Tertujak prawie go nie słyszał. Zdawało mu się, że czaszkę wypełnia mu wrzątek. Jego świadomość pracowała z szaloną prędkością, przed oczami przemykały wszystkie wyryte w pamięci obrazy, próbował zobaczyć je inaczej i znaleźć w nich nowy sens: wszystko, wszystko musiał zrozumieć na nowo. Przestało być prawdą, co było prawdą od zawsze.
Co mówił wciąż tak wytrwale obcy? Nie rozumiał go. Widział tylko to zdjęcie i próbował pojąć prawdę w całym jej wymiarze: cesarz nie żył.
– …hałas na zewnątrz?
– Co? – Tertujak ocknął się z zamętu myśli i uczuć jak z sennego koszmaru. Teraz też usłyszał. Z zewnątrz docierały głośne dźwięki, wołanie, krzyki i uderzanie metalu o metal. Brzmiało to groźnie.
Jednym skokiem handlarz stanął na nogi, znalazł się przy drzwiach, pociągnął klapę wozu i wystawił głowę. Widział pochodnie, biegających ludzi, cienie i ciemne kontury wierzchowców, galopujących po obozowisku. Odgłosy walki. Zatrzasnął drzwi i macał mięsistym łapskiem, szukając łańcuszka na szyi.
To już koniec, pomyślał.
– Co się dzieje? – spytał obcy.
– Rozbójnicy – odpowiedział handlarz nienaturalnym głosem. – Napadli na obóz.
– Rozbójnicy?
– Złodzieje włosianych kobierców. – Nie myliło go więc złe przeczucie. Oczywiście. Tutaj, krótko przed jedyną przełęczą przez ciągnące się szeroko w dal wzgórza Zarrak, było idealne miejsce na zasadzkę.
– Myślisz, że chcą ukraść włosiane kobierce?
Tertujak skinął głową.
– Ale jaki to ma sens? Co poczną tacy pustynni rabusie z włosianymi kobiercami?
– Sprzedadzą je innym handlarzom – wyjaśnił pośpiesznie Tertujak, próbując gorączkowo znaleźć wyjście z katastrofy. – Jest wyznaczona od wieków ilość dywanów, którą handlarz musi się wykazać po powrocie z trasy do miasta portowego. Jeśli nie będzie miał przepisanej ilości, wówczas zgodnie z kodeksem honorowym handlarzy powinien sam się zabić.
– A rozbójnicy sprzedają zrabowane dywany innym handlarzom, którzy mają problemy z ilością, lecz zależy im na życiu? – domyślił się rebeliant, a jego oczy błyszczały teraz jasno.
– Właśnie.
W kark handlarza wbijała się jak pazur myśl przypominająca prastary, pokryty kurzem głos, mówiący: Słuchałeś heretyka i on cię zwiódł. Uwierzyłeś mu, naprawdę mu uwierzyłeś – teraz zostaniesz za to ukarany!
Tertujak podniósł zdjęcie martwego cesarza i podał je jeńcowi.
– Nie masz broni? – spytał tamten i niespokojnie szarpnął łańcuchami.
– Mam żołnierzy.
– Zdaje się, że nie na wiele się zdadzą.
Tak, pomyślał Tertujak. To będzie już koniec.
Odgłosy walki zbliżały się, dzikie wrzaski i szczęk stali. Rozległ się krzyk przenikający do szpiku kości i o wóz coś uderzyło, jakby ludzkie ciało. Z zesztywniałych ze strachu palców handlarza wysunęły się zerwane resztki cienkiego łańcuszka, spadły na podłogę i zniknęły między futrami.
Przez przerażającą chwilę było zupełnie cicho. Potem drzwi wozu otwarły się i w świetle kopcącej pochodni ujrzeli pociemniałe, wysmarowane krwią twarze.
– Bądź pozdrowiony, handlarzu Tertujaku – zagrzmiał szyderczo pierwszy mężczyzna, brodaty olbrzym, na którego czole widniała stara blizna. – Wybaczcie, proszę, że musimy was niepokoić tak późno wieczorem…
Wskoczył do wnętrza wozu, za nim trzech towarzyszy. Ironiczny uśmiech zniknął z jego twarzy, jakby kosztował go zbyt wiele wysiłku. Rzucił przelotne spojrzenie na jeńca, potem wskazał handlarza.
– Przeszukajcie go! – rozkazał.
Mężczyźni rzucili się na handlarza, darli na nim ubranie i szperali między fałdami, szarpali jego rzeczy, aż wisiały na nim same strzępy, jednak nie znaleźli tego, czego szukali.
– Nic.
Przywódca zbliżył się do Tertujaka i spojrzał na niego ostrym wzrokiem.
– Gdzie jest klucz do wozu z dywanami?
Tertujak przełknął ślinę.
– Nie mam go.
– Nie opowiadaj bajek, tłuściochu.
– Ma go jeden z moich ludzi.
Brodacz zaśmiał się z niedowierzaniem.
– Jeden z twoich ludzi?
– Żołnierz, na którym całkowicie polegam. Kazałem mu uciec, gdybyśmy zostali napadnięci.
– Niech to diabli! – W przypływie złości przywódca uderzył go w twarz tak mocno, że handlarz przewrócił się. Miał rozciętą dolną wargę, ale nawet nie pisnął.
Pozostali zaniepokoili się.
– Co teraz zrobimy?
– Weźmiemy cały wóz – zaproponował jeden z nich, krępy mężczyzna, na jego prawej ręce widać było zakrzepłą krew, nie wyglądała na jego własną. – Jakoś go otworzymy…
– Idiotyzm! – ofuknął go brodacz. – Jak myślisz, po co ten wóz jest opancerzony? Nie uda się. Musimy mieć klucz.
Rabusie patrzyli na siebie. Z zewnątrz dochodziły jeszcze pojedyncze odgłosy walki.
– Moglibyśmy o świcie przeszukać całą okolicę – stwierdził inny. – Człowiek bez konia nie ucieknie przecież daleko.
– A skąd wiesz, że nie wziął konia? – spytał krępy.
– Bądźcie cicho! – rozkazał przywódca stanowczo i odwrócił się ponownie do handlarza, z którego wargi kapała krew. – Nie wierzę – powiedział, a jego głos zabrzmiał niebezpiecznie cicho. – Nie wierzę, że handlarz mógłby wypuścić z ręki klucz do wozu z włosianymi kobiercami. – Przyjrzał się Tertujakowi badawczo. – Otwórz usta.
Handlarz nie zareagował.
– Mówię, że masz otworzyć usta! – wrzasnął na niego brodaty olbrzym.
– Dlaczego? – spytał Tertujak.
– Bo myślę, że chcesz nas oszukać. – Nagłym, brutalnym ruchem chwycił brodę handlarza i zmusił go do otwarcia ust.
– Widzę w twoim gardle kilka świeżych zadrapań – oznajmił i spojrzał na handlarza ze współczuciem. – Nie wierzę w twojego żołnierza. Wiesz, co myślę? Myślę, że połknąłeś klucz!
Oczy handlarza zrobiły się nienaturalnie wielkie. Nie był już w stanie nic powiedzieć, tylko jego wzrok zdradzał prawdę.
– No? – wyszeptał rozbójnik. – Mam rację?
Tertujak zakaszlał, jakby się dławił.
– Tak – wykrztusił z trudem.
Ostatni cień miłosierdzia zniknął nagle z oczu brodacza, gdy sięgnął za siebie i zza pasa wydobył nóż o długim, ostrym ostrzu.
– Nie powinieneś był tego robić – powiedział cicho. – Naprawdę nie powinieneś był tego robić.
Wąska uliczka spała jeszcze. Lekka poranna mgła zawisła między chylącymi się frontami domów, mieszała się ze swędem wystygłych kominków, w których w ciągu nocy wygasł ogień, i gdy pierwsze promienie słońca łaskotały szczyty dachów niewielkich, koślawych chat, wszystko wyglądało jak zanurzone w delikatnym świetle z sennego marzenia. W niektórych ciemnych zakamarkach leżeli na gołej ziemi śpiący żebracy, podobni do kopczyków ziemi, owinięci aż po czubek głowy w potargane koce. W śmieciach grzebało z zapałem kilka małych gryzoni, na tyle sytych, by łaskawie omijać śpiących, niektóre z nich odważyły się podejść, węsząc, aż na środek uliczki, do wąskiego rynsztoka, w którym leniwie szemrała woda.
Przestraszone odskoczyły na bok i jak za pociągnięciem sznurka zniknęły w swoich norach, gdy szczelnie osłonięta postać nadeszła szybkim krokiem, dysząc, potykając się, pospiesznie skradając z jednego cienia w drugi, w końcu dotarła do domu nauczyciela gry na flecie Opura. Głucho zabrzmiały dwa uderzenia kołatką.
W tym momencie na piętrze domu obudził się z niespokojnego snu stary człowiek, patrzył w sufit i zastanawiał się, czy słyszany przed chwilą hałas pochodził ze snu, czy był rzeczywistością. Wtedy stukanie rozległo się ponownie. Więc jawa. Odrzucił kołdrę, wsunął stopy w pantofle, sięgnął po znoszony szlafrok i założył go, podchodząc do okna, by je otworzyć. Spojrzał w dół na ulicę, pustą, opuszczoną, cuchnącą jak każdego ranka zjełczałym tłuszczem.
Читать дальше