Nogi odmawiają posłuszeństwa. Stoją jak wrośnięte w ziemię. Ileż to progów nimi przestępowałem… I zza ilu mnie wyrzucono. Lepiej nie wspominać. Wziąć się w garść i iść dalej.
Zakręt.
Oto jest.
Martwa, cicha pustka. Słyszy tylko własne, ochrypłe dyszenie. Wrota.
Są ciężkie, kute, bardzo stare i emanujące potęgą. Zamyka je ogromna, stalowa sztaba.
Zatrzymał się, unosząc pochodnię. Wstrzymał świszczący oddech. Wtedy usłyszał…
Puk, puk, puk.
Z drugiej strony. Ktoś lub coś tam prosi, by wpuścić go do środka. Ileż to razy sam tak stukałem?
Cicho, ufnie, prosząco. Puk, puk, puk.
Pokonać odrętwienie. Rozprostować drżące palce. Włożyć łuczywo do pierścienia wystającego z kamiennej ściany. Ręce powinny być swobodne, jak teraz.
Wystarczy już tych wspomnień. Nigdy nie było żadnej jaszczurki na płaskim kamieniu. Nie było pstrągów w rzece zalanej księżycową poświatą. Nie było lasu błyszczącego od słońca. Chłopczyk o imieniu Gaj dawno zapomniał o użądleniu osy. Dorasta i udaje się na plac z koszykiem pełnym zepsutych pomidorów. A ocalona dziewczynka Garra myśli tylko o tym, jakby tu kogoś zdradzić i wydać w chciwe łapska sędziego… Stoją rzędem, a każdy trzyma w dłoni pękniętą szklanicę. Z rys na szkle ciecze jednak nie woda, lecz…
Wystarczy. Oto zasuwa. Bierz się do dzieła.
Zabrał się do odsuwania sztaby i poczuł w dłoniach zamiast zimnego metalu ciepło zardzewiałego żelaza.
Siedzieli we trzech przy okrągłym, pokrytym magicznymi symbolami stoliku w gabinecie. Trzymali dłonie na blacie, a mebel lekko drżał, reagując na podrygującą nieco podłogę. Dzwoniły naczynia w kredensie, żyrandole ciężko się kołysały.
– Alu? – zaskrzeczał cienkim, niemal ptasim głosikiem Orwin.
– Nic nie widzę – odpowiedział głucho, z napięciem w głosie.
– Razem – wykrztusił Lart. – Spróbujmy jeszcze raz! Szukajcie go!
– Zaraz…
Pobladły Orwin cofnął się gwałtownie razem z fotelem.
Dwaj pozostali zerwali się z miejsc.
– Co?!
– Nic – odparł z trudem tamten, leżąc na podłodze. – Zdławiliście mnie jak w imadle…
– Jak Marrana – rzekł cicho Lart.
Orwin zadrżał.
– Nie żartuj tak, proszę…
Lart podał mu dłoń i pomógł wrócić do kręgu.
– Czas nagli… On stoi u Wrót. Jeszcze jedna próba.
Z przedpokoju dobiegły czyjeś szybkie kroki. Wystraszyłem się, lecz na rozkazujące spojrzenie Legiara powlokłem się tam, zlany zimnym potem.
Stała tam blada, wychudła kobieta o imieniu Kastella, z bolesnym pytaniem w błyszczących smutkiem oczach. Ciągnął się za nią po podłodze długi, żałobny welon.
Widząc mnie, opanowała się i chciała o coś zapytać, uprzedziłem ją jednak, zachęcając gestem do wejścia. Poszła więc za mną w milczeniu, niepewnym krokiem.
– Jaszczurka! – zawołał Orwin.
Est skrzywił się, Lart zaś, siedzący plecami do drzwi, odwrócił się powoli i spotkał wzrokiem z wchodzącą.
– Przyszłam tutaj – oznajmiła drżącym głosem – ponieważ czuję, że Marran nie umarł. Jest w strasznych opałach, uwierzcie!
– Wszyscy jesteśmy w opałach, Kastello – odparł zimno Lart. – Jeśli chcesz pomóc sobie i Marranowi, spróbuj go odnaleźć. Próbowaliśmy już we trójkę, może nam dopomożesz?
Est chrząknął wymownie, ona jednak nawet na niego nie spojrzała, zbliżyła się i usiadła na podsuniętym przeze mnie krześle.
– A co z twoją decyzją odżegnania się od magii? – zapytał z uśmieszkiem Baltazar, a nie doczekawszy się odpowiedzi, rzucił w stronę Larta: – Nie ma znaczenia, jeśli dodasz mrówkę do zaprzęgu…
Jaszczurka siedziała sztywno. Słysząc uwagi Esta, pochyliła się błagalnie w stronę Legiara.
– Siedź spokojnie – powiedział Lart.
Baltazar wzruszył ramionami.
Orwin znowu wyciągnął dłonie, kładąc je na blacie stołu. Kiedy reszta uczyniła to samo, krąg się zamknął.
Oczy Larta, pobłyskujące dotychczas żółtawo zapłonęły teraz jaskrawą czerwienią. Strasznie było na niego patrzeć. Cały się trzęsąc, przylgnąłem do ściany, okrytej gobelinem.
Twarz Esta szpecił wyraz nieskrywanej pogardy. Orwin przygryzał wargi. Kastella była odwrócona do mnie plecami. Powietrze w pokoju drgało, niczym napięta struna.
– Widzę go! – zakrzyknęła dźwięcznie Kastella.
Lart zerwał się, przewracając stolik, dwaj pozostali magowie poderwali się także. Kobieta stała się centrum nowego kręgu.
– Co widzisz? – wydyszał Est.
– Wrota… Wrota… Zamknięte na zasuwę…
– Widzisz Marrana? – pytał Lart.
– Nie… Ciemność… Mgliście… Pomóżcie mi!
– Słaba niewiasta – szepnął Est, krzywiąc się pogardliwie.
Orwin westchnął. W tej chwili kobieta drgnęła i poderwała się z szeroko otwartymi oczami, wyglądającymi jak dwa zielone spodki.
– Widzę… Raul… Raul…
Jej głos stał się słaby, brzęczący jak odległy dzwoneczek.
– Raul…
Lart chwycił ją za ramiona i z pasją wygłosił magiczny rozkaz.
– Wezwij go! Natychmiast!
Kastella zachwiała się i w tym momencie zobaczyłem jej poszarzałą, zalaną rzęsistymi łzami twarz. Wargi poruszały się szybko.
– On mnie nie… – Odpowiedziała dziwnym, szklanym głosem. – Nie słyszy… mnie… Raulu!
– Wezwij!!! – wrzasnął Lart.
Jęknęła i zemdlała.
– Chyba to już wszystko – powiedział spokojnie Lart.
Siedział na brzeżku fotela, założywszy wdzięcznie nogę na nogę, w którym spoczywała półleżąca kobieta. Jej twarz była niewidoczna w półmroku. Zadumany Est trącał końcem szpady ścienny gobelin. Orwin bawił się szklanym globusem, wodząc palcem po jego gładkich, matowych bokach. Mętnie pobłyskiwały grzbiety zbędnych w tej chwili ksiąg, w rogu komnaty klawesyn trzeszczał z udręką.
– Wszystko? – powtórzył Orwin, muskając palcem jakiś archipelag. – Wszystko?
– Wszystko, co mogliśmy zrobić. Teraz pozostaje nam już tylko czekać na pojawienie się Marrana… albo raczej tego, w co się zamieni. Tego, co weń wstąpi…
– No cóż, niech przyjdzie – stwierdził Est ze złowrogim uśmiechem. – Mamy co wspólnie wspominać, prawda, Legiarze?
– Był dobrym chłopcem – odparł tamten z westchnieniem – lecz teraz zdradził: ciebie, mnie, cały świat. Nic go nie może powstrzymać.
– Nigdy nie był zdrajcą – zaprotestowała cicho i bezbarwnie Kastella.
Nikt jej nie odpowiedział. Zmierzch coraz bardziej gęstniał.
– Coś ty zrobił z moim gobelinem, Alu? – zapytał Lart, doskonale widzący w ciemnościach.
Est rzucił z brzękiem szpadę na podłogę.
– Kominek… – zażądała kobieta.
Rzuciłem się, by rozpalić ogień, wystarczyło jednak, że Lart zerknął tylko kątem oka na palenisko i polana się natychmiast zajęły. Szkoda, że wcześniej mój pan nigdy nie pomagał mi w pracach domowych.
Wszyscy milczeli jakiś czas.
– Czas na mnie – powiedziała. – Muszę do dziecka…
Wstała. W tej samej chwili Orwin uczynił to samo, odstawiając globus.
– Zaczekaj… Wszyscy zaczekajcie… Mój medalion zardzewiał, jak gwóźdź w cmentarnym płocie. Jest jednak sposób… chyba ostatnia szansa. Mogę spróbować… przejść przez wycięcie. Przejdę tam, gdzie jest Marran. Amulet innie poprowadzi. Zaczynajmy.
– Nie powinieneś, Orwinie – ostrzegł go cicho Est.
– Nie wiemy, gdzie naprawdę jest Marran – dodał nachmurzony Lart. – Gdy znajdziesz się obok niego, możesz zginąć. Zardzewiały medalion nie ochroni swego Wieszczbiarza. Czy wolno tak ryzykować?
Читать дальше