- Ech, te zawodzenia działają mi na nerwy. - Profesor kawałem szmaty spróbował zatkać kratkę wentylacyjną. - Tak niemożebnie fałszują, aż mnie samemu chce się wyć.
- Ja przywykłem. Jeden ważny bolszewik mieszka pode mną. Całą noc słychać odgłosy pijatyki, a potem na kacu w przypływie rewolucyjnych wyrzutów sumienia śpiewają „Międzynarodówkę". On i jego obstawa.
- A dużo ma tej obstawy?
- Czterech rosłych byczków. A i tak portkami trzęsie, zazwyczaj dzwoni i czeka w mieszkaniu, aż pod bramę samochód podstawią. Ponoć ktoś się zawziął na komunistów, głowy im ucina.
- Słyszałem plotki na targu. Podobno już kilkuset załatwił. Jeśli jednak oddzielimy ziarno prawdy od plotek, coś może być na rzeczy.
- Pomyśl, ilu pacjentów wypuścili z zakładu dla umysłowo chorych. A przecież siedzieli tam różni wariaci - zauważył Skórzewski.
- Tak, wariaci. - Orientalista zamyślił się.
- Do tego ten Szlapikow...
- Dzierżyński ogłosił, że Szlapikowa udało się zastrzelić.
- Tia, jak się nazywa ta ich gazeta? „Prawda"? Wstydu nie mają!
Minęła ósma wieczorem, Skórzewski zaczął się zbierać i po chwili poszedł. Gdy tylko za gościem zamknęły się drzwi, orientalista zatarł dłonie. Podreptał do kuchni i wziął mikroskop. W kącie za kredensem drzemały pokryte kurzem niskie drewniane drzwiczki. Pchnął je i wkroczył do swojego królestwa.
*
Doktor maszerował przez pogrążone w mroku miasto. Paliły się tylko niektóre latarnie, a i one świeciły najwyżej połową mocy. Widać zapasy gazu już się kończyły. Lampy łukowe na głównych ulicach w ogóle zgasły, prąd otrzymywały tylko najważniejsze instytucje. To znaczy - najważniejsze dla nowej władzy. Lekarz szedł cicho, starając się trzymać głębokiego cienia rzucanego przez kamienice. Pamiętał Petersburg sprzed wojny.
Bogate, spokojne miasto. Teraz czuł się jak mysz zabłąkana pomiędzy wyschnięte żebra kościotrupa. Wiele kamienic straszyło wyrwanymi framugami, ponieważ drzwi ukradły szpany „opałowców". Tu i ówdzie z okien sterczały pogięte metalowe rury - to ludzie dogrzewali mieszkania piecykami. Pod ścianami kamienic i na poboczach ulic piętrzyły się zaspy śniegu.
Z daleka dobiegł odgłos kroków kilku par nóg. Skórzewski zaklął pod nosem, skoczył w najbliższą bramę i przyczaił się w najgłębszym cieniu. Przeczucie go nie myliło. Trotuarem przeszło czterech okutanych w kożuchy mężczyzn. Na rękawach nosili czerwone opaski, ale doktor nie miał pojęcia, czy są to czerwonogwardziści, czy może milicja... Wlekli się noga za nogą, klnąc najbardziej rynsztokowymi słowami.
Doktor na wszelki wypadek postanowił chwilowo nie opuszczać kryjówki. Instynkt go nie zawiódł. W ślad za nimi pojawił się jeszcze jeden człowiek. Księżyc na chwilę wyjrzał zza chmur i w jego świetle lekarz zobaczył twarz przechodnia.
Odrażająca morda, mięsista, nalana, o chorobliwym odcieniu skóry, poznaczona plamami wątrobowymi, pokryta kilkudniową szczeciną... Twarz zawodowego kryminalisty, którego rewolucja wyzwoliła z kajdan katorżnika i powołała, by niósł śmierć między zwykłych ludzi.
Bolszewik miał na sobie rozchełstany wojskowy szynel, zszargany do nieprzyzwoitości; karakułowa papacha, ewidentnie za mała, pewnie ukradziona jakiejś dziewczynie, przekrzywiona była na bakier. Przez ramię przerzucił karabin, lufa prawie dotykała ziemi. Na jednym udzie zwisała na potarganych sznurkach drewniana kabura mauzera. Na nogach nieznajomy miał podkute buciory, też brudne. Niedbały krok, wygasły papieros zwisający z kącika ust, ubiór, wszystko to sprawiało wrażenie absolutnej arogancji i jednocześnie jakiegoś wręcz chorobliwego rozmamłania.
Oto przedstawiciel nowego porządku społecznego, pomyślał lekarz z pogardą.
I naraz zmartwiał. Czerwonogwardzista zatrzymał się, wolno odwrócił głowę. Patrzył prosto na niego. Miał dziwnie blade tęczówki, które przywodziły na myśl oczy śniętej ryby. Na usta wypełzł mu krzywy, ironiczny uśmiech. Widzi mnie, zrozumiał natychmiast Skórzewski.
Od komunisty zionęło ostrą wonią prosektorium. Wygrzebał ten strój na cmentarzu czy ki diabeł?
Obcy z pogardą splunął w stronę Skórzewskiego i poczłapał dalej. Doktor odetchnął z ulgą, a potem odczekał dłuższą chwilę, nim wyszedł z bramy. Skręcił w zaułek. Znad końskiego truchła poderwały się trzy czy cztery odziane w łachmany sylwetki i wsiąkły w mrok. Odprowadził je spojrzeniem. Małpy, które uciekły z menażerii? Ludzie? Dzieci? A może i inne istoty? Przypomniał sobie stare legendy. Pożeracze trupów? Upiory? Wojna, rewolucja, nieustanny przelew krwi, mróz, ciemność - czy to wszystko mogło obudzić do życia stwory z legend? A tamten w szynelu? Był człowiekiem czy widmem?
- Co ja robię w tym mieście? - szepnął.
Ale przecież wiedział, co go tu ciągnęło. Mieszkanie. Duże i przestronne, w ładnej kamienicy, umeblowane angielskimi sprzętami, dwa tysiące książek, parkiet na podłogach. Jedyny dorobek całego długiego życia. Dlatego tu wrócił. Idiota... Trzy czwarte powierzchni zabrał mu komitet domowy, szukający miejsca na zakwaterowanie robotników w centrum. Z mebli i parkietów wiele już nie zostało, poszły kolejno do pieca. Na książki też niebawem przyjdzie pora.
- Po co, po co, po co... - mruczał, drepcząc po śliskim, pokrytym lodem trotuarze. - Plunę na to wszystko, czas jechać do Polski, zacząć od nowa, pięćdziesiąt cztery lata to jeszcze żaden wiek. Dobry lekarz wszędzie znajdzie pracę. A jak nie, to pojadę w tropiki.
Zaczął padać gęsty śnieg. Wizja palm kołyszących się na ciepłym wietrze była tak silna, że aż łzy stanęły doktorowi w oczach.
- Będę leczył tubylców na Hawajach, słyszałem przecież, że opracowano nowe leki, dają nadzieję opanowania trądu. Tym się powinienem zajmować, a nie zdychać w tym grobie...
Lodowaty wiatr zachichotał złośliwie, porywając spadające z nieba białe płatki. Tylko jak opuścić miasto otoczone kordonem czerwonogwardzistów, jak przebyć setki kilometrów terytorium kontrolowanego przez bolszewików? Jak wreszcie bez dokumentów przekroczyć polską granicę? Iść jako lekarz wojskowy do czerwonych, a w odpowiednim momencie zdezerterować? Jeżeli złapią - kula w łeb. Jeśli wpadnie w ręce białych - podobnie...
Jakby na potwierdzenie jego myśli gdzieś daleko znowu huknął strzał. No i nareszcie drzwi jego kamienicy... Zanurzył się w bezpieczny mrok i w tym momencie poczuł ciężar na plecach i sznur zaciskający się wokół szyi.
Na oślep pociągnął ukrytym między palcami lancetem. Chwyt osłabł. Lekarz odwrócił się, zadając jednocześnie kolejny cios.
Pierwsze cięcie trafiło napastnika w brzuch. Drugie, pod obojczyk, rozpłatało aortę. Przeciwnik osunął się po ścianie. Rękami niezdarnie usiłował zatamować tryskającą krew. Doktor zapalił cenną zapałkę i oświetlił nią twarz konającego.
Jakiś obcy. Wyglądał na zwykłego bandziora... Skórzewski odetchnął z ulgą, a potem, złapawszy dogorywającego za kołnierz, wywlókł go na ulicę.
W zamarzniętym kanale ziała rozległa przerębla, zasnuta już cienką warstwą lodu. Tu po ostatecznej awarii wodociągu mieszkańcy kilku kamienic wylewali nieczystości. Doktor z wysiłkiem przerzucił ciało przez barierkę. Zeskoczył obok i wdusiwszy je butem w wodę, wepchnął pod grubą taflę. Rozejrzał się. Zadymka chyba skutecznie zamaskowała jego poczynania. Wrócił do sieni i poświęcając jeszcze jedną zapałkę, oświetlił miejsce walki. Kałuże krwi, rozbryzgi na ścianach... Ale na szczęście nigdzie nie wdepnął, nigdzie nie odbił śladu swoich butów. Ktoś mógł go zobaczyć z okna? Wolne żarty, szyby od dawna pokryte były kwiatami lodu.
Читать дальше