*
Otępienie wywołane mrozem, głodem i snem powoli mijało. Doktor rozejrzał się po wnętrzu policyjnego furgonu. Aresztowano chyba wszystkich mieszkańców kamienicy. Kulili się przerażeni na drewnianych ławkach ustawionych pod brezentowymi ścianami budy. Dwaj konwojenci siedzieli na końcu z pistoletami w dłoniach. Silnik zakaszlał, ale zapalił, ciężarówką szarpnęło i pojazd ruszył po zasypanej śniegiem ulicy.
Gdyby tak rzucić się na strażników, myślał doktor. Zepchnąć ich na trotuar, gdy wszyscy aresztowani zaczną uciekać, może połowie uda się zbiec... Nie, nie uda się.
Za ciężarówką jechał jeszcze drugi samochód z czekistami. Jak na złość, śnieg przestał prószyć. Żadnych szans. Trzeba było jednak bronić się tam, w mieszkaniu. Paru by zastrzelił, może zdołałby się przedrzeć na zewnątrz. A tak zrobią rewizję, znajdą broń. Za to kara śmierci. Za to, że nie uratował tamtej mendy - drugi, identyczny wyrok. Zresztą dla tych pijanych krwią ścierw jest burżujem, elementem wrogiej klasy przeznaczonym na odstrzał. Znajdą na niego odpowiedni paragraf, nie ma obaw...
Skórzewski uspokoił się. No cóż, przeżył pięćdziesiąt cztery lata i widać wystarczy. Jechali do twierdzy. Normalnie więźniów przeprawiano łódką, lecz teraz - ku jego zdumieniu - ciężarówka wjechała na lód. W srogie zimy Newa czasem zamarzała, ale nie sądził, że pokrywa może być tak gruba, by utrzymać ciężki pojazd.
*
Brama twierdzy otworzyła się przed nimi ze zgrzytem. Doktor ponaglany przez strażników zeskoczył na śnieg. Rozejrzał się z uwagą. Gruby ceglany mur, w nim - na całej długości - wybity przez kule rowek. Ze dwa arszyny nad ziemią, głęboki na kilka werszków, widać walą z karabinów w pierś... Poniżej zacieki i sople zamarzniętej krwi. Ile setek ludzi rozstrzelano już pod tą ścianą?
Nowo przybyli przekroczyli okute stalą drzwi. Skórzewski obojętnie przekazał swoje dane do ewidencji, poddał się rewizji i pokwitował spis skonfiskowanych drobiazgów. Sądził, że dostanie teraz pościel, kostkę mydła, więzienny uniform, blaszaną miskę i łyżkę, ale widać takie luksusy odeszły w niepamięć wraz z caratem. Wepchnięto go do ciasnej celi. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Jeszcze poprzedniego wieczoru miał jakąś szansę. Teraz bezsilnie klął w myślach. Dlaczego nie uciekał, póki była okazja? Czego się przestraszył? Posterunków w zasypanych śniegiem ziemiankach? Przekroczyłby kordon wokół miasta na nartach, nikt by go nie zauważył. Kilkaset wiorst drogi? W Kanadzie sypiał już w jamach wygrzebanych w śniegu. A teraz... Koniec.
*
W bramie kamienicy stała warta. Na widok przełożonego zasalutowali służbiście. Dzierżyński zmierzył ich ponurym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Sień została jasno oświetlona. Dowódca dłuższą chwilę kontemplował krwawy zaciek na ścianie.
- Co to jest? - zapytał wreszcie.
- Nie wiemy. - Strażnik uśmiechnął się głupkowato. - Może zabili tu kogoś czy co...
- To się dowiedzcie! - Krwawy Feliks wbił mu boleśnie lufę mauzera pod żebro.
Wszedł na trzeszczące schody i po chwili był już na miejscu. Zimno lustrował kolejne pomieszczenia. Pierwszy wartownik zginął w przedpokoju. Widocznie zapukano, więc przyszedł zobaczyć, kto to, a zabójca strzelił do niego przez uchylające się drzwi... Nikt wewnątrz mieszkania nie usłyszał strzału? Może leżeli pijani?
Podłoga została, niestety, równo zadeptana, plamy i odciski butów układały się w niemożliwy do rozwikłania labirynt znaczonych krwią ścieżek. Widocznie hałas kogoś zaniepokoił, bo następny trup leżał na progu kuchni. Potem morderca wdarł się do salonu. Postrzelił ciężko ostatniego wartownika, a na koniec podkradł się do sofy i oderżnął głowę towarzyszowi Pietrowowi.
Dzierżyński pochylił się nad łóżkiem i odrzucił na bok zakrwawioną poduszkę. Pod nią ciągle jeszcze leżał mauzer zamordowanego.
- Trzech ludzi mu zastrzelono, a on się nawet nie obudził... - mruknął do siebie. - Ciekawe, gdzie jest głowa...
- W kuchni - zameldował pilnujący mieszkania czekista.
- I dopiero teraz mówisz?! - ryknął Dzierżyński.
Rzeczywiście, głowa towarzysza Pietrowa leżała na stole. Krwawy Feliks pochylił się nad nią, prawie dotykając nosem odpiłowanej pokrywy czaszki. Dotknął krawędzi cięcia, obejrzał przez lupę drobiny kości leżące na poplamionym obrusie. Mózg zabitego, pocięty na plastry, leżał w zlewie. Na dowódcy WCzK nie zrobiło to większego wrażenia. Pierwszego człowieka zabił, mając szesnaście lat. Od tamtej pory nieraz widywał roztrzaskane czerepy.
Sądząc po śladach, głowę rozpiłowano na środku stołu, a potem przesunięto na lewo.
- Chciał tu mieć kawałek wolnego miejsca... Po co? - zastanawiał się na głos.
Pochylił się nad blatem, badając jego powierzchnię. I wtedy to zobaczył. Pośród zeschniętych resztek jedzenia i fragmentów tkanki poniewierały się drobne kawałeczki cieniutkiego szkła. Gdzieś już widział coś takiego. Ach tak, w szkole, gdy na lekcjach przyrody nauczyciel pokazywał im mikroskop.
- Szkiełko nakrywkowe... - przypomniał sobie nazwę.
A zatem zabójca pokroił mózg w plastry, a potem siedział tu sobie spokojnie przez jakiś czas, przygotowując preparaty do badań mikroskopowych. Wreszcie spakował się i wyszedł. W tym czasie postrzelony czekista oprzytomniał na tyle, by podczołgać się do telefonu i zadzwonić na odwach.
Feliks rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu. Koło zlewu stała miseczka z ciemnobłękitną cieczą. Powąchał ostrożnie jej zawartość. Atrament, albo raczej, sądząc po kolorze, wodny roztwór atramentu.
- Pozbierać mi wszystko i zapakować - zażądał. - Trzeba to będzie pokazać jakimś fachowcom. I mam dostać pełny spis przedmiotów znalezionych przy poprzednich ofiarach.
*
Drzwi zaskrzypiały.
- Za mną - warknął strażnik, stając na progu celi.
Skórzewski powlókł się noga za nogą. Ta część twierdzy wzniesiona została jeszcze w osiemnastym stuleciu. Wykładane cegłą, nisko sklepione korytarze. Ciężkie, okute drzwi. Głuchy odgłos kroków, głośne, natarczywe dzwonki, wrzaski, skowyt torturowanych, przenikający nawet przez grube ściany. Zapach krwi, uryny, brudu, dziegciu. Piekło przesiąknięte wonią gotowanej kapusty.
Strażnik zapukał i otworzył drzwi pokoju przesłuchań. Kancelaryjne biurko, za nim mały człowieczek z sinym nosem, w grubych okularach. Skórzewski ponaglony gestem usiadł na zydlu. Śledczy spojrzał na niego wzrokiem całkowicie pozbawionym ludzkich uczuć.
- Imię, nazwisko, otczestwo, data i miejsce urodzenia - warknął. - Adres, wykształcenie, zawód, miejsce pracy...
Lekarz obojętnie odpowiadał na pytania. Śledczy pogrzebał w dokumentach.
- Wyjechaliście na front wiosną szesnastego roku - odczytał. - Dwa tygodnie temu przyjechaliście do miasta. Po co?
- Mieszkam tu. - Skórzewski wzruszył ramionami. - Wróciłem po prostu do domu.
Śledczy zanotował jego wypowiedź.
- Widziano was w bandzie korniłowców. - Obsadka zawisła nad dokumentami.
- Owszem, byłem lekarzem w szpitalu polowym generała Korniłowa. Po tym jak do spółki z niemieckimi junkrami rozbiliście jego oddziały i wymordowaliście wszystkich rannych z pociągu sanitarnego, przestałem być tam potrzebny.
- Zanotujmy zatem: współpraca z wrogami rewolucji.
- Leczyłem ludzi - powiedział więzień z naciskiem.
- By po powrocie do zdrowia nadal mogli do nas strzelać! Zanotujmy: leczenie kontrrewolucjonistów.
- Nie tylko. Wśród pacjentów byli także wasi żołnierze.
Читать дальше