Kim jestem dla niego? Przybranym synem? Nawet nie jestem uczniem… Nigdy mi nie ofiarował nawet dziesiątej cząstki tej życzliwości, jaką okazywał tamtemu… Marranowi. Spotkany po drodze Łujan od razu był mu bliższy i bardziej cenny. A co z czerwonym, rozdwojonym jęzorem, który pozostawił bliznę na mym policzku?!
Stałem, przygryzając wargi. Przeleciał krótki deszczyk, przestał padać, potem znowu powrócił. Nadleciał porywisty, zimny wicher.
Drzwi wejściowe cicho skrzypnęły. Schodki… Wejście do pracowni.
Siedział z kielichem wina w dłoni, z nogami na magicznym stoliku.
– Nie udało się – mamrotał pod nosem. – Zgubiłem go… na długo. Gdyby tak trochę więcej mocy…
Pod moją stopą zaskrzypiała deska podłogi. Zamilkł, odstawił kielich i odwrócił się.
Patrzyliśmy na siebie chwilę. Nie mogąc znieść napięcia, niemal zapragnąłem, żeby mnie znowu wypędził. Zamiast tego strzelił palcami i na stoliku pojawił się drugi kielich, wysoki i wypełniony po brzegi.
– Napijmy się – powiedział z uśmiechem. – Wypijmy za Odźwiernych. Za uczciwych Odźwiernych, mających dobre chęci. Przyłącz się…
Kielich drżał niepewnie w mojej dłoni.
– Uczciwi Odźwierni – podjął mag, ciągle się uśmiechając – wierni, usłużni, otwierający wszystkie bramy świata. Oni…
Zakrztusił się. Zamarł. Powieki rozszerzyły się nienaturalnie i źrenice zalała znana mi czerwień. Upuścił kielich i struga wina popłynęła po podłodze.
– Raulu – wyszeptał, jakby się zwracał do niewidzialnego rozmówcy – idę do ciebie.
DLACZEGO ZAWRÓCIŁEŚ? JAK ŚMIAŁEŚ, ODŹWIERNY?
Zasuwa jest zardzewiała. Sprawdź sam, jeśli chcesz.
GŁUPIEC.
Drgnęły kaskady tkanin, z czarnej przepaści dmuchnęło gęstym, dusznym powiewem. Marran zakrztusił się.
WIESZ DOBRZE, ŻE NIE MOGĘ TEGO SPRAWDZIĆ
– Każdemu zdarza się przegrywać – odparł głośno Raul. – Przyjmij swoją porażkę po męsku.
TO TWOJA PORAŻKA, ROBAKU!
Odskoczył, gdyż ciemność się doń przybliżała. Czarna, bezdenna dziura rozszerzała się powoli, tkaniny falowały, jakby chciały go zadusić, kołysały się deski pod nogami, gwoździe wypełzały z dziurek jak ohydne insekty.
TWOJA PORAŻKA. NIE JESTEŚ GODZIEN PRAWDZIWEJ POTĘGI. ZAPŁACISZ ZA TO.
Poczuł się, jakby dostał czymś po głowie. Stracił kontrolę nad całym ciałem i upadł na rozkołysaną podłogę.
TERAZ POKAŻĘ CI TWOJĄ PRAWDZIWĄ JAŹŃ. DOSTANIESZ TO, NA CO ZASŁUŻYŁEŚ.
Strach był wszechogarniający i zawładnął nim do ostatka.
PATRZ, RAULU ILMARRANIENIE, JAKI NAPRAWDĘ JESTEŚ!
Jakaś siła poderwała go do góry i wokół niego wyrosły spod ziemi lustra. Ich tafle wyraźnie odbijały wiszącego w powietrzu, bezradnie chwytającego dłońmi pustkę człowieka. Z góry zabłysło jaskrawe światło.
WŁADCA ŚWIATA… MARNA STONOGA!
Całym ciałem Marrana wstrząsnęły okropne konwulsje. Przestawało być ludzkie. Zwierciadła beznamiętnie odbijały go ze wszystkich stron, ukazując dokładnie zachodzącą przemianę.
Półprzezroczysty, szary brzuch, szereg cienkich, trzepoczących nóżek, i oszalałe, wciąż jeszcze ludzkie oczy.
JESTEŚ BEZFOREMNĄ KUPĄ BŁOTA!
W lustrach odbijała się teraz z bliska, z daleka, z boku i od tyłu, biaława, pulsująca masa. Raul widział ją i był nią zarazem. Nie miał czym krzyczeć, lecz pozostały oczy, pozbawione powiek, aby nie można ich było zamknąć.
TO TAKŻE TY. TWOJA NAJGŁĘBSZA JAŹŃ. ISTOTA TWEJ DUSZY. TWOJA NIKCZEMNA NICOŚĆ!
Pragnął stracić świadomość tego, co się z nim dzieje i na swoje szczęście czuł coraz większy zamęt w głowie.
DZIWNE UCZUCIE, PRAWDA? LEPIEJ BYĆ ROBAKIEM? JUŻ PRZECIEŻ NIM BYŁEŚ!
W powietrzu wzbiło się oślizgłe, pierścieniowate ciało. Wewnętrzne organy prześwitywały przez półprzezroczystą skórę, a cały korpus drgał spazmatycznie.
NIE BĘDZIESZ JUŻ ROBALEM ANI WIESZAKIEM. ZGNIOTĘ CIĘ NA MIAZGĘ.
W szklanych taflach wciąż odbijał się bezsilny insekt z ludzkimi oczami. Ostatnie przebłyski świadomości były wprost nie do zniesienia.
SZKODA, ŻE ZARAZ SKOŃCZY SIĘ TO WSPANIAŁE WIDOWISKO. MOŻE WEZWIESZ NA POMOC ZNAJOMYCH MAGÓW? LEGIARA, ESTA?
Zapadał w ciemność, nie kojący mrok niebytu, lecz w koszmarną otchłań, w której miały go zetrzeć na proch żarna obłędu.
WZYWAJ ICH, MIAZGO. NIKT CIĘ NIE USŁYSZY.
Zbliżał się koniec. Ostatnim wysiłkiem udało mu się odnaleźć w sobie resztkę człowieczeństwa i strzępki świadomości wyraziły się w bezdźwięcznym krzyku:
– Larcie!
GDZIE JESTEŚ, LARCIE! HA, HA!
Potworne lustrzane odbicia powtarzały za nim:
– Larcie! Larcie!!!
WZYWAJ GO, WZY…
Białe światło nagle straciło moc, zamigotało, potem znowu wybuchło. Oprawca zamilkł na chwilę i w tym momencie jedno z luster pękło, ale nie rozsypało się na kawałki, tylko rozpełzło jak stara szmata. Wśród zwiniętych rurkowato strzępów ktoś się pojawił. Czarny cień z długim, błyszczącym ostrzem w dłoni.
WRACAJ, CZARODZIEJU! JESZCZE KROK I TWOJA MOC CIĘ NIE OCALI!
Stojący w ramie uniósł swoją broń i tafle pozostałych luster rozsypały się w miriady maleńkich okruchów. Białe światło stało się żółte.
Raul poczuł, że leży na podłodze pobity, sponiewierany, lecz znowu w ludzkiej postaci.
ZGINIESZ, CZARODZIEJU!
Legiar stał obok, wysoki, potężny, ze swoim charakterystycznym zgryźliwym uśmieszkiem na wąskich wargach. Po jego klindze skakała błyskawica. Być może dostrzegał coś swymi czerwonymi oczami, czego Raul nie mógł zobaczyć.
ZGINIESZ!
Raul nie rozumiał do końca, co się dzieje. Deski podłogi stanęły na sztorc. Widział, jak jego były mistrz wymachiwał błyszczącą klingą. Powietrze zrobiło się suche i gorące jak na pustyni. Pozostawiało w gardle pył, utrudniający oddychanie.
Nad głową Marrana kręciły się żółte i czerwone koła, uderzające o siebie z trzaskiem, którego wolałby nie słyszeć. Wokół niego utworzył się szary, szaleńczo wirujący lej, wciągający wszystko: odłamki luster, strzępy tkanin, Raula i Larta wraz z jego klingą… Osypywały się piaszczyste ściany. Marran wił się jak mrówka w piaszczystej jamce. Lej nagle zadrgał i wypluł ich obu na szczycie stożkowatego wzgórza.
Lart machnął gasnącą już klingą i ściął wsysający wszystko wierzchołek.
Ostatnim, co Raul zdążył zobaczyć, zanim stracił przytomność, był Lart z ciemnym ostrzem w dłoni, oblany od ramion w dół czarną, gęstą, mięsistą masą. Oplatała maga pierścieniami jak bezforemny gad, dławiła i przygniatała do ziemi. Klinga wypadła z osłabłej dłoni…
Podłoga w salonie pokryta była skomplikowanym rysunkiem, którego centrum stanowił krąg płonących świec. W tym ognistym pierścieniu leżał na wznak człowiek. Stała nad nim kobieta w srebrzystym płaszczu, która bezustannie czytała monotonne zaklęcia. Kredowe linie na podłodze jarzyły się i przygasały.
Nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Stałem jakiś czas u drzwi salonu, nie mając odwagi wejść, potem poszedłem do pracowni Larta, lecz drzwi gabinetu były zamknięte, a w środku panowała martwa cisza. Na schodach i podłodze pod drzwiami widniały plamy krwi, podobnie jak na klamce. Dom zdawał się zastygły z przerażenia.
Kobieta zakończyła zaklęcia i stała nieruchomo. Odważyłem się do niej odezwać.
Читать дальше