Wład znowu popatrzył na kobietę, która cały czas jeszcze stała przed nim.
– Władek – powiedziała Anna. – Witaj.
Bogorada zawołał ktoś z zgłębi korytarza. W dwóch podskokach detektyw zniknął im z oczu. Anna niezdecydowanie podała Władowi rękę. Wład wysunął swoją naprzeciw, ale w ostatnim momencie wstrzymał się. Nie dotknął wyciągniętej dłoni.
Angela poruszyła się na podłodze. Zaczęła wstawać, ślizgając się plecami po gładkiej ścianie. Wład widział ją kątem oka. Udało jej się podnieść na trzęsące się nogi. Ruszyła przed siebie – Wład ze wstrętem odsunął się. Angela nie mając siły panować nad sobą, zrobiła jeszcze pół kroku. Szybko dotknęła ramienia Włada, odwróciła się i, chwiejnym krokiem, odeszła. Anna cofnęła się, robiąc jej wolne miejsce...
Angela odeszła na kilka kroków i zatrzymała się. Odwróciła się i, kiedy Wład spotkał się z nią spojrzeniem, poczuł, jakby dostał cios w twarz.
W następnej sekundzie zobaczył w jej ręce mały, czarny pistolet.
Co za ohyda, zdążył pomyśleć. Jaki tani, żałosny, szczeniacki melodramat.
Okazało się, że stoi, zasłaniając sobą Annę. Zakrył ją sobą, a Angela zauważyła ten gest i, wydaje się, przydała mu jakieś znaczenie. Wład widział, jak się uśmiechnęła. W tym uśmiechu nie było radości. Zawiść, ból, rozczarowanie... i szyderstwo. Tak, szyderstwo.
Nie spuszczając z Włada błyszczących, rozpalonych oczu, Angela podniosła pistolet do skroni.
Wystrzał zabrzmiał cicho i był jakby przytłumiony. Wład zdążył tylko zauważyć, że włosy Angeli uniosły się do góry, jak przy skoku. I w tym obłoku lecących włosów Angela cała zadrżała, jakby z obrzydzenia i przewróciła się na bok.
Władowi udało się jeszcze wyprowadzić Annę, zanim ta mogła zobaczyć zwłoki na podłodze, pośrodku korytarza. Ciągnął ją i wlókł za sobą, ściskając jej rękę w swojej dłoni.
Wyszli na powietrze. Słońce oślepiło ich.
Zielony trawnik obsypany był żółtymi guzikami dmuchawców. Kwitł pojedynczy, ogromny jak obłok, kasztan. Zaczynał kwitnąć bez.
Anna milczała. Wład objął ją. Po raz pierwszy w życiu zrobił to, o czym zawsze marzył – ale nigdy nie potrafił się na to zdecydować.
Wolny. Zupełnie wolny. I nikogo – naprawdę nikogo! – nie zdąży już przywiązać.
A teraz może. Teraz dotyka ją i nie boi się o nią. Wszystko, co najgorsze, nastąpi nieprędko, wszystko co smutne, co nieuniknione...
Stał pośrodku słonecznego kręgu, obejmując ukochaną kobietę i jego wolność była jak sklepienie.