Spanikowałem i poprosiłem Daszę, by nie zawiadamiała mojej prawie – byłej – żony o swoim przyjeździe. Kretyn! Nie wiem, po jaką cholerę w ogóle poruszałem temat, chyba tylko dlatego, że działo się to pomiędzy spotkaniem z Helen a kolejną rozmową z adwokatem i byłem skoncentrowany na tamtej sprawie. Dasza powiedziała, że w takim razie nie przyjedzie i odłożyła słuchawkę. Ot, tak. Nie zdążyłem wyjaśnić, że chodzi o rozwód i moją, by tak rzec, pozycję przetargową.
Przez dwie doby nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Całe dwie doby. Koszmar! Nie chciałem dzwonić i naciskać, nie chciałem robić z siebie jeszcze większego idioty, niż zrobiłem, nie umiałem też powiedzieć sobie: trudno, najwyżej nie przyjedzie.
Z jednej strony nie wyobrażałem sobie, że wszystko miałoby się tak żałośnie zakończyć, z drugiej – czułem się dotknięty łatwością, z jaką przyszła jej ta rezygnacja. Nigdy nie byłem specjalnym optymistą i szczerze mówiąc, gdzieś tam w środku nie do końca wierzyłem, że Dasza rzeczywiście do mnie przyjedzie. Ale myślałem, że wysili się chociaż trochę i wymyśli jakiś istotny powód, nie wiem, losowy, życiowy czy jaki tam. Nie spodziewałem się, że skorzysta z pierwszego lepszego pretekstu. W ciągu jednej rozmowy, ba, dwóch zdań. Dała w pysk i poszła.
W nocy z niedzieli na poniedziałek, wzmocniony, czy raczej znieczulony ginem bez toniku, zadzwoniłem do Daszy. Rozmawialiśmy bite dwie godziny, to znaczy najpierw ja długo mówiłem, a potem po kawałku wyszarpałem z niej, o co właściwie chodzi. Nie było łatwo, ale Dasza też była już w innym miejscu. Nie od razu i z dużymi oporami powiedziała mi jednak, że rozumie, jak to jest w trakcie rozwodu i że zgadza się pozostać incognito.
– Zaryzykuję – powiedziała.
Dopiero w tym momencie dotarło do mnie, jak dalece cały ten pomysł z przyjazdem jest improwizacją, opartą na moich dobrych chęciach i jej braku doświadczenia. Przyjrzałem się jej planowi podróży i włos mi się zjeżył. Zostało mi na tyle rozsądku, że nie zadzwoniłem ponownie i nie podzieliłem się z nią wszystkimi swoimi obawami i lękami. Ale niewiele brakowało.
Rozejrzałem się po chałupie i rzuciłem do sprzątania. Na kolanach, z nosem przy ziemi, zupełnie jakby Dasza na dzień dobry miała tu zjeść zupę z podłogi albo coś w tym stylu. Pamiętałem jej wysprzątane do białości olsztyńskie mieszkanie. Można było jeść zupę z podłogi nawet za tapczanem.
Wszystko, co się dało, poupychałem w szafach, byle domknąć. Kartony, które nadal królowały w salonie, spiętrzyłem w gustowną piramidkę w rogu. Gdybym miał serwetkę, pewnie zarzuciłbym ją artystycznie na czubek, dając tym samym dowód na to, że jestem nieodrodnym… pasierbem swojej macochy, wielbicielki kolorowych serwetek na stosie badziewia.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem na zakupy. Nakupiłem jedzenia jak dla plutonu marines, tofu w trzydziestu odmianach i na dwadzieścia sposobów – na każdy dzień. Kupiłem też śmieszny gin w niedużej niebieskiej butelce z królową Wiktorią (spodobał mi się – sam nie wiem dlaczego) i pudełko prezerwatyw w różnych kolorach. I kształtach, ale to okazało się dopiero… w praniu. A tak, pranie też zrobiłem, a pościel kupiłem nową – taką cienką, bawełnianą – zero plastiku – lekko jakby błyszczącą i bardzo, bardzo błękitną. Wszystko zaplanowałem! Z wyjątkiem urlopu. Bo już nie miałem.
W sobotę wczesnym rankiem swojego czasu Dasza wsiadła do samolotu linii LOT lecącego do Zurychu. Wiedziałem, że nie dało się inaczej, ale wszystkie zęby mnie bolały na myśl o tym, co jej się może przydarzyć. Od razu przypomniało mi się, jak kilkanaście lat temu wyjeżdżałem z Polski do Helen samolotem LOT – u do Nowego Jorku. To był IŁ – 62M. Lewa strona dla palących, prawa dla niepalących. Albo odwrotnie. Piękny i jakże prosty pomysł. A, i jeszcze cukierki na rozluźnienie. Pełną garścią.
Nie wiedziałem, czy Dasza poradzi sobie z przesiadką w Zurychu. Miała na nią bardzo mało czasu. Nie chciałem zawracać jej głowy i prosić, żeby zadzwoniła po wylądowaniu w Szwajcarii. Nie miałem szans złapać jej komórką. Sam jej powiedziałem, żeby włożyła telefon do bagażu głównego, bo w tę stronę do niczego jej się nie przyda.
Próbowałem spokojnie czekać, pisać zaległy raport o tym, jak źle zabezpieczona jest wewnętrzna sieć komputerowa pewnej firmy telekomunikacyjnej. Jej zarząd dopiero ode mnie się dowiedział, że wyjście głównego węzła ich światłowodów znajduje się… na ulicy. Kable chroni jedynie metalowa płyta, dla ułatwienia oznaczona logo firmy. Każdy może ją podnieść i przeciąć światłowody byle nożyczkami. W innych okolicznościach rajcowałoby mnie to jak kryminał, ale cały czas popatrywałem na stronę, na której można było śledzić lot Swissairu z Zurychu do San Francisco. A kiedy trzy razy w ciągu pół godziny zajrzałem mimochodem do serwisu internetowego CNN, chcąc sprawdzić, czy nie ma informacji o katastrofie lub porwaniu samolotu, uznałem, że najlepiej będzie, jeśli po prostu pojadę na lotnisko i tam będę siedzieć. Do oporu.
Żałowałem, że nie ma już starego terminalu, gdzie z góry, przez wielką szybę można było obserwować ludzi odbierających bagaże, jeszcze zanim przejdą przez customs. Nie wiem. co by to zmieniło, ale wydawało mi się, że ta godzina, dwie, no niech będzie – trzy, mnie zbawi.
Samolot wylądował, ale nie miałem pojęcia, czy Dasza nim przyleciała, dowiedziałem się tylko, że na pokładzie był komplet pasażerów.
Miotałem się przy wyjściu z odprawy jak ranny niedźwiedź. Każde otwarcie automatycznych drzwi witałem jak objawienie. I nagle ją zobaczyłem: w sukience do kolan, z wielkim plecakiem. Była strasznie zła.
Nie byłam zła, tylko zmęczona. To była moja, wstyd powiedzieć, pierwsza w życiu podróż samolotem. Na lotnisku w Zurychu musiałam zmienić terminal, co wyczerpało moją zdolność koncentracji niemal do zera. Próbowałam spać podczas lotu do San Francisco, ale przez większość czasu za moim fotelem trwała balanga bułgarskiej drużyny szczypiornistek. Potem obudziło się niemowlę w rzędzie przede mną. Jeszcze nad Europą udało mi się zgubić obie zatyczki do uszu. Czy w ogóle można spać w samolocie? Mimo to, wysiadając, byłam w niezłej formie – adrenalina zadziałała. Czekało mnie jeszcze zapowiadane wieścią gminną maglowanie przez Immigration.
Dziwny kraj, gdzie przyjezdnych wpuszcza się lub nie po wielogodzinnej podróży. Zupełnie tak, jakbym ja decydowała, czy chcę kogoś wpuścić do domu dopiero po tym, jak zadzwoni domofonem i wdrapie się na czwarte piętro.
Urzędniczka, w mundurze opiętym na kamizelce kuloodpornej jak na dziewiętnastowiecznym gorsecie, miała długie ciemne włosy spięte w koński ogon. I wielki pistolet na lewym biodrze. Najpierw zapytała, a potem jeszcze upewniała się ze trzy razy, czy aby na pewno nie chcę tu zostać, czy nie zamierzam tu wyjść za mąż, dlaczego mam taki mały bagaż, no i kim dla mnie jest Marcin Zalewski.
Nazywała się „Gonzalez”, tak przynajmniej głosiła tabliczka na jej prawej piersi. Wyjaśniłam, że Marcin to kolega ze szkoły i że będę u niego trzy tygodnie, bo we wrześniu zaczynam pracę. Pani Gonzalez przyglądała mi się długo i badawczo. Zapytała, czym się zajmuje mój „boyfriend”.
– To nie boyfriend, tylko friend. Zajmuje się security – odpowiedziałam, jak umiałam, klnąc w duchu, że nie podeszłam do faceta na drugim stanowisku.
Kim jest dla mnie ten Zalewski?
Gdybym to ja wiedziała…
Wstemplowała pozwolenie na pobyt do listopada. Chyba mi jednak nie uwierzyła.
Читать дальше