Raul spuścił głowę i spojrzał na swoje dłonie. Dopiero teraz zorientował się, że cały czas obracał w palcach Amulet Wieszczbiarza.
„Nie pytaj, dlaczego. Nie mogę tego zrobić”.
Patrzyła mu w oczy, oczekując odpowiedzi i bojąc się, gdyż wiedziała, jaka będzie. Bała się, że znowu ją… wezwie. On jednak milczał, patrząc na swoje dłonie.
Z pobliskiego zagajnika wzbiło się z ochrypłym krakaniem stadko wron. Marran pragnął, by zeschłe liście zasypały go po same uszy.
Malec czkał coraz głośniej, aż w końcu rozpłakał się na cały głos z ewidentną urazą. Jaszczurka próbowała go uspokoić, kołysząc w ramionach i szepcząc czułe słowa.
Raul złapał promyk słońca na złotej płaszczyźnie medalionu. Zakołysał go przed oczami dziecka.
– Zobacz, cacy…
Zdziwiony dzieciak otworzył szeroko wciąż jeszcze pełne łez oczęta i uderzył piąstką w kołyszący się na łańcuchu medalion.
– Weź go! – zachęcił malca Marran.
Dzieciak chwycił złotą płytkę obiema rączkami i z zachwytem wziął do buzi, niemal wyrywając nową zabawkę z rąk dobrego wujka.
– Raulu… – powiedziała Jaszczurka tak cicho, że raczej odgadł, że wymówiła jego imię.
Podniósł dłoń, która zapamiętała dotyk maleńkiego, wygrzanego na słońcu stworzenia, szorstkiej łuski i pazurków.
Żegnaj.
Zobaczył, jak jaszczurka zeskoczyła z jego dłoni i zniknęła w wilgotnej trawie.
Owionął ich zimny wiatr. Kobieta spuściła smutne oczy.
Spoglądał za nimi. Dwie ludzkie figurki stawały się coraz mniejsze, im bardziej oddalały się w dół wzgórza, aż w końcu zniknęły w pobliskim lesie.
Chmury znowu zakryły słońce.
Na powierzchni medalionu zgasły słoneczne poblaski. Amulet będzie musiał znaleźć sobie nowego Wieszczbiarza.
Droga w dół była od dawna pusta, lecz Raul ciągle patrzył, chociaż oczy łzawiły mu od wiatru, który rzucał mu pod nogi martwe, zżółkłe liście.
Uniósł potem głowę ku prędko sunącym po niebie obłokom.
Stał na wierzchołku świata, skazany na wieczną stratę i wieczne szczęście bycia sobą. Uniewinniony. Pożegnany. Człowiek pod nieboskłonem.
Nieskończona droga leżała u jego stóp, ale lepiej się było nie zastanawiać, czy rozpoczął właśnie nową podróż, czy też powrócił do punktu wyjścia.
Marina Diaczenko, Siergiej Diaczenko
***