– Tak więc Marran żyje? – spytał Lart retorycznie.
– Chyba tak… – rzekł Orwin z westchnieniem. – Chociaż Jaszczurka, to jest Kastella uważa go za martwego.
– Co ma do tego Kastella? – zainteresował się rozdrażniony Est.
– Ona… – zaczął z zająknieniem Orwin. – Powinna czuć, że jest nadal żywy, rozumiesz? Widocznie tego nie czuje.
– Na pewno żyje – odparował Est – lecz znalazł się poza waszym zasięgiem. Nie ma go na powierzchni ziemi, a wy chcecie, żeby jakaś baba go wyczuwała?
Tym razem nastąpiła znacznie dłuższa chwila milczenia.
– Co mówi Testament Pierwszego Wieszczbiarza o Odźwiernym? – zapytał w końcu Baltazar.
Orwin zawahał się.
– Wiesz, Alu, zależy jak to rozumieć… Właściwy tekst nic nie mówi, ale jeśli czytać między wierszami… Odźwierny stanie się naczyniem dla Trzeciej Siły, skoro otworzy jej wrota. Ta Siła go wypełni i da mu wielką moc. Pan i sługa staną się jednym.
Właściwie to na jedno wychodzi, pomyślałem, zbierając brudne talerze ze stołu.
– No, dobrze – podjął Est ze złowieszczym grymasem. – To oznacza, że ten obiecujący młodzieniec, wypełniony niezmiernie gorącymi uczuciami w stosunku do swych byłych przyjaciół i nauczycieli, wkrótce objawi się nam jako przedstawiciel jakiejś potwornej mocy?
Obrócił się całym ciałem w stronę Legiara.
– Larcie, może ty nam powiesz, jak naprawić skutki twojej, delikatnie mówiąc… dobroci? Jak go unieszkodliwić zanim w odwecie zrobi z nas wiadra pomyj?
– Przecież utracił magiczny dar – odrzekł powoli Legiar.
– Mówi o tym proroctwo – ożywił się Orwin. – „Jest i nie jest magiem. Zdradził i został zdradzony. Stracił swój dar, był wszechmocny, a stał się bezsilny”.
Urwał nagle, jakby zauważając, że cytat zabrzmiał niezręcznie.
Legiar spuścił głowę.
– Tak – przyznał głucho. – Oswobodziłem go w złą godzinę.
Est spoglądał na niego posępnie, bez odrobiny współczucia.
– Pomyśl, jak powstrzymać twego ulubionego wychowanka.
– Twojego także – zaoponował słabo Lart.
– Nie rozumiecie tego, co najważniejsze! – wtrącił Orwin. – Nie chodzi tu o Marrana i jego zemstę… Trzecia Siła wywróci cały świat na nice!
Zabrakło mu tchu.
– No więc, Orwinie? – spytał Est przez zaciśnięte zęby. – Do czego potrzebny jest Trzeciej Sile? Czego ona właściwie pragnie?
Orwin powiódł palcem po krawędzi kielicha. Kielich zaświstał.
– Nikt tego nie wie. Tego się nie da przewidzieć. Ona nie posługuje się ludzką logiką, rozumiesz? Może pragnie nas za coś ukarać albo po prostu sobie podporządkować? A może kolekcjonuje różne światy dla zabawy?
Uśmiechnął się smutno, z wysiłkiem. Baltazar wyszczerzył zęby.
– Skoro nikt nie wie, to dlaczego zawczasu skomlimy? „Wywróci cały świat na nice”, czy nie tak, Orwinie? A jeśli się okaże to błogosławieństwem dla naszego świata, jeśli Siła nie będzie niszcząca, lecz zbawcza?
Wargi Orwina drgnęły nerwowo.
– Jak możesz tak mówić, Alu! Przypomnij sobie słowa proroctwa: „Ziemia zamieni się w bagno i pochłonie nas… Gałęzie oplotą lepką siecią wszystkie latające stworzenia… „
Mówił coraz ciszej i w końcu zamilkł.
Est wzruszył beznamiętnie ramionami, wziął nóż ze stołu i zaczął w skupieniu drapać jego czubkiem blat stołu.
– Nie trzeba ci tego tłumaczyć, skoro jesteś magiem, że czasem trzeba rozpruć ludzki brzuch, ale powinien to zrobić chirurg. Z zewnątrz wygląda to okropnie: potoki krwi, ból, strach… A jednak pacjent zamiast umrzeć od tego w końcu dochodzi do siebie, oczywiście po jakimś czasie. Wszystko jednak ma swój czas i swoją cenę.
Dał spokój deskom stołu i przeciągnął znacząco nożem po gardle.
– Nie należy tak na to patrzeć, Orwinie. Wszystko są to spekulacje. Może będzie tak, a może inaczej. W świecie zdarza się co dzień mnóstwo okropnych rzeczy, przyjacielu.
– „Biada tym, którzy posiadają magiczny dar” – zacytował na przekór Orwin.
Est znowu wzruszył ramionami.
– No cóż, w końcu od tego jesteśmy magami, żeby baczyć na wszystko, zamiast przymykać oczy.
W tej chwili Lart, który podczas tej sprzeczki cały czas był pogrążony w swoich myślach, poderwał się z zaciśniętymi pięściami i ogarnął wszystkich ostrym spojrzeniem.
– Dość tego – oświadczył półgłosem.
Obaj czarodzieje skupili uwagę na moim panu.
– „Tylko Odźwierny otworzy wrota” – podjął. – „Otworzy wrota i dopiero wówczas Ona wejdzie”!
Westchnął ciężko.
– Powiedziałeś, Alu, że nie ma go na powierzchni ziemi? Więc gdzie jest teraz? U wrót. Rozumiecie to? Poszedł je otworzyć. Może jednak nie zdąży tego uczynić. Musimy… Jestem gotów oddać za to życie.
– Ja także – oznajmił Orwin drżącym głosem.
Est tylko chrząknął wzgardliwie.
Szedł długim brzegiem, grzęznąc po kostki w ciepłym, sypkim piachu.
Nie, nie teraz. Teraz szedł dusznym i ciemnym korytarzem. Spękane stopnie wiodły go w dół, chociaż zdawało mu się jednocześnie, że wznosi się do góry.
Wilgotna trawa… Nie teraz. Okrągłe kocie łby na jakiejś ulicy… Połyskujące liście, niebieskie skrawki, zielone łatki… Pomarańczowe i szmaragdowe. Ważka odbijająca się w źrenicy… Nie teraz.
Nieboskłon wisi tak nisko, że zdawałoby się, zaraz spadnie na kark. Przygniata, nie dając się rozprostować. Pozbyć się go!
Ciasno zbite, tekturowe pudło jarmarcznej budy. Nie płacz, jeśli przypadkiem zawali się ścianka.
Korytarz. Zakręt. W ręce dymiąca pochodnia. Gdzie są Wrota?
Otworzę, a wtedy wejdziesz. A raczej wejdę nowy ja. Otworzę i wejdę. Wkrótce, za chwilę…
Kiedy rozkrzyczane mewy uniosły się nad brzegiem… Statek był jeszcze daleko, jasnoniebieski na ciemnoniebieskim morzu. Przybrzeżne wodorosty miękko się kołysały, plaskając kosmatymi łodygami, jakby w rozterce. Na burym kamieniu zdychała meduza. Wziąłem ją do ręki i wrzuciłem do wody. „Wracaj do domu”.
Wracaj do domu.
Gdzie jest twój dom, Marranie?
Kolejny zakręt. Jeśli łuczywo zgaśnie… Lepiej o tym nie myśleć.
Zimno. W głębokiej topieli widać ciemne rybie grzbiety… Nie to. Mgła gęsta jak śmietana… Też nie to. Park. Ogród. Fontanna. Dzieci pod opieką jednookiej niani. Ogród ogrodzony pięknym, ażurowym parkanem z jasnych, gładkich prętów… Co jest za ogrodzeniem? Tam, gdzie kończą się ogrody i fontanny?
Wyjrzeć za ogrodzenie, przyciskając twarz do prętów… Ależ to pręty klatki. Jestem uwięziony w wielkiej, zardzewiałej klatce. Reszta stoi na zewnątrz.
Dobrze odżywiony, zadbany chłopiec. Gdzie się podziała jego niania? Jasnowłosy, z zadrapaniem na nosku. Napotkał spojrzenie…
Czemu się zatrzymałem? Trzeba iść… Pochodnia drży w dłoni. Po co patrzyłem w tamte oczy? Jaka siła, jakie nieziemskie moce kierują ludźmi? Dlaczego akurat mnie się to przytrafiło?
Wszystkie twarze łączą się w jedną ohydną mordę, wyjącą wściekle z rozwartymi do śmiechu, zaślinionymi wargami…
Mała dziewczynka na ramionach ojca. Ojciec pochyla się i z dobrodusznym uśmiechem podaje dziecku zgniły owoc…
Nie próbuj się zasłonić, bo upuścisz łuczywo. Zamiast się przed nimi zasłaniać, lepiej ich spalić.
Kim dla nich jestem? Po co przyszedłem do tych bestii o okrutnych oczach, które mają śluz zamiast krwi? Spalić ich. To wystarczy.
Trzaska płonąca żagiew. Naprzód. Tam, za kolejnym zakrętem czekają na mnie Wrota.
Читать дальше