Jak miałem zadzwonić?
Jechałem ostatnim wynajętym samochodem do Kalifornii. Wpadłem na ten pomysł, gdy tylko się dowiedziałem, że zamknęli przestrzeń powietrzną nad USA. Dopiero po kilku godzinach dotarło do mnie, że gdybym się sprężył i chciał polecieć wcześniej, to pewnie bym znalazł miejsce na tamten poranny rejs United 175 do LAX. Ale się nie sprężyłem i jechałem teraz przez obrzeża Massachusetts autostradą nie do nieba, tylko 1 – 90 na zachód.
W przyhotelowej wypożyczalni Hertza okazało się, że mój pomysł nie był zbyt oryginalny. Spotkałem kolegę z konferencji i konkurencji, który właśnie negocjował odstawienie samochodu w San Francisco. Pieprzę Los Angeles. Zgodził się, żebym zapłacił mu połowę kosztów i teraz jechaliśmy w milczeniu, każdy z telefonem w ręku, próbując się dodzwonić.
Udało mi się dopiero w okolicach Springfield.
– Danka? Nie, nie jestem duchem. Cały i zdrowy. Nawet nie byłem blisko, tylko nie mogłem się dodzwonić, no i teraz jadę samochodem do Kalifornii. Ile? Nie wiem, dwa, trzy dni, choć jak będziemy prowadzić na zmianę, to szybciej. Czy dzwoniła…? Tak, zaraz do niej zadzwonię. Daj ojca, co? Tato? Wszystko OK. Ja nawet nie bardzo wiem, co się stało. Nikt tego nie wie. Ty wiesz? – Islamiści? Dlaczego oni? Zobaczymy. Nie, jeszcze nie wiem. Dobrze, kończę. Dzwonię do Daszy.
Minęliśmy właśnie stojący przy wjeździe na most samochód z żołnierzami z M16. Tyle wiedziałem. Żołnierze? To chyba mało możliwe? Pewnie Gwardia Narodowa. Odezwał się we mnie konstytucjonalista za dychę.
Nick, bo tak się nazywał kolega z konkurencji, rozmawiał z żoną (czy kochanką?) i w pół słowa się rozpłakał. Zacząłem się bać. Nie znałem nikogo, kto pracował w Twin Towers w Nowym Jorku, ale on przeniósł się stamtąd do San Francisco zaledwie pół roku temu. W końcu Nick pokazał, że wszystko z nim OK. Nie było OK. Teraz już szlochał. Ale zwolnił. Na szczęście.
Dasza. Sygnał. Drugi.
Halo?
Daszka!
Chciałam go zabić, zasztyletować, powiesić, utopić. Jak mógł?! Tak zwlekać!
Won z mojego życia!
Dopiero po minucie dotarło do mnie to, co mówił.
Samochodem z Bostonu do San Francisco? Telefony nie działają w większych miastach!? No, nie działają już także w mniejszych, jak Olsztyn.
Jakie to wytłumaczenie, że nie zadzwonił?
Rozpłakałam się, wściekłam się, lub odwrotnie. Tak, też go kocham. I co z tego? Jak mógł mnie tak zostawić? W takiej rozpaczy? Co ja myślałam? A skąd niby miałam wiedzieć, że nie poleciał z samego rana? Ja bym poleciała.
Boże, z kim ja się zadaję! Jak można być tak nieczułym. I co z tego, że nie rozumie, czemu tak krzyczę?
– Nienawidzę cię! Kocham cię. Ja już nie chcę… Jak się dowiedziałam? Trześniewski zadzwonił… Bardzo śmieszne!
Pola, milcząc wymownie, stała w drzwiach do dużego pokoju, gdzie przyniosłam telefon na długim kablu i ładowarkę do komórki. Patrzyła na mnie z pobłażliwością, jakiej mogłabym oczekiwać od kogoś dużo starszego. Tkwiła tam, w piżamie w różyczki, tak jakby miała znowu siedem lat. I wiem, że za tą pobłażliwością był niepokój o mnie.
Byleby wojny z tego nie było – mruknęła Elka, wyciszając kolejnego dyżurnego głosiciela prawd słusznych w telewizyjnym studio.
O czym ty mówisz? – jęknęłam.
Masz rację – odpowiedziała, raczej własnym myślom niż mnie. – Wojny nie będzie, ale utrudnienia w podróżowaniu na pewno, kto wie, jak długo…
Na swoje, a może na moje szczęście przymknęła się i poszła po coś do kuchni.
No pewnie, to logiczne. Skoro raz w życiu coś mi się mogło udać, to oczywiste, że musi nastąpić ogólnoświatowy kryzys. Tym razem nie zdążę nawet nic spieprzyć. Wystarczy, że Amerykanie zawieszą loty do Europy! Na przykład na rok.
Zaledwie za Elką zamknęły się drzwi, zasnęłam, jak stałam. Z nieumytymi zębami i w ciuchach poplamionych ginem. Ach, bo po telefonie Marcina był gin, dużo ginu.
Obudziła mnie Pola wychodząca do szkoły.
Tym razem uśmiechała się z politowaniem.
– No wiesz, mamo…
– Wiem.
W ostatnich dniach października, kiedy już można było jako tako latać, przyjechałem do Polski na rozmowę o pracy w warszawskim oddziale CBDQ, wielkiej międzynarodowej firmy audytowej. Dostałem kilka innych ofert – no dobrze, dwie – ale ta mile połechtała moje ego. Wiedziałem, że jeśli mi się uda tutaj, to dalej zawodowo poszybuję już jak rakieta. Choćby w kosmos. Choć ostatnio miałem pewne obawy przed lataniem.
O dziwo, samolot wylądował bez opóźnienia. Nie było delegacji powitalnych. Była za to brygada antyterrorystyczna. Cóż za gościnność.
Wypożyczyłem samochód na Okęciu. Boże, ile to tutaj kosztuje! I ruszyłem… nie, stanąłem.
To jest jedyne w swoim rodzaju przeżycie – nagle przesiąść się do samochodu z ręcznymi biegami i sprzęgłem w miejscu, w którym zwykle jest hamulec. Dobre sto metrów przejechałem żabimi skokami, zanim na nowo skoordynowałem nogi i ręce, i zacząłem dostrzegać nazwy ulic, których – tradycyjnie – niemal nie sposób przeczytać z jadącego samochodu.
Spocony jak ruda mysz podjechałem do hotelu nieco się ogarnąć.
Trzy godziny później, punktualny do bólu, cudem zaparkowałem przed wieżowcem strzelającym w niebo niemal ze środka ulicy Jana Pawła. Może jednak trzeba było jechać tramwajem. Wszedłem do recepcji CBDQ. Mimo stosunkowo wczesnej godziny biurowiec wydał mi się wyludniony. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to po prostu ludzie zachowują się mniej hałaśliwie. Byłem w Polsce.
Zaakceptowali mnie w trakcie jednej rundy. Było to pięć rozmów z partnerami, managerami i szefową HR, znaczy kadrową. Do późnego wieczoru.
Podpisałem kontrakt. Pracę zaczynałem od pierwszego marca. Świat przyspieszył, choć jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo.
Na razie wróciłem do hotelu. Byłem tak zmęczony, że nie zadzwoniłem nawet do Daszy pochwalić się sukcesem. Oglądałem telewizję, bardziej skupiając się na ruchu warg prezydenta, komentarzu kogoś z opozycji, koncercie Pavarottiego. Kupiona w podziemiach hotelu flaszka whisky, z lodem z automatu na korytarzu, to grzała, to chłodziła znakomicie. Zasnąłem przy hymnie narodowym. Czułem się spełniony, doskonały, kochany i pożądany. I to jak.
Następnego dnia z samego rana ruszyłem do Olsztyna po Daszę, Polę i Figę.
I zaczęła się bonanza.
Wyglądało na to, że wszyscy poza mną uczyli się jeździć, oglądając wysokobudżetowe filmy sensacyjne. Na prawdziwej amerykańskiej wylotówce z dużego miasta nikomu z nich nie udałoby się przejechać w tym stylu nawet pięciu kilometrów, bo natychmiast zatrzymałby ich policyjny patrol, zawiadomiony przez innych kierowców.
Byłem siny z przerażenia, nogi i ręce znowu zaczęły mi się plątać. Co za kretyn wymyślił ręczne biegi? Znowu jechałem żabimi skokami. To za szybko, to za wolno. Nie, bynajmniej nie byłem samobójcą. Nie teraz, dziękuję bardzo.
Odetchnąłem nieco, gdy już odbiłem z drogi gdańskiej w stronę Olsztyna. Dalej trafiłem jak po sznurku.
Zgodnie z planem skręciłem z wylotówki na Nagórki, dojechałem i… nic.
Niby rozpoznawałem osiedle i bloki, ale byłem zupełnie bezradny. Poprzednio Dasza prowadzała mnie za rączkę do domu i z domu, dopiero teraz z przerażeniem stwierdziłem, że ulica Orłowicza po prostu nie istnieje. To tylko zbiorowa nazwa kilkunastu bloków rozrzuconych na wzgórku.
Trafiłem za szóstym podejściem. Tak, zapytałem panią w kiosku o drogę. Bolało.
Читать дальше