– Nic specjalnego. Luz.
– A ja…
– A, nie, no przecież byliśmy dziś z tatą w superkawiarni.
Mówię ci, jeszcze czegoś takiego nie widziałaś. Szkoda, że my nigdzie nie chodzimy w tym naszym Olsztynie.
Do dziś nie wiem, czy naprawdę chciała mi dokopać, czy to ja miałam takie wyrzuty sumienia, że we wszystkim, co mówiła Pola, doszukiwałam się drugiego dna.
Jedno było pewne: tamten świat najwyraźniej nie walił się pod moją nieobecność, ten świat – powoli oswajałam.
Może to dziwne, może nawet trochę chore, ale wszystko dla mnie najważniejsze podczas tego pobytu zdarzyło się w domu i w najbliższej okolicy. Z tej perspektywy nie miało znaczenia, że przyjechałam do Kalifornii, równie dobrze mogłam odwiedzić Marcina w Bombaju czy Puerto Rico. Chyba kiepska ze mnie turystka.
Któregoś wieczoru, po całym popołudniu spędzonym w centrum handlowym, gdzie kupowałam – pomyłka, Marcin mi kupował – prezenty dla rodziny, już po kolacji, wręczył mi swój pożegnalny prezent.
Był to mały szarosrebrny laptop.
Marcin włączył go i powiedział:
– No to teraz się pobaw.
A mnie znowu sparaliżowało. Czarna magia! Gapiłam się w toto jak sroka w gnat, bo nigdy wcześniej nawet nie dotykałam komputera.
– Poradzisz sobie – pocieszał mnie Marcin. – Szybko się uczysz.
Mina mu trochę zrzedła następnego dnia, kiedy dwoma czy trzema ruchami udało mi się… żebym to ja wiedziała, co.
– Nie do wiary! – mruknął, zaglądając mi przez ramię. – Naprawdę odinstalowałaś Windows na amen. Nigdy nie…
myślałem, że to jedna z tych biurowych legend, że każdy może to odinstalować. Ciekawe.
Po tym wyczynie dotarło do mnie, że znowu się rozstajemy, a jeśli mamy być już naprawdę w stałym kontakcie, muszę się przełamać i opanować tę diabelską maszynkę. Za dużo spraw i decyzji majaczyło na horyzoncie, żeby nadal tkwić przy telefonie i prześladować listonosza.
W przededniu mojego wyjazdu pojechaliśmy do Greens, legendarnej knajpy wegetariańskiej w Fort Mason, z widokiem na przystań jachtową i Golden Gate. Gdzieś w połowie pizzy ze szpinakiem i endywią, a może przy drugim kieliszku wina, Marcin wziął mnie za rękę.
– Powiedz mi, jeśli mielibyśmy być ze sobą – zaczął ostrożnie – czy dopuszczasz taką możliwość, że obie z Polą przyjechałybyście tu do mnie?
Nie musiałam się zastanawiać.
Nie, w ogóle sobie tego nie wyobrażam.
Dlaczego?
– No bo nie. To nie mój świat, nie moja bajka.
Odchylił się na krześle i przyglądał mi się dłuższą chwilę, nic nie mówiąc.
– Zastanowisz się nad tym jeszcze? – zapytał w końcu.
Teraz to ja wzięłam go za rękę.
– Marcin, ja się nie droczę. Chcę być z tobą, bardzo, ale nie tutaj.
– A ja chcę być z tobą wszędzie – powiedział.
Wracaliśmy autostradą nad oceanem. Na San Francisco opadała już wieczorna mgła, było po zachodzie słońca. Milczeliśmy. Gapiłam się bezmyślnie w boczne lusterko. I nagle najwyraźniej wyjechaliśmy z tej mgły, bo zobaczyłam w lusterku spowite w chmury miasto na wzgórzach.
Widzisz to? – mruknął Marcin.
Jak w kinie – odparłam. Tak właśnie się czułam. Jak w kinie.
Znowu zamilkliśmy. Jechaliśmy jeszcze chwilę, zamknęłam oczy, żeby choć trochę zebrać myśli, a kiedy je otworzyłam, Marcin zatrzymywał się właśnie przy punkcie widokowym nad oceanem. Zeszliśmy drewnianymi schodami na plażę. Byliśmy tylko my i dwa ścigające się jastrzębie.
Śmiesznie wyglądał na pustej plaży, prosto z pracy, w garniturze i nieskazitelnych butach, z wiecznym piórem wpiętym koło guzika koszuli. Już miałam rzucić coś dowcipnego, gdy dotarło do mnie, że czasami milczenie jest złotem i to właśnie jest taka chwila. Chwila, kiedy wszystko już zostało powiedziane – i nic zarazem, bo tyle jeszcze chciałoby się powiedzieć, ale lepiej jest milczeć, bo za mało słów, za mało liter, a przede wszystkim za mało odwagi, by postawić kropkę nad „i”.
Staliśmy tuż przy granicy, do której dobiegały fale. Słyszałam ich szum, słyszałam przelatujące samoloty, odległe frachtowce, ale wszystko to docierało stłumione, poprzez tę ciszę między nami, ciszę, w której nie ma już miejsca na to, by pleść jakieś banały. Więc staliśmy w milczeniu, trzymając się za ręce, aż zrobiło się zupełnie ciemno.
Wróciliśmy do samochodu. Marcin ruszył wolno, wolniutko, jakby nigdzie nie chciał dojechać, jakby nie chciał, by ten wieczór się skończył.
Cudownie jest tak sunąć powoli i trzymać się za ręce. Myślę, że właśnie po to wynaleziono automatyczną skrzynię biegów.
Następnego dnia wsiadłam do samolotu nieszczęśliwa i kompletnie rozbita. Tęskniłam za Polą i chciałam wracać, ale nie chciałam już rozłączać się z Marcinem.
Stało się.
Prosto z lotniska na Okęciu pojechałam do Białegostoku po córkę i psa.
Pola powitała mnie entuzjastycznie, grzecznie podziękowała za nowe martensy, jęknęła – nie wiem, czy z zachwytu, czy wręcz przeciwnie – na widok laptopa, ale o nic specjalnie nie wypytywała. Czuła już chyba, że jej jedynowładztwo chwieje się w posadach. Figa była śmiertelnie obrażona, nie przychodziła na wołanie i chowała się za nogi mojej mamy, skąd popatrywała na mnie z nieufnością.
Wróciłyśmy do Olsztyna. Dwa dni później zaczęła się szkoła i praca. Pola zaczęła ostatnią klasę gimnazjum. Ja rozpoczęłam próby z nowym reżyserem, który przyjechał do nas aż ze Szczecina. Proszę państwa, oto Petro Wołoszenko! Jakżeby inaczej.
Nie widzieliśmy się prawie pięć lat. Petro był nadal pięknym chłopcem o zmysłowej, szczupłej twarzy i ciemnych włosach, które – jak to często bywa u brunetów – zdążyła już przyprószyć siwizna. Być może posiwiał, bo rozstał się z żoną, o czym szeptał cały teatr, popatrując na mnie, jakbym miała z tym cokolwiek wspólnego.
– Jak mogłaś ściąć takie piękne włosy? – zawołał na mój widok.
– Znudziły mi się – odpowiedziałam, nie siląc się nawet na dowcip.
– Ale ja ci się nie znudziłem? – zapytał z tym samym uśmiechem, od którego jeszcze kilka lat temu głupiałam i godziłam się na wszystko.
– Nie. To ja ci się znudziłam – przypomniałam mu. – I dobrze się stało.
Nie zamierzałam w to grać. Byłam już gdzie indziej. Byłam kimś innym. Na szczęście, bo wcale nie mam pewności, czy tamta Dasza, którą Petro poznał aż za dobrze, byłaby w stanie w ogóle dostrzec kogoś takiego jak Marcin.
Petro szybko zaczął rozmowę z kimś, kto stał obok. Było oczywiste, że nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia.
Moje starsze koleżanki ani przez chwilę nie dały się zwieść. Były chore z ciekawości, choć wcale nie z powodu mojej zamierzchłej afery miłosnej. Wiedziały, że wyjeżdżałam do Ameryki, tylko nie miały pojęcia do kogo i dlaczego, bo nikomu poza Elką i Marzeną się z tego nie zwierzałam. Niezdolne znieść stan, w którym czegoś nie wiedzą, wymyśliły sobie, że pojechałam tam z przedstawieniem, żeby zarabiać kasę. Zanim wróciłam, były już tego absolutnie pewne.
W przerwie pierwszej próby z nowym reżyserem Karolina, zasłużona artystka sceny lalkowej, nie wytrzymała.
– Jak było w Stanach? – zagadnęła.
Dobrze – odparłam z uśmiechem.
A opłaciło się?
Zastanowiłam się chwilę i odpowiedziałam:
– Tak, opłaciło się. Nawet bardzo.
Znowu nastąpiła chwila ciszy. Kątem oka widziałam, jak Marzena gryzie się w pięść, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
– Kulturalne osoby to przynajmniej starają się podtrzymać rozmowę – pouczyła mnie Karolina.
Читать дальше