Po kilku godzinach jazdy przez bezludne okolice dostrzegli w oddali dom. Postanowili zasięgnąć języka.
Decyzja okazała się trafna. Tam bowiem „jegomość” częściowo się zmaterializował, oczywiście nie dosłownie, ale w każdym razie coś zaczęło się wyjaśniać.
Przy drodze leżała chłopska zagroda, pełniąca także funkcję niedużego zajazdu; w najładniejszej izbie serwowano podróżnym posiłek za zapłatą. Zajazd nie wyróżniał się niczym szczególnym, ale też niewielu podróżnych zapuszczało się w te okolice.
Wdali się w pogawędkę z gospodarzem, wyraźnie zaintrygowanym tak eleganckimi gośćmi. Dlaczego tędy przyjechali i dokąd zmierzają?
Catherine postanowiła zaryzykować i zagaiła beztrosko:
– Jeden z moich krewnych wybrał się w tę drogę, lecz spotkało go nieszczęście, zginął. Twierdził, że miał do załatwienia ważną sprawę. Próbuję odnaleźć jego ślady. Będzie to, rzecz jasna, szukanie po omacku, lecz uważam, że jestem mu to winna.
W oczach gospodarza pojawiła się czujność.
– A niby kiedy miał zaginąć?
Na chwilę zbił ją z tropu.
– Ooo… to już wiele lat temu.
– Około piętnastu?
– To by się mniej więcej zgadzało. – Catherine postanowiła wykorzystać okazję. – A dlaczego pytacie? Czy coś o nim wiecie?
– Nie, ja nie. Ale mój sąsiad długo czekał na swego krewniaka, który nigdy do niego nie dotarł.
No, ładnie, pomyśleli towarzysze baronówny. Catherine wpadła w potrzask. Nie mogła przecież być spokrewniona z jakimś ubogim komornikiem z maleńkiej wioski na odludziu.
Pomylili się jednak. W okolicy leżał dwór, co prawda niewielki, ale widać było, że należy do szlacheckiej rodziny.
Kiedy przemierzali aleję, Tiril cicho wyznała Móriemu:
– Mam wrażenie, że przez ostatnie lata nic innego nie robię, tylko dokądś jadę.
– Ja także – uśmiechnął się do niej. – Przydałoby nam się gdzieś osiąść, i tobie, i mnie.
– Najchętniej razem – stwierdziła otwarcie.
Móri słysząc jej wyznanie musiał ukryć wzruszenie.
Przed nimi ukazał się dwór.
– A więc to tutaj zmierzał „jegomość” Kai i Mai! – zawołała z tyłu Catherine.
– Nie wiadomo, czy chodzi o tego samego człowieka – powiedział Móri, odwracając się do niej.
– O, bez wątpienia! – odparła Catherine z niewzruszoną pewnością.
Teraz musieli zachować ostrożność. Catherine nie mogła ponownie popełnić głupstwa.
– Pozwól, abym ja z nimi porozmawiał – prosił Erling.
Państwa jednak nie zastali, co być może wyszło im na dobre. Spotkali jedynie ogrodnika, który zaiste świetnie znał się na swoim fachu. Zanim zdążyli przedstawić sprawę, z jaką przybywają, musieli wysłuchać wykładu o cięciu jabłoni i róż.
Owszem, ogrodnik wiedział, że państwo czekali na krewniaka, który nigdy do nich nie zawitał. Ach, tak, zginął po drodze? Szkoda, bo i on, i gospodarze mieli wielkie nadzieje na przyszłość.
Dlaczego? dopytywał się Erling.
No, niełatwo utrzymać taki wielki dwór, zwłaszcza gdy wiek zaczyna dokuczać, tak jak państwu. Ale ich krewniak, Gustaf Wetlev, napisał bardzo optymistyczny list, twierdził, że wkrótce wszystko się ułoży. Jednak nie dojechał.
Poznali więc nazwisko podróżującego. Doskonale!
Popatrzyli po sobie. List?
Letni värmlandzki wieczór był niewypowiedzianie piękny. Wokół niedużego jeziorka rosły wątłe brzózki. Przepojone smutkiem, pomyślała Tiril. Wiedziała, że na zawsze zapamięta te chwile. Za wiele lat, mieszkając gdzieś w jakimś miejscu sama albo z ludźmi, których jeszcze nie zna, wróci pamięcią do swej przyjaźni z Mórim i Erlingiem…
Wzięła głęboki oddech, bo myśli stały się zbyt chmurne. Móri, Móri, nie mogę się z tobą rozstać! Wiem, że kiedyś to nastąpi. Odejdziesz swoją drogą, kiedy już się upewnisz, że splotły się wszystkie wątki mego życia i możesz mnie spokojnie opuścić.
Ale mnie bez ciebie nigdy nie będzie dobrze, Móri, wiedz o tym!
Erling przerwał jej rozmyślania, bo zwrócił się do ogrodnika:
– Czy państwo długo zabawią poza domem?
– O, tak, przez całe lato. Pani musi brać ciepłe kąpiele na reumatyzm.
W lesie jakiś ptak monotonnie wyśpiewywał swą melancholijną piosenkę. Tiril ogarnęło przygnębienie, próbowała pochwycić spojrzenie Móriego, niestety, stał odwrócony do niej tyłem.
– Powiedzcie mi, człowieku – odezwała się Catherine; nie była w stanie już dłużej milczeć. – Nie wiecie, co zawierał list od naszego przyjaciela Gustafa? Przybywam z tych samych powodów, on bowiem był krewnym…
Erling powstrzymał ją w porę. Nie mogli przecież zdradzić, że wcale nie znali szlachcica.
– Wiemy co nieco o tej sprawie – podjął. – I jeśli tylko zdołamy, pomożemy państwu. Nasz wspólny przyjaciel Gustaf wpadł na ślad czegoś, zachowywał się jednak bardzo tajemniczo. Mówił, że dowiemy się o wszystkim, gdy nadejdzie czas. Niestety, spotkało go nieszczęście. Nie wiecie, dokąd zmierzał?
– Nie, nie znam treści listu. Tylko to, co już mówiłem.
– Zdradził nam co nieco – ciągnął Erling. – Czy słowo „tistel” nic wam nie mówi?
Ogrodnik uśmiechnął się szeroko.
– „Tistel”? Oset! Chwast!
– No tak, i nic poza tym?
Zastanowił się. Otarł powalane ziemią dłonie o spodnie. Czworo przyjaciół myślało o tym samym: Czy możemy się włamać do dworu, by odnaleźć list? Zgodnie odrzucili jednak ten zamysł. Nie wolno im było podejmować tak ryzykownych przedsięwzięć.
– No cóż… Nic innego nie przychodzi mi do głowy – z przykrością rzekł ogrodnik.
Nagle Tiril coś się przypomniało.
– A czerwone lilie wodne?
Ogrodnik spojrzał na nią zdumiony.
– Panieneczka słyszała o czerwonych liliach wodnych, chociaż jest z Norwegii?
Skamienieli.
– Niewiele – przyznała Tiril. – Ale Gustaf o nich wspominał.
Catherine wyrzucała sobie w duchu, że to nie ona wystąpiła z pytaniem o lilie. Głupia Tiril znów się popisała.
– Doprawdy, mówił o nich? – nie przestawał się dziwić ogrodnik. – To bardzo dziwne!
– Proszę opowiedzieć nam o tych kwiatach – poprosił Erling.
– Bardzo niewielu Szwedów wie, gdzie rosną czerwone lilie wodne. Znaleźć je można w jednym jedynym miejscu. A Gustaf Wetlev był Norwegiem albo Duńczykiem, dziwne więc, że o nich słyszał. Ja o nich wiem, ale to przecież łączy się z moim zawodem.
– Gdzie rosną te kwiaty? – spytał Móri. Ogrodnik napotkał jego niezgłębione spojrzenie i zdrętwiał niczym zahipnotyzowany ptak przed wężem. Nie pozostawało mu nic innego jak odpowiedzieć.
– Czerwone lilie wodne znaleźć można jedynie w głębokich lasach Tiveden, w maleńkim jeziorku, które nosi nazwę Fagertärn, w głębi lasu.
Czuli, jak ogarnia ich podniecenie. Oto zbliżali się do rozwiązania zagadki, tak przynajmniej się im wydawało.
– Tiveden…? – powtórzył Erling. – Gdzie to jest?
Mężczyzna patrzył na nich zdziwiony. Naprawdę nic nie wiedzą?
– Tiveden to bezkresne lasy, ciągnące się między jeziorami Wener i Wetter. Niech się strzeże ten, kto tam zabłądzi! To królestwo boginek leśnych, trolli i wszelkich straszydeł, które kryją się przed światłem dziennym. Najbardziej niebezpieczna część tych lasów zwie się Gôrtiven.
Gôrtiven…! A oto i dziwne słowo zapamiętane przez akuszerkę!
– Wiemy już, na czym stoimy – uradował się Erling.
Podziękowali za informacje i pożegnali się z ogrodnikiem.
Читать дальше