Wiedziałem już wcześniej, jak wygląda rozwód w Kalifornii. Wiedziałem, że Helen w majestacie prawa dostanie alimenty, których wysokość przyprawiłaby o zawał każdego rozwiedzionego bezdzietnego mężczyznę w mojej rodzinnej części świata. Miałem to gdzieś, chciałem zakończyć to małżeństwo na spokojnie i z pewną… dozą wielkoduszności. Ale kiedy prawnik poinformował, że moja leniwa jak kojot żona oprócz tego, co już ustaliliśmy, zażądała comiesięcznych alimentów na swoje dwa koty, moja wielkoduszność zgasła jak wypalona zapałka. Całkiem serio rozważałem morderstwo, porwanie, wysłanie w przestrzeń kosmiczną – w dowolnej kolejności. Pół dnia chodziłem wokół telefonu, siadałem na rękach, by nie zadzwonić do Helen i nie powiedzieć, co o niej myślę.
Kości zostały rzucone! A raczej koty. Na cztery łapy.
Chciałem w środku nocy dzwonić do Polski, ale w porę uświadomiłem sobie, że po tamtej stronie oceanu ludzie również wychodzą do pracy. Doczekałem do rana, żeby dodzwonić się do Białegostoku po południu. Długo nie mogłem się połączyć. Wreszcie dziecinny głos poinformował mnie, że mama jest na zebraniu. Odczekałem jeszcze półtorej godziny i w końcu usłyszałem w słuchawce nieco schrypnięte „słucham” siostry Maziuka.
Nie wiedziałem, jak ją zapytać, czy wie, co jej rodzice wyrabiali przy trumnie Andrzeja. Coś zacząłem wywodzić, ale mi przerwała.
Chodzi o te pamiątki Andrzeja po romansie z twoją żoną? – zapytała z brutalną precyzją.
Tak. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego…
– I co się zmieniło? – znowu mi przerwała.
Helen zażądała alimentów na koty – odpowiedziałem.
Ja pytam serio.
A ja serio odpowiadam. Chce, żebym jej płacił na utrzymanie kotów. Siedemset, kurwa, dolarów miesięcznie! – wyjaśniłem i w tej samej chwili dotarło do mnie, jak to brzmi po polsku i z tamtej perspektywy.
Sędzia sądu rodzinnego w Białymstoku Lilia Maziuk – Piekarska zapomniała języka w gębie.
– Nie wiem, co powiedzieć – przyznała. – To jakaś paranoja.
– Nie tutaj.
– Wiem. Oczywiście, że ci to prześlę. Zaraz się zorientuję, jak będzie najszybciej.
Już chciałem podziękować i zakończyć rozmowę, kiedy Lilka szybko dodała:
Następnym razem lepiej wybieraj. W każdym związku lepiej być tym, kto mniej kocha.
Postaram się – mruknąłem zaskoczony.
Postaraj się. I przyglądaj się uważnie. Może jest ktoś, kto na ciebie czeka, a ty nawet nie patrzysz w tę stronę.
Co masz na myśli? – zapytałem z amerykańska.
Co mam na myśli? – powtórzyła. – To, co ślepy by zauważył, Marcinku.
Ostatnie zdanie powiedziała ciszej i z jakąś taką… czułością, że zupełnie zbaraniałem. Marcinku?
Jąkając się nieco, zakończyłem rozmowę, ale nadal siedziałem bez ruchu, wsłuchując się w sygnał w słuchawce.
Niewiarygodne!
Więc ta jej agresja, ta jej niechęć i ciągłe przygadywanie, co ze mnie za facet…
To było nie to, co myślałem?
Fala samouwielbienia wezbrała i opadła. Słusznie mówił chyba Oscar Wilde: uczucia tych, których nigdy nie kochaliśmy, są nam doskonale obojętne.
Ale siostra Maziuka z całą pewnością nie czytała Oscara Wilde'a. Zresztą, co ja o niej wiem?
Grunt, że zgodziła się przesłać mi zawartość Andrzejowego pudełka, trumnika, jak to pieszczotliwie nazwałem. Nieważne, co sobie po tym obiecywała. A mogła coś sobie obiecywać, bo zainwestowała w przesyłkę „od drzwi do drzwi”.
Tym sposobem dwa dni później znowu zobaczyłem nieszczęsne pamiątki, które nieoczekiwanie i pewnie wbrew wszelkim intencjom Maziuka miały być dowodami w sprawie rozwodowej. Czułem się fatalnie.
Dobrze się stało, że wszystko to rozciągnęło się w czasie, bo po tych paru dniach przeszły mi co bardziej bojowe zapędy. Całkiem już spokojny zadzwoniłem do Helen. Odrzuciła połączenie, widząc mój numer na wyświetlaczu, ale byłem uparty. Zablokowałem identyfikację numeru i po godzinie zadzwoniłem jeszcze raz. Umówiliśmy się w barze tuż koło jej nowej pracy, wydawnictwa specjalizującego się w poradnikach.
Spóźniła się, ale nauczony doświadczeniem przyszedłem kwadrans później, niż było umówione, więc długo nie czekałem. W ciemnych spodniach i koszuli niebieskiej jak jej oczy, rozpiętej jak za dawnych czasów, wyglądała dużo lepiej niż wtedy, kiedy ostatni raz ją widziałem. Z trudem ukrywała zniecierpliwienie.
– No, co ci się znowu urodziło? – zażartowała na dobry początek. – Przytyłeś, Marcin. Chyba dobrze ci się powodzi, co?
Policzyłem do dziesięciu. Potem jeszcze raz. Uśmiech mi się przykleił jakoś tak półgębkiem i nie chciał zejść. I zamiast wściekłości czułem smutek.
– Zanim ci powiem, jak dobrze, chcę, żebyś ty mi powiedziała, co to znaczy. – Niedbale, jak Colombo, rzuciłem na stół żółtą kopertę pełną zdjęć, listów i złudzeń.
Helen bardzo powoli zabrała się do otwierania, patrząc mi w oczy i wietrząc podstęp. Miała rację, choć mnie już odeszła ochota na jakieś skomplikowane gry. Zauważyłem, że ma pomalowane paznokcie. Chyba pierwszy raz w życiu!
Dziewczyna przy stoliku obok zaklęła, jakby laptop, na którym pisała, zjadł właśnie powieść roku. Zapachniał podpiekany croissant. Poczułem, że jestem głodny i najchętniej bym stąd uciekł – do mojego świata. Tylko gdzie to jest?
– Skąd to masz? Wykradłeś? – zapytała Helen o wiele za głośno.
Dziewczyna przy laptopie podniosła głowę zaciekawiona.
– Helen, mam mało czasu. Po prostu mi powiedz…
Przerwałem, bo dotarło do mnie, że nie wiem, czego właściwie chciałem się dowiedzieć. Pamiętałem Helen z akademika, z naszych pierwszych lat, ale patrząc na nią teraz, uświadomiłem sobie, że nie łączy mnie z nią już nic poza wspomnieniami, wspólnym majątkiem i kotami. No tak, kotami!
Już miała coś powiedzieć, ale podniosłem rękę, żeby jej przerwać, a może zasłonić się przed tym, co mógłbym usłyszeć.
– Wiesz, nie – uprzedziłem ją. – Nie chcę wiedzieć dlaczego, dlaczego Andrzej, czy był tylko on. Nie. Chcę po prostu, żebyś wiedziała, że ja wiem.
Wyjąłem jej z ręki kopertę. Dziewczyna obok zrestartowała komputer i z uśmiechem kogoś, kto dostał drugą szansę, zabrała się do pisania. Pewnie o tej drugiej szansie. A może o mnie i Helen, która wyglądała, jakby miała zemdleć.
Chyba właśnie zdała sobie sprawę, jaką siłę rażenia będą miały te zmartwychwstałe świstki w rękach mojego adwokata. Trudno.
Odjeżdżałem stamtąd powoli, zupełnie jakbym nie chciał rozstawać się ze swoimi złudzeniami. Pomyliłem zjazd z autostrady, skręciłem w złą ulicę. Radio zagłuszało żal. Zatrzymałem się na stacji benzynowej, by spojrzeć na mapę i sobie w oczy w lusterku. W odbiciu zobaczyłem wjazd na autostradę, widoczny nagle jak na dłoni. Zawróciłem i odjechałem w budzący się upalny wieczór.
Nie wiem, jak przebiegła jej rozmowa z adwokatką i dalsze negocjacje prawników. Mogę to sobie wyobrazić. Nieważne. Istotne było to, że według wszelkiego prawdopodobieństwa nie zostanę totalnie goły, tylko nieco skąpo odziany.
Helen próbowała jeszcze umawiać się ze mną, coś tłumaczyć i wyjaśniać, ale nie miałem chęci tego słuchać. Zostawiłem ją, razem z jej wersją całej prawdy i tylko prawdy.
Musiała w samotności pogodzić się z tym, że największy frajer świata nieodwołalnie zerwał się ze smyczy. Na pocieszenie zostały jej na smyczy dwa zapasione kocury!
Może jednak czasami bywam mściwy.
Читать дальше