I wtedy niespodziewanie w mojej głowie odezwał się głos: „Zażądaj, by ci towarzyszyła. Nie odmówią". Być może, gdybym zastanowił się chociaż przez chwilę nad sensownością tej prośby, ugryzłbym się w język. Bo skąd miałem wiedzieć, kto przemawiał do mnie wewnątrz mojego umysłu i w jakim celu to czynił?
Później pomyślałem, że przecież w tak świętym miejscu jak klasztor Amszilas nie dopuszczono by do manifestacji mrocznych mocy. Później tak właśnie pomyślałem, jednak w tamtym momencie zdołałem jedynie spytać:
– Czy ona mogłaby mi towarzyszyć?
Obaj mnisi unieśli głowy i powiedli wzrokiem w ślad za moim spojrzeniem.
– To przekracza… – Na twarzy Zenobiusza pojawiło się wyraźne oburzenie.
Opat dał mu znak, by zamilkł, potem wpatrywał się we mnie dłuższy czas. Nie opuściłem oczu.
– Ano przekracza – zgodził się wreszcie. – Lecz w dzisiejszych czasach coraz częściej zdarzają się rzeczy przekraczające nasze pojęcie. Przyprowadźcie ją – rozkazał.
Wydano odpowiednie polecenia i Anioł został opuszczona na łańcuchach. Obok niej stanęli dwaj mnisi ze srebrnymi sierpami w dłoniach. Anioł rozpostarła skrzydła. Nie otaczały jej tak jak mojego Anioła Stróża. Nie były wielkie i nie migotały świętą bielą. Skrzydła Upadłego Anioła były małe i poszarzałe. Otuliła się nimi, jakby chciała okryć swą nagość. Niemniej miała w sobie coś nieludzko pięknego: twarz oraz oczy połyskujące najgłębszym złotem.
– Tnijcie – rozkazał opat.
Srebrne ostrza uderzyły w skrzydła Anioła. Tak blisko przy samej skórze, że nie zostało nic poza ranami spływającymi złotą posoką. Krzyknęła. Głosem rozpaczy tak wielkiej, jakiej nie słyszałem wcześniej w niczyim krzyku, a przecież wiele krzyków, wrzasków oraz jęków miałem okazję słyszeć. Upadła, kuląc się na posadzce, i w tym momencie nie przypominała już Upadłego Anioła, lecz tylko torturowaną kobietę. Dostrzegłem jednak, że jej rany zabliźniają się niemal momentalnie. Po chwili pod łopatkami pozostały zaledwie zgrubienia skóry, jakby pociągnięte złotym brokatem.
– Podnieście – rozkazał opat.
Mnisi szarpnęli ją za ramiona. Ani delikatnie, ani okrutnie. Ot, po prostu skutecznie. Chwiała się w ich objęciach, z jej złotych oczu spływały łzy.
– Będziesz mu towarzyszyć – rzekł opat.
Pochylił się i oderwał jedno pióro z leżących na ziemi uciętych skrzydeł. Anioł jęknęła tak żałośnie, jakby ją to zabolało. Opat pomodlił się krótko nad wyrwanym piórem i podał mi je na otwartej dłoni. Lśniło.
– Strzeż go jak oka w głowie, Mordimerze – nakazał. – Póki jest w twoim posiadaniu, ona nie wyrządzi ci żadnej krzywdy i usłucha każdego polecenia. Chyba że będzie chciała – obrócił spojrzenie na Anioła – umrzeć w przerażających mękach…
Nie spodziewałem się, iż wszystko potoczy się w taki sposób. Gdybym wiedział, zapewne nie skusiłbym się, by poprosić o towarzystwo Anioła. Ale przecież wewnętrzny głos wyraźnie mi powiedział, że właśnie to jest słuszne. Jeśli coś takiego wydarzyło się przed samym Najświętszym Obliczem, to jak mogło to być czymś złym? Ośmieliłem się obrócić raz jeszcze spojrzenie w stronę Jezusa, jakby szukając w Jego twarzy lub wzroku potwierdzenia słuszności dokonanego wyboru. Jednak nie mogłem się łudzić, że otrzymam Znak. Oczywiście, że miałem teraz wątpliwości. Nie interesowało mnie cierpienie Upadłego Anioła (z całą pewnością zasłużyła na wszystko, co ją spotkało), lecz to, że za towarzysza podróży będę miał istotę, którą nienawiść otaczała niczym krwawa aura. I była to nienawiść skierowana właśnie na mnie.
– Ma na imię Miriam – wyjaśnił opat. – Ale możesz ją nazwać, jak tylko zechcesz. Pamiętaj, że nie jest lepsza od psa, który ma cię bronić.
– Miriam – powtórzyłem. – Dobrze, czemu nie Miriam?
Opat położył dłoń na moim ramieniu.
– Czas już na ciebie, Mordimerze – rzekł.
– Dziękuję, ojcze – powiedziałem. – Dziękuję, że mi uwierzyłeś. Wyjaw jednak, proszę, co nas czeka?
– Jakakolwiek byłaby przyszłość, postaram się, byś ty jej nie dożył – obiecała Miriam. Policzki miała mokre od łez.
Spojrzałem w jarzące się złotem oczy. Spodziewałem się, że nie będzie w nich nic prócz czystej, niczym nieskażonej nienawiści. Myliłem się. We wzroku Anioła czaiło się jeszcze obrzydzenie.
– Niech zginie dzień, któregom się urodził, i noc, w którą rzeczono: począł się człowiek – opat zacytował Księgę Hioba, nie zwracając uwagi na słowa Anioła. – Oto przyszłość ludzkości, Mordimerze.
– Ach – powiedziała Miriam. – Jest więc lepiej, niż myślałam.
Nie zamierzałem odpowiadać. Przyjrzałem jej się uważniej. Dostrzegłem, że złoto jej oczu zamieniło się w błyszczącą zieleń. Spojrzałem na jej piersi i zauważyłem, że nie przypominały już części marmurowej rzeźby. Pod skórą uwidoczniła się niebieska żyłka, a różowe plamy zamieniły się w brązowe brodawki sutków. Opuściłem wzrok na łono i dojrzałem, że jego okolice pokryły się jasnym puchem. Wtedy zdjąłem płaszcz z ramion i okryłem ją, by nie musiała stać przed nami naga.
– Chodź – powiedziałem. – Czeka nas długa podróż.
Ujęła mnie pod ramię. Miała tak zimne palce, że chłodny dotyk poczułem nawet przez materię kaftana.
– Jestem przyzwyczajona do długich podróży… Przyjrzałem się jej wąskim, delikatnym stopom i szczupłym łydkom.
– Czyżby?
Obróciła na mnie wzrok z nieoczekiwanym uśmiechem na pełnych ustach.
– Kiedyś wybrałam się nawet do Piekła – wyjaśniła.
– Jak zdołałaś wrócić? Przyglądała mi się długo i uważnie.
– Wrócić? Wrócić? Ja tu zostałam…
***