Czekały na mnie gotowe do wyjazdu.
Pola powitała mnie grzecznie, ale z dystansem. Ten jej dystans na długo określił kształt naszych wzajemnych stosunków, pełnych uprzejmości, nawet rewerencji, ale bez prób podchodzenia bliżej. Byłem wdzięczny Daszy, że nie udaje, nie próbuje niczego rozgrywać, oszukiwać mnie ani Poli. Na powitanie po prostu rzuciła mi się na szyję. Figa przyjęła to pełnym oburzenia szczekaniem.
Już naprawdę byliśmy razem. Już nie trzeba się było upewniać. Jechaliśmy wszyscy na Święto Zmarłych do Białegostoku. Przede wszystkim jednak chcieliśmy razem powiedzieć mamie Daszy i moim rodzicom, że trochę się zmieniło. O ile mama Daszy od początku była w miarę na bieżąco, o tyle moi starzy… Cóż, zobaczymy. Cokolwiek zrobią i powiedzą, już i tak to niczego nie zmieni.
Mama Daszy od progu powitała mnie tak, jakbym był co najmniej jej zaginionym synem.
– Babciu, nie zaduś – rzuciła Pola, trochę zdziwiona i trochę zazdrosna.
Dasza nic nie powiedziała, ale widziałem, że szczęka jej omal nie wypadła z zawiasów.
Co jest? – zapytałem cicho.
Potem – mruknęła tylko.
Zainstalowaliśmy Polę i Figę u babci, wypiliśmy rytualną herbatę z kanapkami z żółtym serem i ruszyliśmy na Kraszewskiego. Ledwie zeszliśmy ze schodów, Dasza wybuchnęła śmiechem:
Już mniejsza z tym, że nigdy, nawet na ślubie, tak się nie ściskała z Grześkiem – powiedziała – ale ona nawet ze mną tak się wita tylko od wielkiego dzwonu. Ja się, kurczę, czuję zazdrosna.
Przeżyjesz – rzuciłem lekko, choć czułem, że cały się spinam przed spotkaniem z moimi. Tu byłem pewien jednego: przytulania nie będzie.
Witały nas, może bardziej mnie, nieśmiertelna pomidorowa, tylko z makaronem, i gołąbki z samym ryżem i vegetą, na których zaczynał się i kończył repertuar dań wegetariańskich w kuchni Danki. I rozmowa o niczym, którą twardo zabawiał nas nieoczekiwanie ożywiony ojciec, jakbyśmy byli znajomymi z sanatorium albo kimś równie blisko związanym. Właściwie nie o niczym. A to o Nowym Jorku, a to zaletach kina domowego, które pyszniło się na środku salonu jak ołtarz cyfrowego bóstwa. No i o polityce.
O tym mogę w każdej chwili i wszędzie, ostatecznie codziennie grzebię w serwisach internetowych. Ojciec zawsze się dziwił, że wiem, jak się nazywa aktualny polski premier.
Po drugim daniu poszedłem za macochą do kuchni.
– Daj mi, proszę, klucze od Podedwornego, chciałbym tam przenocować z Daszą.
Danka zamarła z wielkim nożem do krojenia ciasta w ręce.
A tobie co, seks na mózg się rzucił? – zapytała prawie szeptem.
Tak – odpowiedziałem z powagą. I zgodnie z prawdą.
No wiesz! – prychnęła i zaczęła kroić ciasto z taką pasją, jakbym to ja leżał na tej ciepłej blasze, albo może raczej Dasza.
Wiedziałem, o co chodzi. Rozwódka! Z dzieckiem! Do tego jeszcze aktorka! Wiadomo. Ciach, ciach, ciach! A miało być tak pięknie z piękną i młodą weterynarką. Ciach!
– Dobrze – powiedziałem – w takim razie przenocujemy w Cristalu.
To był celny cios w czuły punkt Danki. Nastąpiła chwila namysłu, bo w końcu nie o błahostkę chodziło, tylko o pryncypia. Czy zaryzykować, że ktoś ze znajomych zobaczy mnie, jak grzeszę w hotelu w centrum miasta, czy lepiej, żebym grzeszył w jej starym mieszkaniu, gdzie zobaczą mnie najwyżej dawne sąsiadki, z których zdaniem nie ma się już co liczyć.
– Wiszą w przedpokoju. Te z żółtym breloczkiem – wycedziła w końcu.
– Dziękuję – omal się nie ukłoniłem.
Może nie spodziewałem się „ochów”, „achów” i długich nocnych rozmów od serca, ale poczułem się zdrowo zmrożony tą wizytą. Żyłem w tym czasie w jakimś uniesieniu, wszystko dookoła szło jak z płatka i nawet jeśli nie miało prawa się udać, udawało się bez komplikacji. Moje czarnowidztwo i pesymizm poszły wreszcie na zasłużony wypoczynek, a może jak zawsze czaiły się za rogiem, tylko ja przestałem ciągle spoglądać w tamtą stronę. Nie wiem, chyba wyobrażałem sobie, że skoro wszystko w moim życiu zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to i tu nastąpi jakaś cudowna, nieprawdopodobna przemiana.
Jak widać, nie nastąpiła.
Rozmowa przy deserze dotyczyła wyłącznie spraw ogólnych, niezwiązanych z nami i nową sytuacją rodzinną. Ojciec na swój sposób próbował być miły. Zaproponował nawet, żebyśmy razem obejrzeli wiadomości. Obejrzeliśmy. Tylko prezenter nie stanął na wysokości zadania, bo mu się szczęki mocno rozjechały na panoramicznym ekranie. Dobrze mu tak.
Danka postanowiła niczego nie udawać. Znowu jej nie wyszło. Cóż, każdy nosi w sobie jakiś ideał życia rodzinnego. Dla mojej macochy była to najwyraźniej monarchia absolutna, choć niezbyt oświecona.
Nic dziwnego, że moja siostra wolała wynajmować mieszkanie w Zielonej Górze, rodzinnym mieście swego męża, niż korzystać z dawnego mieszkania macochy. W swoim czasie zostało ono przepisane na Jolkę ze względu na jakieś regulacje prawa spółdzielczego – Danka nie miała własnych dzieci. Teoretycznie siostra była więc jego właścicielką, ale nigdy nim nie dysponowała.
Mieszkanie stało puste „na wszelki wypadek, żebyś miała do czego wracać”, o czym Danka przypominała Jolce przy każdej wizycie. W pewnym sensie był to z jej strony przejaw matczynej troski, ale nie zazdrościłem swojemu szwagrowi, szczególnie że macocha mówiła o tym swobodnie również w jego obecności.
Nie zazdrościłem też Daszy, która z nieprzeniknioną miną dopijała właśnie herbatę. Ona jakoś tak potrafi. W końcu jest aktorką.
W każdym razie miałem tu już dożywotnio przegwizdane, więc bez specjalnych ceregieli dałem jej znak, że wystarczy tych rodzinnych serdeczności i spadamy.
To była nasza pierwsza noc od wyjazdu Daszy ze Stanów. Niezwykła noc po tygodniach tęsknoty i fantazji pomieszanych ze wspomnieniami. Nic nam nie przeszkadzało, ani smutek kompletnie urządzonego, ale od dawna bezpańskiego mieszkania, ani rozkładana kanapa i dziecko płaczące za ścianą, ani miarowy stukot dobiegający z ledwie ciepłych kaloryferów.
Piękna noc, choć początek zwiastował burzę z przelotnymi opadami łez. Przeze mnie.
Przywiozłem ze Stanów pakiecik różnokształtnych prezerwatyw i pokazałem je Daszy, mówiąc:
– Pomyślałem sobie, że moglibyśmy tymczasem wstrzymać się z dzieckiem.
Chciałem, żeby było dowcipnie i lekko. Ale się przeliczyłem. Nie wziąłem pod uwagę, że Dasza spędziła upojne popołudnie w towarzystwie moich starych. Trudno było to uznać za wyrafinowaną grę wstępną.
To już nie chcesz być ojcem? – zapytała takim tonem, że powinienem był w tym momencie zakończyć temat i nie wiem, zacałować ją albo załaskotać na śmierć. Ale się w porę nie zorientowałem.
Chcę. Tylko nie chcę dowiedzieć się przez telefon, że jesteś w ciąży.
A co to za różnica?
Co to za różnica? To zasadnicza różnica, bo… Bo inaczej to sobie wyobrażałem. Chciałem, żeby wszystko było tak, jak sobie wymyśliłem, wymarzyłem. No dobrze – zaplanowałem: romantycznie, szczególnie, wyjątkowo, w czasie i okolicznościach, które zdążyłem już sobie obmyślić. Nie jak z jakiegoś romansu. Czy watykańskiej ruletki. Żadnej improwizacji.
Po prostu nie chcę dowiadywać się przez telefon – powiedziałem.
Bo co? Bo inaczej to sobie zaplanowałeś? Bo nie będziesz miał nad tym kontroli od pierwszej minuty?
Rozgryzła mnie jak fistaszka. Zapomniałem, że zdążyliśmy się już co nieco poznać.
O czym ty mówisz? – wzruszyłem ramionami i próbowałem zabrać jej ten nieszczęsny pakiet w neonowych kolorach.
Читать дальше