Ференц Молнар - Chłopcy z Placu Broni
Здесь есть возможность читать онлайн «Ференц Молнар - Chłopcy z Placu Broni» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Детская проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Chłopcy z Placu Broni
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3.17 / 5. Голосов: 6
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Chłopcy z Placu Broni: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Chłopcy z Placu Broni»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Chłopcy z Placu Broni — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Chłopcy z Placu Broni», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
— Pobiliśwa ich!
Boka odpowiedział mu smutnym uśmiechem. Ale Jano wpadł w zapał:
— Pobiliśwa!.. Wyrzuciliśwa!.. Wypędziliśwa!..
— Tak, tak — odpowiedział cicho generał.
Po czym stanął przed Słowakiem i po chwili milczenia zapytał:
— A czy wiecie, Jano, co się stało?
— A co takiego?
— Umarł Nemeczek!
Słowak szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. Potem wyjął z ust fajkę.
— A który to był, ten Nemeczek?
— Ten mały, z jasnymi włosami.
— Aha! — odparł Słowak i włożył fajkę w usta. - Bidna chudzina.
Boka minął furtkę. Przed nim rozciągał się cichy i pusty Plac, który był miejscem tylu wesołych zabaw. Boka powoli przemierzał Plac, aż dotarł do szańca, gdzie widać jeszcze było ślady walki. W piasku odcisnęły się ślady wielu stóp. A nasyp szańca osunął się pod nogami ruszających do ataku chłopców.
W ciemnościach czerniały obok siebie masywy sągów ze zbudowanymi na ich szczytach fortecami. Ściany fortec od góry do dołu obsypane były prochem strzelniczym, czyli piaskiem.
Generał usiadł na nasypie szańca i oparł podbródek na dłoniach. Panowała kompletna cisza. Żelazny komin tartaku całkiem już ostygł i czekał ranka, żeby znów zapalono pod kotłem. Odpoczywała piła parowa, zasypiał opleciony winoroślą tartak. W dali słychać było, jak przez sen, wielkomiejski hałas. Przejeżdżały powozy, rozlegały się okrzyki, a z otwartego, oświetlonego już okna kuchennego w oficynie jednego z sąsiednich domów dobiegał wesoły śpiew jakiejś służącej.
Boka wstał i ruszył w stronę budki Słowaka. 'Zatrzymał się w miejscu, w którym Nemeczek powalił na ziemię Feriego Acza niczym Dawid Goliata. Pochylił się i szukał śladów stóp, śladów małych, kochanych stóp, które tak samo znikną z tego piasku jak ukochany przyjaciel zniknął z tego świata. Ziemia była w tym miejscu stratowana i żadnych śladów nie sposób już było rozpoznać. A przecież Boka natychmiast rozpoznałby ślady Nemeczka, bo były tak małe, że zadziwiły nawet czerwonych, kiedy owego pamiętnego dnia odkryli je w ruinach Ogrodu Botanicznego. Stopy Nemeczka mniejsze były nawet od stóp Wendauera…
Wzdychając szedł dalej, do fortecy numer trzy, na której Nemeczek po raz pierwszy zobaczył Feriego Acza. A Feri Acz zawołał do niego: „Nie boisz się, Nemeczku?!”
Generał był zmęczony. Dzisiejszy dzień wyczerpał jego siły. Zataczał się, jakby wypił mocnego wina. Z trudem wspiął się na fortecę numer dwa i tam przysiadł, aby odpocząć. Nikt go tu nie mógł zobaczyć, zakłócić spokoju. Miał czas pomyśleć o tym, co się wydarzyło, i wypłakać się do woli, gdyby mógł płakać.
Wiatr niósł w jego stronę głosy. Spojrzał ze swojej fortecy w dół i spostrzegł obok budki ciemne sylwetki dwóch chłopców. Nie rozpoznał ich w ciemnościach, więc zaczął przysłuchiwać się głosom. Swoi czy obcy?
Chłopcy cicho ze sobą rozmawiali.
— Wiesz co, Barabasz — powiedział jeden z nich — jesteśmy teraz akurat w tym miejscu, w którym Nemeczek ocalił nasz Plac.
Milczeli chwilę. Po czym znów odezwał się ten sam głos:
— Wiesz co, Barabasz, pogódźmy się w tym miejscu raz na zawsze, ale już tak naprawdę. Nie ma sensu, żebyśmy się ciągle ze sobą kłócili.
— Zgoda — powiedział ze wzruszeniem w głosie Barabasz — ja też chcę się z tobą pogodzić. Przecież po to przyszliśmy tutaj.
Znów zapanowała cisza. Chłopcy stali w milczeniu naprzeciw siebie, czekając, kto pierwszy wyciągnie rękę. Wreszcie odezwał się Kolnay:
— No to zgoda!
Barabasz, ciągle wzruszony, odpowiedział:
— No to zgoda!
Podali sobie ręce, a potem bez słowa padli sobie w objęcia.
A więc w końcu i to nastąpiło! Stał się cud. Boka patrzył na tę scenę ze szczytu fortecy, ale nie zdradził swojej obecności. On również chciał być sam, a poza tym czuł, że jest im potrzebny jak dziura w moście.
Po chwili obaj chłopcy ruszyli w stronę ulicy Pawła, cicho ze sobą gawędząc.
— Na jutro jest dużo z łaciny — powiedział Barabasz.
— Tak — odparł Kolnay.
— Ty masz dobrze — westchnął Barabasz — wczoraj odpowiadałeś. Ale ja już dawno nie byłem pytany i teraz na mnie kolej.
— Słuchaj — powiedział Kolnay — z drugiego rozdziału wykreślone zostały wiersze od dziesiątego do dwudziestego trzeciego. Czy masz to zaznaczone w książce?
— Nie.
— Nie będziesz się chyba uczył tego, co zostało opuszczone? Przyjdę do ciebie i pokażę ci ten fragment.
— Dobrze.
Myślą już tylko o lekcjach! Jak szybko zapomnieli! Nemeczek umarł, pan profesor Rac żyje, jutrzejsza lekcja łaciny jest realnym faktem, a najważniejsze, że obaj chłopcy są cali, zdrowi i że czekają ich codzienne obowiązki.
Kolnay i Barabasz zniknęli w ciemnościach. Boka pozostał wreszcie sam jeden. Ale nawet tu, w fortecy, sam na całym Placu, nie mógł zaznać spokoju. Pora była późna. Z kościoła dzielnicy Józsefvaros dobiegały łagodne dźwięki dzwonu.
Boka zszedł więc z fortecy i zatrzymał się przed budą. Spostrzegł wracającego od furtki w stronę swojej chaty Jana. Koło niego biegł Hektor merdając ogonem. Boka zaczekał na nich.
— No — odezwał się Słowak — panicz nie idzie do domu?
— Już idę — odpowiedział Boka.
Słowak uśmiechnął się.
— W domu smaczna, ciepła kolacja.
— Smaczna, ciepła kolacja — przytaknął machinalnie Boka i przyszło mu na myśl, że przy ulicy Rakos, w mieszkaniu biednego krawca, dwoje skromnych, samotnych już ludzi też siada w kuchni do stołu. A w pokoju obok palą się świece. Na stoliku zaś leży piękna, dwurzędowa, brązowa marynarka pana Czetnekiego.
Boka zajrzał do chaty Słowaka.
I zobaczył oparte o ścianę dziwne przyrządy. Okrągłe, czerwono — białe tablice blaszane, podobne do tych krążków, jakie trzymają w ręku dróżnicy, gdy przed ich budkami przejeżdżają pośpieszne pociągi. Stał też w chacie trójnóg z umocowaną na nim mosiężną rurą. I jeszcze pomalowane na biało kołki…
— Co to takiego? — zapytał.
Jano zajrzał do środka.
— To? To pana inżyniera.
— Jakiego pana inżyniera?
— Pana architekta.
Boce gwałtownie zabiło serce.
— Architekta? A czego on tu chce?
Jano pyknął fajkę.
— Budować będą.
— Tutaj?
— Tak. W poniedziałek przyjdą robotnicy, rozkopią Plac… wykopią piwnice… fundamenty…
— Co?! — krzyknął Boka. - Będą budować tu dom?
— Tak, dom — odpowiedział obojętnie Słowak — wielki, trzypiętrowy dom… Kto ma plac, buduje i dom.
I wszedł do chaty.
Boce zakręciło się w głowie. Dopiero teraz napłynęły mu do oczu łzy. Szybkim krokiem, a potem biegiem pędził w stronę furtki. Uciekał z Placu, uciekał z tej obcej i niewiernej ziemi, której z takim poświęceniem i męstwem bronili, i która oto teraz tak haniebnie opuszcza ich, aby po wieczne czasy dźwigać na sobie wielką, czynszową kamienicę.
Stanął w furtce i jeszcze raz obejrzał się za siebie, jak czyni ten, kto na zawsze opuszcza Ojczyznę. Myśl o rozstaniu z Placem ścisnęła mu serce wielkim bólem. Jedyną pociechą w tym cierpieniu było tylko to, że skoro już biednemu Nemeczkowi nie było dane dożyć przeprosin, z jakimi przyszła do niego delegacja Związku Kitowców, to może i lepiej, że nie doczekał też chwili, kiedy zabierają im Ojczyznę, za którą oddał swe życie.
A nazajutrz, kiedy cała klasa zastygła w niemej, pełnej skupienia ciszy i pan profesor Rac poważnym, godnym krokiem wszedł powoli na katedrę, aby w wielkiej ciszy, uroczystym głosem, wspomnieć Erno Nemeczka i przypomnieć uczniom, że jutro o trzeciej godzinie mają zebrać się na ulicy Rakos w czarnych lub przynajmniej ciemnych ubraniach, Janosz Boka z wielką powagą wpatrywał się w blat ławki i po raz pierwszy zaczął w głębi swojej młodej duszy pojmować, czym właściwie jest życie, w którym smutki i radości tak dziwnie splatają się w jeden wspólny los.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Chłopcy z Placu Broni»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Chłopcy z Placu Broni» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Chłopcy z Placu Broni» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.