Przechodzący obok chłopak z psem zerknął w moją stronę i uśmiechnął się, ot, tak sobie. Gdyby mnie zagadnął, pewnie bym umarła na miejscu, ale chyba nie miał takiego zamiaru. Gdzie on idzie z tym psem? Przecież tu nie ma ani skrawka trawnika, wszystko łącznie z palmami jest starannie i równo zabetonowane.
Pomyślałam sobie, że jeśli rozłożę mapę, będę się może trochę mniej rzucała w oczy na tej ławce. Rzecz jasna, nikt poza chłopakiem z psem nie zwracał na mnie uwagi, to tylko ja wyobrażałam sobie, że ściągam spojrzenia jak lej po bombie, a może czarna dziura, bo mniej więcej tak się czułam pod tym błękitnym niebem, w oślepiającym słońcu.
Po dłuższej chwili obracania mapy i rzucania spłoszonych spojrzeń to na lewo, to na prawo, zorientowałam się wreszcie, że muszę iść w kierunku przeciwnym niż czerwieniejący z oddali Golden (jaki golden?) Gate. Ruszyłam Embarcadero i szłam bardzo, bardzo powoli, żeby mi to zajęło jak najwięcej czasu i żebym za daleko nie doszła.
Bulwar ciągnął się wzdłuż ulicy, samochody jechały sznurem, nawet nie bardzo szybko, ale właściwie nieprzerwanie. Wszystko dookoła było obce i dziwne, ale najdziwniejsi wydawali mi się ludzie, którzy uprawiali jogging wzdłuż ścieżki dla rowerów. Niemal wszyscy biegali ze słuchawkami na uszach, jakby muzyka mogła ich oddzielić od całego tego hałasu i smrodu spalin. Nie mogłam pojąć sensu takiej rozrywki. Patrzyłam z przerażeniem na biegających facetów z ogolonymi nogami.
Gdzie ja jestem?
Szłam dość długo, a wokół mnie zaczęło się pojawiać coraz więcej ludzi. Raczej podążając za nimi, niż jakoś specjalnie o tym myśląc, skręciłam w stronę starego nabrzeża, najwyraźniej zamienionego w miniaturę dawnego San Francisco z wąskimi uliczkami i piętrowymi domami ze sklepem przy sklepie. Tłum zgęstniał do tego stopnia, że zaczęłam poruszać się w nieregularnej tyralierze, ósemką, dziesiątką, rząd za mną, rząd przede mną. Nie miałam ochoty ani na owoce morza na sto sposobów, ani na kawę, ani na włóczenie się po sklepach z pamiątkami.
Obróciłam się na pięcie i tą samą drogą chciałam wrócić do mojej ławki.
Tymczasem mgły opadły i słońce paliło już tak, jak się tego po nim spodziewałam. Na myśl o dwudziestu co najmniej minutach marszu rozprażonym, pozbawionym cienia bulwarem zrobiło mi się niedobrze. Przeszłam bohatersko na drugą stronę ulicy i ruszyłam zacienionym chodnikiem, czujnie popatrując na boki.
Mijając kolejny mur, usłyszałam muzykę i kobiecy głos, głęboki, melodyjny, lekko swingujący. Zajrzałam przez furtkę i poczułam się, jakbym odnalazła magiczne przejście do innego wymiaru.
Za szarym murem ukrywał się nieduży park z sadzawką, mostkiem, rozrośniętymi drzewami, kaskadą kolorowych krzewów i wypielęgnowanymi trawnikami. Siedzieli na nich i polegiwali ludzie w garniturach i dresach, starzy i młodzi. Na mostku rozłożył się zespół muzyczny z wielką, płomiennowłosą czarną wokalistką. Z boku, na trawie jakaś kobieta tańczyła w kółeczko z małą dziewczynką.
Usiadłam na ławce pod magnolią i uznałam, że jak na mnie dość turystyki na dzisiaj.
W przerwie koncertu wydobyłam z plecaczka cudo, z którego miałam zadzwonić do Marcina. Znowu miałam ochotę się rozpłakać i może bym się nawet rozpłakała, gdyby na końcu ławki nie przysiadła okrąglutka staruszka w granatowej bejsbolowej czapeczce. Usiadła, rzuciła mi przyjazne spojrzenie, jak oni wszyscy tutaj, zupełnie bez powodu, po czym z kieszeni baloniastych dżinsów wyciągnęła identyczną komórkę jak ta moja i po prostu zadzwoniła.
No nie, pomyślałam sobie, naprawdę jesteś głupsza od tej miłej babci? Tak! – zawołały chórem moje diabły. Nie! – odkrzyknęły anioły, a może odwrotnie, bo nadal przecież nie wiedziałam, jakie duchy przywiodły mnie do tego świata jak z obrazka. Wyszłam ze stuporu i po paru minutach prób i błędów dodzwoniłam się do Marcina.
– Czy już? – zapytałam.
Chyba niezupełnie, bo chwilę z kimś jeszcze szeptał, na coś się umawiał, po czym powiedział mi, że podjedzie za pół godziny.
Przez te pół godziny na krok nie ruszyłam się z mojej ławki.
Poszliśmy w stronę Golden Gate, Marcin chciał mi pokazać dzielnicę, którą odbudowano z ruin po ostatnim wielkim trzęsieniu ziemi.
– Chcesz powiedzieć, że one też są z drewna? – zapytałam, pokazując na stupiętrowe bankierskie twierdze.
– A skąd, są ze stali i szkła – odparł. – Tylko wszystkie mają fundamenty na specjalnych rolkach.
– I jak ziemia się trzęsie, to się kołyszą?
– Do pewnego stopnia.
No cóż, lepiej się zakołysać i wzburzyć, niż od razu złamać, czyż nie?
– Czym ty się właściwie zajmujesz? – zapytałam w drodze powrotnej. Może ciut późno, ale do tej pory inne pytania wydawały mi się pilniejsze.
Marcin się roześmiał.
– Zapewniam zdrowy sen przedsiębiorcom, akcjonariuszom i prezesom dużych firm.
Nic mi to nie mówiło, musiałam chyba mimowolnie wzruszyć ramionami, bo już niepytany wyjaśnił:
Doradzam firmom, jak mogą zabezpieczyć swoje systemy komputerowe i bazy danych przed awariami, katastrofami i atakami z zewnątrz.
A któż by je atakował?
Każdy, kto chciałby wiedzieć, co w nich jest, a nie miał do tego uprawnień, każdy, kto chciałby się szybko wzbogacić, jeśli to systemy przepływu gotówki, a jest tego całkiem sporo. Większość naszych klientów to banki, korporacje, ale są też sklepy internetowe.
– I jak się atakuje taki sklep?
To proste. Można na przykład zablokować cały system lawiną pytań z kilku zewnętrznych serwerów – rozkręcał się z każdym słowem – choćby z Rosji albo z Korei Południowej, co sprawi, że system będzie odpowiadał tylko na te pytania, a nie na pytania klientów.
Jakie pytania?
Choćby o najnowszego Kinga czy Clancy'ego, jeśli to księgarnia internetowa. Przychodzi na przykład w ciągu minuty milion bezsensownych pytań, a normalny klient nie ma szansy wejść na stronę sklepu i zamówić tego Kinga, bo serwery są zapchane.
– I to jest kłopot?
– Tak, księgarnia nic nie zarabia, bo nie dostaje zamówień. Taki atak nazywa się „denial of service”. – Spojrzał na mnie. – No i wtedy się „prosi” o haracz.
Chyba nie wyglądałam na specjalnie przejętą.
Wieczorem znowu poszliśmy na spacer i wtedy doszło do poważnej kłótni.
Dasza, czy chciałabyś mieć dzieci? – zapytał Marcin ni stąd, ni zowąd.
Ja już mam dziecko – rzuciłam lekko.
– Szkoda – mruknął.
– Ja nie żałuję.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu. Marcin włożył ręce do kieszeni, wysunął się do przodu, zawrócił i stanął z boku, przodem do mnie. Słońce prześwitywało mu przez rękawy niebieskiej koszuli, okulary. Stał w aureoli zachodzącego słońca.
– Mówiłem ci, że szukam kogoś, kto chce mieć dzieci. Chcę być ojcem. To jedyny warunek, jaki stawiam. Jeśli nie, to ja szukam dalej.
Poczułam, że robi mi się gorąco. Słońce zaszło, wszystko we mnie opadło.
– Nie wydaje ci się, że próbujesz mną manipulować? – zapytałam bardzo spokojnie, choć czułam, że głos zaczyna mi się trząść. – W takim razie co będzie, jeśli ja nie będę już chciała mieć dzieci?
– Może nie będziemy mogli być razem – odpowiedział, patrząc na mnie z powagą.
Myślałam, że szlag mnie trafi na miejscu.
– Co to jest? Co ty sobie wyobrażasz?
– Dasza…
Ośmielasz się stawiać mi jakieś warunki? Za kogo ty się masz? – ruszyłam, nie oglądając się, w stronę domu. Jego cholernego domu!
Читать дальше