS – ami. Dasza narzekała na samopoczucie, osłabienie, ogólne rozbicie. Byłem pewien, że skończy się grypą albo i czymś poważniejszym.
Po precyzyjnych wyliczeniach dokonanych na hotelowej serwetce – byłem w tym już niezrównany – zadzwoniłem do niej z samego rana, po tym jak wreszcie wróciła do domu. Chyba nawet ją obudziłem, bo przez chwilę odpowiadała mało przytomnie, ale nie mogłem czekać ani chwili dłużej. I tak przewracałem się z boku na bok w hotelowym łóżku w Chicago.
– Jak się czujesz? – zapytałem, kiedy wreszcie dotarło do niej, kto i po co dzwoni.
– Średnio – mruknęła. – I w ogóle, wiesz co, zaczekaj parę sekund.
– Ale…
– Zaczekaj – powtórzyła i chyba gdzieś sobie poszła.
Nie wiem, ile to trwało, jak dla mnie, o wiele za długo.
Marcin? Jesteś tam jeszcze? – usłyszałem w końcu stłumiony głos.
Dasza, co się dzieje?
Muszę ci coś powiedzieć.
Wolałbym nie pamiętać, co mi wtedy przeleciało przez głowę. Poczynając od nie tak już młodego, ale nadal ponoć przystojnego ukraińskiego reżysera, poprzez nagły i niespodziewany powrót Grzegorza Trześniewskiego, propozycję objęcia posady dyrektora teatru w Kiszyniowie, wyjazdu na roczne solowe tournee do Japonii, po kłębowisko niespodziewanych a dotkliwych przypadków losowych, z których każdy mógł mnie rozdzielić z Daszą.
Cóż, przydział optymizmu życiowego odbywa się drogą losowania.
Nie bój się – powiedziała, bezbłędnie odczytując moje milczenie. – To nic…
Co się stało? – wydusiłem.
Jakby ci to powiedzieć… Jestem w ciąży – wypaliła i parsknęła nieco nerwowym śmiechem.
To żart?
Tak, taki żart losu.
Pewna jesteś?
Przed sekundą zrobiłam test. Dlatego chciałam, żebyś poczekał.
– Ale jak…
– Myślałam, że już wiesz, jak się robi dzieci.
Przypomniały mi się tamte fikuśne prezerwatywy, tamta kłótnia i to, jak długo i solennie godziliśmy się z Daszą. Kolorowy pakiecik przeleżał całą noc obok naszych okularów. Nietknięty.
Tego chciałem, prawda? Chciałem mieć dziecko z Daszą.
No to miałem.
Pogadaliśmy jeszcze chwilę, nie wiem o czym, bo nic do mnie nie docierało, ale nie mogłem przecież przerwać rozmowy w pół zdania. W końcu odłożyłem słuchawkę, wstałem z łóżka, ubrałem się w to samo, co poprzedniego dnia, i zjechałem na dół.
Wszedłem do pustego o tej porze hotelowego baru. Nie mogłem popłynąć tak, jak bym chciał, bo przed południem miałem kolejne spotkanie z klientem. Musiał mi wystarczyć gin z tonikiem. Trzy giny, dla ścisłości.
Przypomniało mi się, jak w jednym z pierwszych listów Dasza napisała: „Nie chcę sobie wyobrażać, jak będzie. Nigdy nie jest tak, jak sobie wyobrażamy”.
Powinienem był od razu uwiecznić sobie tę złotą myśl na ścianie. Albo na czole.
styczeń 2002 – maj 2003
Byłam szczęśliwa, młoda, pożądana, jedyna, ale czułam się jak na diabelskim młynie. Nie tylko dlatego, że męczyły mnie mdłości poranne i ciągła senność na przemian z falami irytacji. Przede wszystkim męczyło mnie to, że z trudem dotrzymuję kroku własnemu życiu, a nie zanosiło się, żebym miała w najbliższym czasie odpocząć. Świat wokół mnie zaczął obracać się trzy razy szybciej. Dzień był za krótki, wieczory wypełnione telefonami od Marcina. Poranki – wiadomo czym.
Czasami miałam ochotę usiąść w bujanym fotelu, zapatrzyć się na świat i pozwolić mu popłynąć, pięknie, na pełnych żaglach. A ja bym sobie tak siedziała, przykryta kocem, i popijała herbatę. A może bym się porwała na największe sprzątanie, z myciem okien i odtykaniem wiecznie zatkanej wanny. Wszystko wirowało. I było piękne jak nigdy. I straszne. Ale tylko trochę.
Na Zaduszki pojechaliśmy do Białegostoku. Wtedy powiedziałam mamie i Poli o naszej decyzji. Ale nie pamiętam, jak to powiedziałam. Może, że chcemy być razem, czy że jesteśmy razem. Coś w tym rodzaju.
Mama wiedziała już wcześniej, co się święci, ale chciałam, żeby Pola dowiedziała się dopiero wtedy, kiedy wszystko będzie już pewne. Z rozmysłem też powiedziałam jej o tym w obecności mamy, żeby dać jasny sygnał, że nie ma tu żadnej tajemnicy, intrygi ani kombinowania.
– Czy tata o tym wie? – To było pierwsze pytanie Poli.
Moja mama milcząco wzniosła oczy ku niebu.
Nie. Jeszcze nie wie. Chciałam, żebyście najpierw wy się dowiedziały.
Ale mogę mu powiedzieć?
Oczywiście. To żadna tajemnica.
Chwyciła telefon, smycz, zawołała Figę i już jej nie było.
Padnie trupem – mruknęła mama.
Przeżyje – machnęłam ręką.
Nie pierwszy raz obie miałyśmy rację.
Grzegorz trawił nowinę przez dwa tygodnie. Zadzwonił w sobotni wieczór krótko przed świętami. Oglądałyśmy z Elką nagranie z jej wakacyjnego wyjazdu do Wenecji. Ściślej mówiąc, było to dzieło jej męża, który nie dość, że filmował, to jeszcze przez cały czas komentował wszystko, co widział w kadrze: „A tu, ten, gondolier, z wiosłem. Zaraz się walnie w głowę tym wiosłem. A nie, nie. O cholera, ptak mi narobił na rękę. Elka! Masz chusteczki? A tu się nasz kanał łączy z tym, no…”. I tak w kółko.
Читать дальше