Podtrzymywałam. Tyle że nie z nią.
Kochany mój, tak bardzo za Tobą tęsknię. Wszystko we mnie biegnie do Ciebie. Jest mi ciężko. Jest mi pusto. Cała jestem oczekiwaniem. Chodzę jak zaczadzona. Szukam samotności. Noszę cały czas przy sobie Twoje listy i zdjęcia. Dowody na istnienie. Dowody na to, że to nie sen.
Tak bardzo chciałabym obudzić się obok Ciebie. Czuć Twoje ciepło. Na innej półkuli, w innym mieście, w innym domu i w innym łóżku – szukam Cię nad ranem.
Jestem szczęśliwa. Jest piosenka Osieckiej o tym, że mija młodość jak woda, czoło chmurzy się częściej -
a tu nagle pogoda
taka dobra pogoda
odpowiednia pogoda na szczęście.
Nie myślałam, że może być aż tak dobrze. Tak, że aż boli.
Liczę dni do Twojego przyjazdu. Myślę o naszym dziecku.
Całuję Cię iv szyję i jestem blisko,
Dasza
Ledwie zdążyłam wysłać list, po południu listonosz przyniósł mi słowo na niedzielę. Pola patrzyła z lekkim politowaniem, jak płaczę, czytając list od Marcina. Było też w tym spojrzeniu trochę zazdrości i podziwu. A może mi się przywidziało.
Najmilsza moja, tak się cieszę, że nie zabrakło Ci odwagi i przyjechałaś do mnie. Czuję się najszczęśliwszym i najsmutniejszym człowiekiem na świecie. Znowu jesteś daleko.
Jest noc. Czuję jesień w powietrzu. Wino, herbata, ciemność, smutek. Gdzie jesteś? Śpisz jeszcze. Kocham Cię w Twoim śnie.
Chyba jestem sentymentalny. Znalazłem Twój włos i się wzruszyłem. Pomiotało mną totalnie. Jeszcze miota. Patrzę na Twoje zdjęcie – i miota jeszcze bardziej. Nie patrzę – też miota. Jak sobie z tym poradzić?
Minął tydzień od Twojego wyjazdu. Poduszka leży nietknięta. Ciągle się budzę i sięgam po Ciebie z drugiej strony łóżka. To niesamowite, że Ty też o tym piszesz.
Miota. Tak bardzo mi Ciebie brakuje.
Jadę samochodem i łzy mi lecą, wycieraczki nie pomagają. Kiedy ktoś mnie pyta, „jak leci?”, łzy kręcą mi się w oczach. Miota. Może powinienem brać prozac albo coś w tym rodzaju.
Jutro daję Helen czek, który kończy nasze rozliczenia majątkowe. Będzie ciężki dzień.
Już wkrótce będziemy razem. Aż do następnego rozstania. Miota,
Marcin
PS Dziś lecę do Bostonu na konferencję (coś tam nawet prezentuję, choć wolałbym raczej zaśpiewać…), a we wtorek do Santa Monica. Będę dzwonić jak zwykle.
Chyba będzie wczesna zima. Bociany już odleciały. Elka mówiła, że z Bączyna uciekały, jakby im się pod skrzydłami paliło. A ja nie mogłam się doczekać śniegu i Marcina pod choinką, za choinką, w choince. Zamiast spać, wyobrażałam sobie nasze życie, jak będą wyglądały nasze święta, u kogo najpierw (u mojej mamy), co mu dam w prezencie (to już ja wiem najlepiej). Skręcało mnie z tęsknoty. A to dopiero początek września…
We wtorek popołudniowa próba została odwołana. Miałam wolne na nicnierobienie, na rowerową wycieczkę na koniec świata, na oglądanie fotek z Kalifornii, z Bączyna, ze zjazdu. Dopiero na zdjęciu, na którym siedzimy lekko napruci i patrzymy radośnie Panu Bogu w okno, zauważyłam, że Marcin zezuje nieco na prawe oko. Wcześniej tego nie widziałam. Pobiegłam do kuchni. Na stole stało zdjęcie Marcina, które własnoręcznie zrobiłam. Eee, wcale nie widać. Może mu tak zezuje tylko po pijaku.
Robiłam herbatę, gdy zadzwoniła komórka.
Trześniewski? Co za niespodzianka!
Dzwonił ten twój?
O co ci chodzi, Grzesiek? Myślałam, że już to sobie wyjaśniliśmy. – Chciałam rzucić telefonem, ale było coś w jego głosie…
Mam nadzieję, że nie leciał dziś w żadnym z tych samolotów. Włącz telewizor. W Ameryce wojna. Pół Nowego Jorku w gruzach. Samoloty wbite w drapacze chmur. Pewnie go tam nie było, ale cholera wie. Dasza? Słyszysz mnie?
Nie słyszałam. Powoli odłożyłam telefon.
Poczułam lekkość bytu w kolanach.
Znowu spojrzałam na zdjęcie Marcina. Starłam z ramki kurz, którego nie było. Ze zdjęciem w ręku podeszłam do telewizora. Zdążyłam na scenę zawalenia się jakiegoś budynku.
– „Dostaliśmy właśnie informację z CNN, że w wieżę południową uderzył samolot American Airlines lecący z Newark do Los Angeles. W budynek po stronie północnej uderzył najprawdopodobniej samolot United Airlines lecący z Bostonu do Los Angeles. Widzimy teraz powtórkę tej sceny”.
Glos niewidzialnej komentatorki zlał się z odgłosami samolotów walących w budynki, krzykiem przerażonych tłumów, stłumionym dystansem tysięcy kilometrów i wielu stref czasowych. Po chwili zobaczyłam powtórkę ze skakania z okien. Dym i gruz. Samolot znikający w budynku i tysiące aniołów.
Marcin. Gdzie jest Marcin?
Był w Bostonie. Miał jechać do Santa coś tam.
Telefon. Spokojnie, gdzie jest telefon? Przed chwilą tu był.
Próbowałam wybrać numer na domowym. Nie pamiętałam, nie trafiałam palcami.
Komórka.
Oddzwoń na ostatni numer.
Dzwonię.
Pii – paa – puu. „All circuits are busy now. Please hang up and dial again later”.
Jaki cyrk? Nie ma later. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze.
Nawet nie ma nagrania, tylko sygnał pulsujący szybciej niż moje serce.
Dzwoni. Domowy. Mama.
– Nie, nic nie wiem. Nie, nie miał być w Nowym Jorku. Jakieś inne samoloty? Z Waszyngtonu? Nie. Boston, jest w Bostonie. Napisał, zaraz: „we wtorek do Santa Monica”.
Dziś jest wtorek. U mnie jest popołudnie, a u niego? Gdzie jest do cholery Santa Monica? Dzwoni Elka.
– Santa Monica? W Kalifornii, gdzieś na południu, koło Los Angeles. Na pewno wszystko jest w porządku, tylko nie ma jak zadzwonić. Nie martw się. – Nie miałam siły wypowiedzieć nawet słowa. – Daj mi jego numer, ja też będę dzwonić. Wiesz co, przyjadę do ciebie. Gdzie Pola?
– Zaraz przyjdzie – szepnęłam.
– To jeszcze lepiej. Razem zaczekamy. Przecież zadzwoni powiedzieć, że jest cały i zdrowy. Dasza, no co ty? Już jadę.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Pewnie znowu tynk się posypał.
– Jesteś, córeczko? – To ja mówię tym drżącym głosem?
– No, co ty, mamo!
Mówię, ruszam ustami, ale ten głos… Nowy Jork. Samoloty. Katastrofa. Marcin.
Co: Marcin? Był w Nowym Jorku?
Nie, w Bostonie.
To co?
Ale samolot z Bostonu…
Mama, takich jak on to nie biorą do nieba za szybko – roześmiała się zadowolona z dowcipu.
Dziecko, a co ty wiesz…
Do nieba! Boże. Dotarło do mnie.
Stałam, wyrwana z własnych objęć, z telefonem w ręku, pewnie siwa.
To nie tak. To niesprawiedliwe. Ja… To nie tak miało być.
Może zadzwonił do rodziców, a do mnie już mu nie starczyło… Pieniędzy? Czasu?
– Mówi Dasza. Ja się bardzo niepokoję o Marcina, czy mu się nic nie stało. Może dzwonił? Nie? Pewnie wszystko jest w porządku. Tak, wiem. Proszę powiedzieć panu Zalewskiemu, że ja bardzo… I bardzo proszę zadzwonić, gdyby… tak, rozumiem.
Pola podkręciła dźwięk w telewizorze. Po całym domu dudniło:
– „Trudno opisać bezmiar tragedii, jakiej dzisiaj doświadczył Nowy Jork, i jak się dowiadujemy Waszyngton…”.
Trudno opisać bezmiar mojej…
Elka weszła bez pukania. Popatrzyła pytająco. Pokręciłam głową.
Nie dzwonił.
Zabrałam się do robienia kanapek, rozsmarowywania serka topionego, podgrzewania chleba w tosterze, zaparzania herbaty w czajniczku, dzwonienia łyżeczkami na trwogę.
Czekamy. I nic. Nie dzwoni.
Umarły by zadzwonił, a on nie!
Już ja mu powiem, jak się wreszcie odezwie.
Niech go szlag trafi z tym całym byciem razem, skoro nie potrafi zadzwonić w takiej chwili.
Читать дальше