– No, nie wiem – pokręciłam głową, odprowadzając staruszków wzrokiem. – Ja chodziłam do równoległej, ale dużo lepszej klasy, nie interesowały mnie żule z Bojar. Mało nie padłam, jak go zobaczyłam na rozpoczęciu roku w liceum.
Zaraz, zaraz, oboje mówiliście, że jesteście kumplami z podstawówki.
Takie tam legendy – zaśmiałam się. – Długo się do niego przekonywałam. I powiem ci, że tak do końca przekonałam się dopiero wtedy, kiedy się zorientowałam, że to twój przyjaciel. Ktoś taki jak ty nie mógł się przyjaźnić z żulem.
Przez chwilę w milczeniu przyglądaliśmy się zabawie dwóch czarnych labradorów pławiących się w płytkiej wodzie. Towarzysząca im dziewczyna rzucała czerwoną piłeczkę, psy biegły łeb w łeb, ale już w wodzie zapominały o zabawce i zaczynały szaleńcze skoki. Podskakiwały na tylnych łapach, zderzały się, zupełnie jakby tańczyły w sobie tylko znanym rytmie. Dziewczyna ze śmiechem wyławiała piłeczkę, wychodziła na brzeg. Psy wybiegały za nią i wszystko zaczynało się od początku.
No, dobra – zaczął Marcin – mówiliśmy o…
Wiem – przerwałam mu. – Chodziło mi o to, że Andrzej przez całe życie chciał być taki jak ty. Nigdy mu się to tak do końca nie udawało, ale naśladował cię prawie we wszystkim. Pamiętasz to jego nałogowe czytanie przedwojennych gazet?
No pewnie.
Tak jakby chciał sobie stamtąd wyczytać jakieś ciekawsze korzenie, bo przecież wiadomo, że ojciec i matka przyjechali, czy może przyszli do Białegostoku za chlebem, gdzieś zza Zabłudowa. A ty miałeś dziadków z miasta.
Chyba jesteś wobec niego niesprawiedliwa.
A skąd! Mógł mieć za wzór któregoś z kryminalistów ze Skorupskiej, a wolał Marcina Zalewskiego, co pisał wiersze i cierpiał na nieistnienie.
Ładnie powiedziane – pokiwał głową. – Ale to nie tłumaczy, dlaczego musiał uwieść moją żonę.
Trochę tłumaczy. Poszedł do liceum tak jak ty, a nie do zawodówki jak koledzy z ulicy, pisał wiersze jak ty, czytał je na tych waszych wiosnach i jesieniach poetyckich, nie poszedł na studia do Warszawy, bo nie dałby rady finansowo, ale skończył je w Białymstoku, wyjechał do Stanów tak jak ty, a na koniec robił to samo i żył tak jak ty.
To znaczy żył z Helen?
Też. I tak jak ty zabawiał się jeżdżeniem durną drogą dla samobójców.
– A na koniec zagrał mi na nosie z zaświatów.
– Tak nie mów. To już była akcja jego rodziny.
Miejmy nadzieję – westchnął, nie do końca przekonany. – Bogu dzięki, że po drodze nie zakochał się w tobie jak ja.
A skąd ta pewność? – powiedziałam i od razu tego pożałowałam.
Po co to odgrzebywać? Po cholerę? Dla riposty?
Zbaraniał. Naprawdę. Po raz pierwszy od początku rozmowy dotarło do niego, że niczego nie wymyślam i może mówię o tym lekko, ale wcale nie żartuję.
– Maziuk się w tobie podkochiwał? Kiedy?
– Tak dokładnie to nie wiem. Może od zawsze? Ale na pewno wtedy, jak wróciłam z Warszawy i zdałam na lalki.
– Wiedziałaś o tym?
– Jak miałam nie wiedzieć! Sam mi powiedział.
– Ja chyba śnię – mruknął Marcin bardziej do siebie niż do mnie. – A ja mu się całymi dniami zwierzałem, po pijaku i na trzeźwo! I co ty na to?
– Nic. Przecież byłam zakochana w Grześku.
– Jakim cudem ja tego nie zauważyłem? Że Maziuk…
– Raz, bo byłeś w Warszawie, dwa, bo nie patrzyłeś na niego, tylko na mnie.
Próbowałam obrócić to wszystko w żart, ale Marcin był poruszony bardziej, niż chciał to okazać. Wstaliśmy i ruszyliśmy dalej. Objął mnie mocno. Przez chwilę było trochę niewygodnie, ale zaraz wyrównaliśmy krok i dalej szliśmy już przytuleni.
Wzdłuż zatoki ciągnie się linia wysokiego napięcia. Potężne słupy stoją w wodzie niedaleko od brzegu. Pośród metalowych elementów, na poręczach i kratownicach uwijają się tysiące ptaków. Nigdy jeszcze nie widziałam, by ptaki miały gniazda tak blisko siebie, jedno obok drugiego, jedno nad drugim. Jeśli jednak popatrzy się w drugą stronę – widać domy, zabudowania, stłoczone jedne nad drugimi. Widać ptaki naśladują tutaj ludzi.
Dziwne te ptasie osady prawie na drutach – powiedziałam.
Żebyś wiedziała. Nic im nie przeszkadza, ani buczenie, ani wyładowania.
Może w takim tłoku mniej to odczuwają.
Może – zaśmiał się. – W tłumie zwykle mniej się odczuwa.
I dlatego trzeba uciekać od tłumu.
Ale na pewno nie do Kalifornii.
Wracaliśmy najkrótszą drogą obok remizy strażackiej. Okno dyżurki było całkowicie odsłonięte i widać było strażaka siedzącego przed dużym ekranem, na którym rozgrywała się właśnie ostro pornograficzna scena. Tak miało być za każdym razem, kiedy wracaliśmy tamtędy znad zatoki. Ciekawe, czy mając tak ustalony repertuar, facet był w ogóle w stanie odebrać jakikolwiek telefon z informacją o pożarze.
Na kolację poszliśmy do Hot Tub. Marcin był przygaszony, ja już porządnie zmęczona. Makaron ze wszystkimi warzywami świata rósł mi w ustach.
Początkowo usiedliśmy przy stoliku naprzeciwko siebie, ale przy tarcie z truskawkami przesiadłam się do niego na szeroką wyściełaną ławkę. Próbowałam się trochę przytulić, ale odsunął się jak nie on.
– Przestań – mruknął. – Tu nie ma takiego zwyczaju.
Gdybym była mniej zmęczona, pewnie bym się obraziła.
Wróciliśmy do domu i poszliśmy spać jak stare małżeństwo.
Obudziłam się w środku nocy. W półśnie sięgnęłam ręką tam, gdzie zawsze, od tylu tygodni. Ale to nie było moje olsztyńskie łóżko. Tym razem znalazłam to, czego szukałam – Marcin leżał przy mnie z otwartymi oczami. Tęsknota strząsnęła ze mnie resztki snu, a on tylko na to czekał. Czekał, aż sama się obudzę i sama go odnajdę po drugiej stronie łóżka. Dalej było jak w całkiem młodym małżeństwie…
Następnego ranka pojechaliśmy do San Francisco. Marcin dał mi mapę i komórkę, którą można kontrolować elektrownię atomową (on to powiedział, ja nigdy bym czegoś takiego nie wymyśliła). W życiu jeszcze takiej nie widziałam, nie mówiąc o używaniu.
– Pozwiedzaj sobie – powiedział. – Ja muszę popracować parę godzin. Jakby co, to dzwoń.
Tego nie było w moim planie. O, nie! Mogłam chodzić i jeździć, ale z Marcinem. Nie sama! Poczułam się całkowicie sparaliżowana. Koniec. Dotąd tak, a odtąd nie.
Żeby było najprościej i żeby od razu nie zabłądzić, ruszyłam Market Street w stronę zatoki. Było dość wcześnie, ale już po godzinach porannego szczytu, więc ulice wydawały się nieco opustoszałe. Drapacze chmur zasłaniały słońce, było betonowo i trochę pustynnie. Przyglądałam się monumentalnym witrynom sklepów, których nazwy znałam z filmów, książek i kolorowych gazet przerzucanych w poczekalni u dentysty. Tuż obok jakiegoś paradnego wejścia budził się właśnie bezdomny, niespiesznie wyczołgując się z niegdyś żółtego śpiwora. Niemal dwumetrowy ochroniarz pobliskiego banku przyglądał mu się z nieruchomą twarzą. Ze sklepu spożywczego wyszedł czarny mężczyzna w śnieżnobiałym berecie, śpiewając na całe gardło. Nieźle śpiewał.
U wylotu ulicy zobaczyłam palmy i bulwar, ciągnący się wzdłuż zatoki. Przeszłam na drugą stronę szerokiej, ruchliwej jezdni i szybko usiadłam na ławce przy wejściu na przystań promów. Chciało mi się płakać. Wyjęłam notesik, bo wzięłam ze sobą notesik, który Pola kupiła mi na urodziny, i zapisałam: „Co ja tutaj robię? To jest tak, jakby poruszać się wśród dekoracji na scenie. Wszystko jest sztuczne i inne. Teraz rozumiem, dlaczego Marcin czuje się tu taki samotny. Cale szczęście, że to tylko trzy tygodnie i uciekać!”.
Читать дальше